Lot

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mija ósma godzina lotu. Nie wiadomo, czy noc, czy dzień. Za zasłoniętymi oknami wszystko się miesza. Jesteśmy na wysokości kilkudziesięciu tysięcy kilometrów nad poziomem globalnego przyspieszenia. Sądząc po mapie, pod nami tereny, na które zsyłano kiedyś ludzi za byle co. Teraz, z byle jakiego powodu latamy nad Syberią w tę i z powrotem, szukając siebie. Świat się kręci, a my przedzieramy się w odwrotnym kierunku. Dudnią silniki. Ktoś się pomylił i próbował wyjść po papierosy. Oprzytomniał, gdy usłyszał „pork or chicken” – oto pytanie, jakie zadaje obsługa samolotu. Włączyłem film. Tytuł brzmiał obco, ale po dwóch sekwencjach domyśliłem się jaki będzie koniec. Wszystko jest tak powtarzalne. Każda miłość prowadzi do rozczarowania. Filmy są identyczne, a może ja już jestem za stary, żeby zachwycać się byle czym. Łudzę się, że tak nie jest, przełykając ślinę na widok czekoladek sąsiadki. Może poczęstuje.

Proste dialogi wypowiadane ze sztucznym przejęciem przez lektora, przelatują przez głowę jak papka. Mój angielski ciągle nie pozwala mi do końca rozumieć oryginalnych tekstów. Zawsze mi czegoś brakuje. Końcówki słów nic mi nie mówią. Zwroty są zagmatwane, a ja gubię się w domysłach. Stewardessa oferuje mineralną, przechadzając się po pokładzie. Ma czarne rajstopy, a może to pończochy? Zerwałbym z niej to, co ma na sobie, by to sprawdzić. Człowieku, opanuj się, masz na sumieniu tyle grzechów, że ten jeden w przestworzach może doprowadzić cię do duchowej ruiny.

Próbowałem czytać, ale pierwsza lepsza książka jaką wziąłem z całej sterty tych nieprzeczytanych nowości nie wciągnęła mnie na tyle, bym przestał się interesować stewardessą. Gdy pochyla się nade mną, sprawdzając, czy mam zapięte pasy jej blond włosy pachną bzem. Mija dziewiąta godzina lotu. Przed toaletą kolejka. Stara Japonka drepcze w miejscu. Chce rozchodzić zastygłe w podróży mięśnie. Skręceni jak krewetki w tempurze pasażerowie próbują jeszcze przez chwilę spać, by jakoś znieść końcówkę podróży. Co chwilę zmieniają pozycję, jakby chcieli znaleźć odpowiednie położenie do odbioru ulubionych programów.

Jestem ciekawy, czy tylko ja czuję poczucie oderwania. Rachunki, telefony, imieniny koleżanki i niezałatwiona sprawa ratowania tego, co zostało po latach prosperity – wszystko na kilka godzin przestało się liczyć. Wylogowałem się z życia.

Zaszumiały głośniki i po chwili, jakby z innej rzeczywistości, odezwał się kapitan. Podane przez niego krótkie informacje nie zrobiły na nikim wrażenia. Wpadliśmy w turbulencje. Kilku pasażerów musiało sięgnąć po papierowe torebki, inni sięgnęli po pismo święte. Każdy ma inne sposoby, by dotrwać do końca kolejnego rozdania fantów. Nic nie ma sensu, powiedział ktoś po japońsku. Oczywiście nie zrozumiałbym tego, gdyby nie wyraz twarzy człowieka w sztruksowych spodniach, które lata świetności mają dawno za sobą.

Muszę wypełnić świat sobą, ale najpierw powinienem wypełnić formularz do odprawy celnej. Mój bagaż to jedynie niespełnione marzenia, nikomu niepotrzebne doświadczenie i gorycz porażki. Japonia ma mi pomóc, by wyjść z tego z twarzą. Sąsiadka jednak nie poczęstowała czekoladką.

Reklama