Bistro: wnętrze komfortowe

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Według obecnych danych w samym mieście Nowy Jork jest około 26,000 restauracji. Na jakąkolwiek z kuchni przyjdzie nam akurat smak, to możemy być pewni, że w którejś z części miasta, mniej lub bardziej uczęszczanej, ją znajdziemy.

Podobnie jest z wystrojem wnętrza, bez względu czy szukamy skandynawskiego minimalizmu, czy totalnego kiczu, czy zgiełku azjatyckich neonów, czy zen z mnichem za kontuarem, czy pana Hindusa grającego w oknie na jemu tylko znanym instrumencie, to przy naprawdę niewielkim wysiłku trafimy na pożądany klimat. W Wielkim Jabłku nie ma pojęcia „niemożliwe” i „nie da się”. Na ogół na pytanie „a czy macie to?”, padnie odpowiedź „tak, to też tutaj jest”. Jak ze wszystkim jednak w życiu tak i w tym przypadku ten wachlarz wyborów i przepych istniejących opcji może być równie fascynujący, jak i przytłaczający.

Resturacja-Edwards-3

Zdarzają się momenty, w których nie ma się ochoty na spożywanie ani bizona pod dymiącymi liśćmi baobabu, ani sałatki z bławatków, ani tym bardziej na siedzenie pod sufitem, z którego zwisają tony bibułek, dekoracji, światełek i kto wie czego jeszcze. To są momenty, kiedy powraca się do starego, niezawodnego i tradycyjnego bistro. Jeżeli wierzyć w objaśnienie Wikipedii, to słowo „bistro” oznacza niewielki lokal gastronomiczny w Paryżu, często zajmujący narożny budynek, który jest specyficzną kombinacją restauracji z barem i kawiarnią. Jak dla mnie wyjaśnienie dość bezduszne, chociaż wierne.

Dla nowojorczyka bistro w pierwszym skojarzeniu to zawsze będzie comfortfood, czyli jedzenie poprawiające nastrój, przywołujące dobre wspomnienia, proste smaki, dobrze znane, do których czujemy sentyment. Drugie skojarzenie to wnętrze. Tradycyjne bistro, wyrosłe na wpływach francuskich, będzie się opierać zawsze na połączeniu ciemnego, podniszczonego drewna, karraryjskiego marmuru i białych kafelek cegiełek. Co ciekawe, bistro to chyba jedyne miejsce, w którym nikt nie przejmuje się patyną, jaka powstaje na niczym niezabezpieczonym, jasnym marmurze i im więcej wylanego czerwonego wina i naturalnych zarysowań lub obtłuczeń, tym lepiej.

W ciągu wielu lat pracy w Nowym Jorku zdarzali się nam klienci, którzy nie chcieli słyszeć o żadnym innym materiale na blat kuchenny jak tylko marmur karraryjski. Ten moment, w którym klient prosi, żeby wyglądało jak bistro tylko bez plam, jest błogim momentem kompletnego braku konsekwencji jakże częstym i jak bardzo niepożądanym w naszym zawodzie. Po nałożeniu miliona warstw impregnatu pozostawało tylko trzymać kciuki, że nalewane czerwone wino, kiedy ścieknie po kieliszku, to zostanie szybko wytarte i nie pozostawi pod nóżką różowego wianuszka przyprawiającego o zawrót głowy. Ciekawe, że to, co wydaje się nam być stylowe w restauracji, naturalny kamień, którym zachwycamy się, podróżując po Włoszech czy Francji, przenosimy do naszych domów z jednoczesną potrzebą „poprawienia” go na tyle, aby zachował swój pierwotny perfekcjonizm. Marmur to żywy materiał, którego piękno nie tkwi tylko w głębi i ilości żyłek, ale podkreśla je czas i historia odciśnięta życiem rodzinnym, które się przy nim toczy.

new_york_design

Przy powstaniu restauracji typu bistro nierzadko nowe drewniane blaty okłada się ile wlezie ciężkimi łańcuchami i czym tam popadnie, aby po tej operacji wyglądały tak, jakby Toulouse-Lautrec przed chwilą odszedł właśnie od stolika, a teraz my możemy napić się przy nim mimozy. Myślę, że powód, dla którego nowojorczycy tak chętnie wybierają bistro i tak tłumnie gromadzą się przy marmurowym barze w piątkowe wieczory to komfort nie tylko w odniesieniu do jedzenia, ale do wszystkiego, co łączy się z tym miejscem.

Kultura biesiadowania w stylu bistro przeniesiona z Paryża, promująca miejsce w klimacie luźnej elegancji, niezobowiązujące, o umiarkowanych cenach, gdzie można zjeść cały obiad, ale równie dobrze zamówić tylko kawę lub przekąskę, przyjęła się fantastycznie w mieście pełnym chaosu, gdzie ilość podejmowanych dziennie decyzji potrafi przygnieść. To takie miejsce łatwe do lubienia, gdzie wnętrze i jadłospis są proste i nienarzucające się, a jednocześnie na tyle pożądane, że chce się do niego wracać.

Styl paryskiego bistro przywołuje nostalgię Starego Kontynentu, ma duszę europejskości, a europejski to jeden z ukochanych przymiotników po drugiej stronie oceanu. Ponieważ jednak Nowy Jork rządzi się swoimi prawami, to jeżeli chcemy zakosztować klasycznej kuchni francuskiej, to skierujmy nasze kroki do jednej z wielu fantastycznych francuskich restauracji lub udajmy się do Paryża. W bistro nawet okraszonym przymiotnikiem „francuskie” w karcie co prawda znajdą się tradycyjne przysmaki znad Loary, będzie tam i zupa cebulowa, i stek, ale też makaron i jajka po benedyktyńsku, i krwawa Mary, i burger, i nawet czasami guacamole. W ten właśnie fantastycznie nowojorski sposób powstało bistro amerykańskie!

Restauracje typu bistro mają też jeszcze jedną wyjątkową cechę, która dla mnie ma szczególne znaczenie, a mianowicie często stają się częścią lokalnej społeczności. Klienci odwiedzają je całymi rodzinami, kelnerzy pamiętają imiona dzieci, stali bywalcy przesiadują tam kilka razy w tygodniu, samotni zaprzyjaźniają się z barmanami. Stają się elementem, chociaż w minimalnym stopniu, scalającym sąsiedztwo. Na pewno część tego zjawiska związana jest z samym charakterem nowojorczyków, z tym że są ludźmi otwartymi, podejmującymi rozmowę w bardzo łatwy sposób, wręcz gadatliwymi. Nie jest żadną tajemnicą, że sprzedawca, u którego kupisz dwa razy kawę, za trzecim razem będzie już pamiętał nie tylko ciebie, ale też ile mleka i cukru używasz. Ludzie łatwo komunikują się i łatwo zaprzyjaźniają. Może nie są to przyjaźnie super głębokie, raczej nie takie na życie, ale są ważne, szczególnie w dzisiejszym świecie, gdzie telefon komórkowy zastąpił żywego człowieka. Wierzę, że równie odpowiedzialne za wyżej wymienione zjawisko jest samo wnętrze bistro. To, że chce się w nim być i nie wychodzić. To połączenie ciemnobrązowego drewna, swojskich białych kafelek i podniszczonego marmuru powoduje, że w zimie jest ciepło i przytulnie, a dodatkowo w lecie otwarte na oścież okiennice wpuszczają idealną ilość słońca.

Resturacja-Edwards-NYC

Keith McNally jest jednym z najbardziej znanych nowojorskich restauratorów. Od 1980 roku, kiedy zaistniał na kulinarnej mapie Gotham, zbudował prawdziwe imperium restauracyjne w oparciu o styl francuskiego bistro. Jego umiłowanie do europejskich antyków jest tak wielkie, że często sprowadzał oryginalne elementy do dekoracji wnętrz swoich restauracji z samego źródła. Stał się prawdziwym koneserem stylu, a jego restauracje nierzadko są tłem do filmowych scenografii. Wspominając jeden, z jakich wywiadów udzielił dla New York Timesa, inspirujące było w nim stwierdzenie, że zawsze stara się, aby tworzone przez niego wnętrza restauracji były ponadczasowe. Dokłada starań, aby się nigdy nie zestarzały. Jego celem jest spojrzeć na wnętrze lokalu po pięciu latach od jego powstania ze świadomością, że nic by w nim nie zmienił. Stwierdzenie, z którym nigdy bym się nie zgodziła, jeżeli chodzi o mieszkania, i osobiście przeraża mnie wizja, że projektowane są wnętrza domów z myślą o utrzymaniu ich w takim samym stanie przez następne „dziesiąt” lat. Jednak może w projektowaniu wnętrza restauracji to jest to sedno sukcesu? Jeżeli bistro Lucky Strikeotwarte przez Keitha McNally i Edwarda Youkilis’a w 1989 roku w swojej oryginalnej formie działa z powodzeniem do dziś, to w tym szaleństwie chyba jest metoda. Niepotwierdzona i raczej wątpliwa, biorąc pod uwagę historię rosyjskich kozaków, jaka za nią stoi – etymologia słowa „bistro” tłumaczy je z rosyjskiego „bystro”, czyli szybko. Abstrahując od jej niewiarygodności, powiedziałabym, że wpisuje się perfekcyjnie w charakter miasta, w którym wszystko dzieje się pod presją, a słowo „pilne” powtarzane jest częściej niż hello czy ok. W tym jednak przypadku cieszę się, że pochodzenie słowa jest chybione, bo pięknem amerykańskiego bistro jest czas, który płynie w nim wolniej.

 

***Za pomoc w przygotowaniu tego tekstu i udostępnienie zdjęć specjalne podziękowania kieruję do Edwarda

Youkilis’a właściciela restauracji Edward’s w Nowym Jorku. Nie byłby on również możliwy bez udziału Dariusza Dudy, którego opowiadania z czasów, kiedy był jednym z wykonawców restauracji Lucky Strike, były prawdziwą inspiracją***

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama