To, co robię, nie istnieje

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Ta właśnie myśl przyszła mi do głowy ostatnio, gdy rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który zajmuje się pewną techniczną kwestią. Jaką – nie ma znaczenia, ale dało mi do powód przynajmniej, by napisać ten felieton.

Otóż, jakby się zastanowić nad paradygmatem, który uznaliśmy arbitralnie za prawdziwy, to, co robią ludzie tacy jak ja, czyli, tfu, pisanie, jest czynnością istniejącą tylko dlatego, że uznaliśmy ją za istniejącą. Przecież – znaki nie istnieją same w sobie. Nie ma ich w przyrodzie. Nie znajdziemy „ą” żyjącego pod kamieniem, czy innego „o”, które kwitnie sobie na drzewie i pyli „ó”. Wszystko to jest umowne, tak jak umowne jest w ogóle to, że połączone literki stanowią słowa. Ba, z tych połączonych słów tworzą się zdania, a gdy się postaramy, ucząc się tego od lat, będziemy nawet mogli z tych zdań wyciągnąć sens poprzez akt tzw. czytania ze zrozumieniem (czyność dawno zapomniana, ale jeszcze gdzieś chyba istniejąca).

Reklama

Idąc dalej tym tropem, posługując się tymi umownymi znakami, tworząc z nich umowne akapity, jestem w stanie wywołać w głowie potencjalnego czytelnika, który posługuje się umownym stworzeniem jakim jest język polski (w odróżnieniu od innych umownych stworzeń), coś, co można nazwać myślą. Fenomen tego wprawia mnie w osłupienie, gdyż siedząc sobie wygodnie w niewygodnym fotelu, tworząc nic z niczego, u jakiegoś innego przedstawiciela gatunku ludzkiego, który przeczyta to za pomocą ogromnej ilości technologii, mogę wywołać, potencjalnie (prawdopodobnie nie), pewnego rodzaju akt w świecie rzeczywistym. Mogę na ten przykład, gdybym był nielubiącym cyklistów człowiekiem, nakłaniać za pomocą tych znaków, które wystosowuję do świata, by ktoś zrobił coś, co nazwać by można mordobiciem, czyli naruszeniem nietykalności cielesnej niewinnej osoby korzystającej z roweru. Dlaczego? Bo moje niematerialne rzeczy stworzyły niematerialną myśl, która zmaterializowała się następnie w postaci zaciśniętej pięści. I jeszcze, gdyby było mało tego, może doprowadzić do eliminacji cyklistości powszechnej z przestrzeni publicznej.

Co jeszcze mnie fascynuje, że ogromna część naszej rzeczywistości opiera się w zasadzie na rzeczach, które nie istnieją. Cały system prawa to po prostu posługiwanie się niematerialnymi znakami, by uzyskać materialny efekt, gdyż ktoś inny, jakiejś czynności dokonał. Żyjemy więc w świecie iluzji, wymyślonej na potrzeby czegoś, co nazywamy spokojem, mirem społecznym, czy innymi, gdzie – w rzeczywistości, nie ma w ogóle takich rzeczy.

A co najgorsze – piszę to przed obiadem, więc jeszcze dodatkowo odpuszczam niektóre kwestie realne, by zanurzyć się w nierealności. Niektórzy nawet niszczą swój organizm poprzez narkotyki tego lub innego rodzaju, by ową kreatywność nierealną w sobie wytworzyć. Wszystko po to, by zaistnieć w tym świecie iluzji jako nierealna persona. I tego też wam życzę. Bo jeśli jest coś ponad to życie, to na pewno musi to nie istnieć.

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama