Mariusz Czerkawski: Mam swoją hokejową historię

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Spotykamy się co jakiś czas ale rzadko już nasze rozmowy i spotkania są wywiadami. Nagadaliśmy się siedem lat temu, pisząc książkę „Życie na lodzie”. Teraz znów weszliśmy w swoje role: on był byłym hokeistą, a ja dziennikarzem. Ubolewaliśmy nad stanem polskiego hokeja i rozpływaliśmy nad przeszłością w NHL. Przed Państwem Mariusz Czerkawski – niegdyś wyróżniający się gracz najsilniejszej ligi świata, a także reprezentacji Polski. Hokejowa legenda.

Mariusz Czerkawski, dawno się nie widzieliśmy.

To zależy.

Co się zmieniło od czasu kiedy napisaliśmy książkę Życie na lodzie? To był 2012 rok. Minęło 7 lat, to właściwie epoka.

Reklama

I tak, i nie, bo jak przypomnisz sobie te godziny, miejsca, gdy siedzieliśmy i rozmawialiśmy o książce, o tym jak najpierw planowaliśmy spotkania, ile to potrwa, to wydaje się, że minęły trzy miesiące. Zdążyliśmy parę meczów w hokeja zagrać i czas szybko przeleciał. Rzeczywiście, już siedem lat. Trochę się postarzeliśmy, mamy więcej doświadczenia życiowego, większe dzieci. Dużo się dzieje, bo ze swoim synem ciągle gdzieś sportowo jestem: hokej, koszykówka, piłka, tenis, golf. Coraz bardziej rozrasta się też nasze stowarzyszenie Sport7. Współpracuję z byłymi olimpijczykami, Andrzejem i Wojtkiem Tkaczami i Darkiem Garboczem. Rozwija się też Czerkawski Cup. Rozgrywamy go na PGE Narodowym, który od kilku lat jest też lodowiskiem. Próbuję przekazać dzieciakom hokejową pasję.

Wiem, że trochę zmieniło ci się postrzeganie sportu. Teraz inna dyscyplina jest u Ciebie na topie, w hokeja grasz rzadziej.

Rzadziej gram, ale nadal bardzo lubię grać. Kiedy wchodzę na lód, znów staję się dzieciakiem i najchętniej nie schodziłbym z tej tafli. Uwielbiam to. Ale teraz mam nową pasję. Gram w golfa i to jest wręcz moja miłość, mimo że jestem już na innym etapie. Poznałem tajniki tego sportu, coraz częściej grywam w turniejach i to coraz poważniejszych. To jednak nie zmienia faktu, że hokej nadal jest mi bliski i martwię się jego obecnym stanem. W ostatnich siedmiu latach zmieniliśmy dwóch prezesów związku. Do żadnego z nich nic nie mieliśmy, bo niby obydwaj mieli swoje zasługi, ale ostatecznie wyszło koszmarnie. Zbyt wiele rzeczy źle poszło. Musimy teraz bardzo mocno walczyć o dyscyplinę. Za rok są następne wybory i zobaczymy jak sytuacja będzie wyglądać. Na szczęście, coraz więcej nowych byłych zawodników zaczyna się tym interesować i zaczynamy dojrzewać do tego, żeby stworzyć ciekawą grupę. Może nie mamy tylu znajomości, koneksji, czy wiedzy biznesowej, ale mamy pasję i chęć by powoli to wszystko naprawiać. Niedawno na przykład rozmawiałem z Henrykiem Gruthem, byłym hokeistą, znakomitym olimpijczykiem. Miałem szczęście grać z nim w jednej drużynie. Był moim idolem. Teraz pracuje z młodymi hokeistami w Szwajcarii, ale jest szansa, że wróci do Polski i wtedy może cos razem zrobimy. To musi być oczywiście solidny plan szkoleniowy. I nie tylko na papierze bo taki plan trzeba wdrożyć. Musi też znaleźć się ktoś, kto pomyśli o tej dyscyplinie bardziej od serca niż tylko komercyjnie. Ktoś, kto przynajmniej na początku nie będzie pytał o oglądalność i zyski. Ktoś, kto spojrzy globalnie jak popularny jest hokej na świecie. To jedna z głównych zimowych dyscyplin olimpijskich. W Polsce też taką może być. Nie można liczyć tylko na skoki narciarskie.

Wspomniałeś o prezesach. Wiesz, że w dalszym ciągu często powtarzane są słowa: Mariusz Czerkawski na prezesa.

Może do trzech razy sztuka? Dwa razy podchodziłem. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale kiedy odchodził Piotr Hałasik to ja miałem przejąć stery. Wtedy okazało się, że już wszystko poukładane miał Dawid Chwałka (p.o. prezesa), otoczony swoimi prawnikami. Doprowadzili do tego, że nie można ich było odwołać, sami też nie chcieli podać się do dymisji. A kiedy skończyła się kadencja Hałasika okazało się, że Chwałka chce pozostać na stanowisku. Miał ogromne poparcie, bo o to zadbał. Do tego poparcie polityczne dzięki jednemu z wiceprezesów, który był członkiem partii rządzącej. Zaczęło się coś dziać, ale to wszystko stało na cienkich nogach i oparte było na niejasnych zasadach. Wydmuszka. Skorupa pękła i okazało się nie dość, że pusto w środku, to jeszcze sporo długów narobionych.

Ale wiesz, Mariusz, problem polega na tym, że my wiemy, że hokej jest piękną dyscypliną, jest niezwykle wymagający i kiedy ktoś już naprawdę uprawia ten sport na bardzo wysokim poziomie, to ogląda się to jak wirtuoza Paganiniego. Tyle, że ludzie o tym nie wiedzą. Ludziom w Polsce trzeba pokazać tę dyscyplinę, bo ona w dalszym ciągu jest niszowa. I to nie jest tylko rola prezesa PZHL czy jego zastępców. To rola dużo szerszej grupy.

Dlatego kiedy mówię o kimś, komu będzie na sercu leżeć dobro hokeja, to nie mówię o prywatnym przedsiębiorcy, który zainwestuje jakieś pieniądze lokalnie, bo jego syn gdzieś gra w hokeja. Mówię o infrastrukturze. Dopiero niedawno powstały lodowiska w Poznaniu czy Wrocławiu. W Lublinie trwają starania, w Bielsku Białej podobnie. To naprawdę coś niesamowitego, że w wielu naszych miastach nie ma lodowisk. Są korty tenisowe, są hale do grania w koszykówkę, sale gimnastyczne, pływalnie, a lodowisk nie ma nawet w stolicy. Owszem, jest Torwar należący do Centralnego Ośrodka Sportu, Tak naprawdę to miasto Warszawa nie ma lodowiska krytego, a na Torwarze COS-u trenuje młodzież i na pewno chciałaby mieć w mieście drużynę seniorską, tak samo jak i kibice dobry hokej w Warszawie.

Wiesz, że w Polsce rządzi i ton nadaje piłka nożna.

Zgadza się. Wybudowaliśmy piękne stadiony na Euro, powstały zielone orliki. Wszystko poszło do przodu, ruszył się biznes, swoje zrobiła telewizja. Na pewno w hokeju też należy wszystko razem spiąć. To nie jest łatwy sport. Zespołowy, nie indywidualny. Ale jest to sport, który zasługuje na to, by być numerem jeden zimą. Oczywiście wszyscy uważają, że narodowym sportem zimowym są skoki narciarskie. Ale ilu z nas stało na skoczni? Ilu z nas założyło narty do skoków? A łyżwy? Wbrew pozorom, tam gdzie są lodowiska, tam są tłumy jeżdżących. Na Narodowym non-stop jest duży ruch. Ludzie chcą pojeździć na łyżwach, poczuć wiatr we włosach. To naprawdę świetna rozrywka. Rzecz jasna, do hokeja daleka droga, ale trzeba tym ludziom ciągle pokazywać, że to najszybszy sport zespołowy świata, że pięknie jest fruwać na mrozie. A do tego wyobraź sobie, że gramy z Kanadą czy Rosją, Szwecją, Finlandią, Czechami czy Niemcami, którzy jeszcze niedawno grali w finale Igrzysk Olimpijskich. To dopiero byłoby niesamowite. Kiedyś graliśmy z Niemcami jak równy z równym, albo wygrywaliśmy bez problemu. Teraz oni wszyscy nam uciekli. Nie dlatego, że jesteśmy słabi, leniwi i brak nam talentów. Po prostu stoimy w miejscu, a świat idzie do przodu. My stanęliśmy po przemianach ustrojowych. Było wygodnie, kiedy kluby były dotowane przez kopalnie, ale kiedy trzeba było coś zmienić, prezesi zaspali. Do tego ciągle to przekonanie, że hokej jest drogim sportem. Oczywiście, na początku trzeba zainwestować w łyżwy dziecka czy cały sprzęt, ale potem, nie czarujmy się, kluby żużlowe wydają na paliwo do motocykli kwoty stanowiące budżety czołowych polskich klubów hokejowych

Hokejowi brakuje medialności, postaci takich jak Mariusz Czerkawski. Ty potrafiłeś zadbać o swoją otoczkę, potrafiłeś być nie tylko hokeistą w świecie medialnym, ale też być znaczącą postacią pozahokejową.

Tak, to jest ten problem na pewno. Gdybyśmy mieli kilku zawodników grających w najlepszych ligach na świecie, czy w Europie, mogłoby być zupełnie inaczej. Przydaliby się tacy, którzy nie boją się kamer, lubią i potrafią porozmawiać o meczu od serca i przekazać parę rzeczy. Nasi chłopcy całkiem nieźle dają radę, tylko że, tak jak mówisz, jeśli nie mają medialnych sukcesów są mniej rozpoznawalni. Jeżeli są mniej rozpoznawalni, to nie ma tego ciśnienia, że mają się pokazać. A przecież są akcje charytatywne, spotkania w szkołach. Tyle, że to wszystko dzieje się lokalnie, jak na przykład w Tychach. Ludziom w Poznaniu, Warszawie czy Wrocławiu trudno jest wymienić nazwiska dziesięciu hokeistów albo odpowiedzieć na pytanie, na którym miejscu jest teraz reprezentacja Polski w rankingu. Czy nawet z kim ostatnio grała. Rezultat jest taki, że musimy prowadzić taką rozmowę. Ty musisz zadawać pytania – kiedy będzie lepiej, a ja próbować znaleźć na to odpowiedź. Wspomniany wcześniej Heniek Gruth powiedział słusznie, że gdybyśmy jutro zaczęli szkolenie dzieciaków, to jest szansa, że efekty przyjdą za dziesięć lat. Problem jednak w tym, że musimy też myśleć krótkoterminowo, zadać sobie pytanie o kolejny sezon. Niestety, nie dość, że środowisko hokejowe jest stosunkowo małe, to jeszcze często jest niezgodne. Zbyt wiele zgrzytów i nieporozumień.

Myślę, że to jest główny problem.

Nie do końca wszyscy ciągną ten wóz w jednym kierunku, ale jeszcze jesteśmy młodzi. Może się jeszcze sporo pozmieniać i dożyjemy dobrych czasów.

Skoro mówimy o tych hokeistach, których pewnie zwykły śmiertelnik polski nie potrafi wymienić dziesięciu… Może brakuje takich ryzykantów jakim byleś Ty. Wyjechałeś do Szwecji mając 19 lat. Nie było ci łatwo, ale zaryzykowałeś, bo nie chciałeś być gwiazdą w polskiej lidze, bo to było za mało dla ciebie. Chciałeś pójść do przodu. Wydaje mi się, że tego ryzyka też brakuje w polskim hokeju.

Masz rację. Wygodnie jest być jednym z najlepszych w danej lidze i mieć tu rodzinę, dzieci, kolegów, przyjaciół, teściową, brata, wujka, itp. Rodzinnie spędzasz weekendy, po meczu przychodzisz do domu i masz fajną rzeczywistość. Inaczej jest jechać gdzieś, uczyć się języków, siedzieć w szkole codziennie w wieku 20 lat i uczyć się słówek, tak naprawdę zaczynać życie od nowa. Trudno mi oceniać jakby to wyglądało jakbym teraz miał 19 lat. Świat się otworzył, łatwiej wyjechać, ale z drugiej strony, w Polsce zrobiło się na tyle przyjemnie i dobrze, że nie czuje się presji wyjazdu do lepszej ligi. Może się okazać, że w Polsce żyje się lepiej niż na Słowacji, czy w jakimś małym miasteczku w Szwecji. Czy na przykład w Finlandii, gdzie zima trwa 6-7 miesięcy w roku, a słońce zachodzi około o 14. To jest prosta droga do depresji. I czy warto się poświęcać, by na początku grać w trzytysięcznym miasteczku za nieco niższą pensję, ale za to mieć w perspektywie skok na wyższy poziom. To na pewno jest też kwestia charakteru.

Ale hokeiści to charakterne chłopaki.

No właśnie. Więc może problem jest gdzie indziej? Bo może to nie jest tak, że drzwi stoją otworem, a w nich pokazuje się kilku skautów i mówią jeden przez drugiego: Słuchaj, mam dla ciebie drużynę w Finlandii, zainteresowani są w Szwecji.Raczej słyszymy o klubach z Anglii, Irlandii czy co najwyżej z Francji. A to nie jest najwyższa półka. Mamy natomiast Aarona Chmielewskiego za południową granicą i chociażby Dronię, który gra w Niemczech, w II lidze. Do mnie, w 1991 roku, zadzwonił manager szwedzkiego klubu i zaprosił na testy do drużyny mistrza Europy. Wyobrażasz sobie co wtedy czułem? Byłem nastolatkiem z marzeniami w głowie. Niby mówi się, że w takiej sytuacji łatwiej się zdecydować, bo niewiele masz do stracenia. Ale to było wielkie wydarzenie, musiałem się zaprezentować, pokazać ile jestem wart. Moim szczęściem było to, że polski hokej był w innym miejscu. Kiedy reprezentacja grała w turnieju to z najlepszymi. Pamiętam jak w jednym z turniejów juniorów najlepszą trójką strzelców byli Pavel Bure, Jaromir Jagr i Mariusz Czerkawski. W takim gronie i z takimi wynikami trudno pozostać niezauważonym. Teraz chłopaki grają w II, czy III dywizji. To inny świat. Jest im trudniej się pokazać.  Kiedy Henryk Gruth u siebie w Szwajcarii proponuje jakiegoś młodego Polaka do drużyny juniorów to go pytają gdzie Polska gra i dlaczego mają dawać miejsce jakiemuś Polakowi, skoro mają mnóstwo utalentowanych swoich chłopców. To jest kolejny problem trudny do przeskoczenia. Inną sprawą jest fakt, że te amerykańskie ligi nie stoją takim otworem jak nam się wydaje. W NBA mieliśmy Trybańskiego, przez chwilę Lampego, no i Gortata. Są następcy? Chyba nie widać. Trudno się więc dziwić, że po Czerkawskim czy Krzyśku Oliwie niewiele się dzieje. W kolejce czekają tysiące chłopaków. Są Czesi, Słowacy, Łotysze, Kazachowie. Choć właściwie oni nie czekają. W wieku –nastu lat wyjeżdżają do odpowiednich szkół, do juniorskich lig. Konkurencja jest niebywała, a poziom w NHL wyśrubowany do granic możliwości.

Wracasz czasami myślami do tych czasów NHL, do Stanów, do Kanady? Z sentymentem, żalem, że jak fajnie byłoby pograć znowu?

A jak myślisz? Wracasz czasami z sentymentem do studiów, przyjaciół?

To trochę inna sytuacja.

Faktycznie, do szkoły średniej myślami już tak często nie wracam. Oczywiście, że wracam myślami do NHL. Po pierwsze, ciągle ludzie się przypominają, oni sami też pamiętają. No i wiesz, to nie jest tak, że grałem w NHL, teraz gram w piłkę na najwyższym poziomie, a za chwilę będę grał jeszcze w golfa na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. Mam swoją historię, która się zamknęła i nie ma ciągu dalszego. To był etap życia, z którego będziesz pamiętany i z niego rozliczany. Innego sportowego nie będzie. Zabawne jest to, że po autografy podchodzą panowie czy panie w moim wieku, młodsi już nie. Każde pokolenie ma swoich idoli. Choć ostatnio powiało nadzieją, kiedy zaczepiła mnie w pociągu nastolatka i mówi: Przepraszam, panie Mariuszu, czy mogłabym autograf?Zrobiło mi się miło, bo dziewczyna miała może 19 lat. Fajnie, że się interesuje. A ona mówi: To dla mojego taty.Takie jest życie. Kiedy kończyłem grać w NHL w 2006 roku to te dzieciaki, dla których organizuję teraz turnieje wiedzą o mnie tyle, co powiedzą im rodzice albo znają mnie z YouTube. Tym bardziej, że chodzi o hokej, a nie o piłkę nożną, o której historii mówi się ciągle. W Polsce Boniek czy Lewandowski zawsze będą na topie. Czasami oczywiście wspominamy Tkacza, który w 1976 roku zatrzymał Związek Radziecki jak Tomaszewski Anglię trzy lata wcześniej. Ale to nie jest Szwecja czy Kanada, gdzie co tydzień jest podnoszenie numeru zastrzeżonego. Ciągle ktoś wprowadzany jest do Hall Of Fame, dzięki temu nazwiska są powtarzane dość często. Odbywają się wieczory przy ważnych meczach, na które zaprasza się starszych zawodników i zakłada im koszulki ze swoimi nazwiskami sprzed 30, 40 lat od czasu kiedy wygrywali Puchar Stanleya albo przynajmniej walczyli w finale konferencji. W ten sposób przypomina się młodzieży o legendach. A starsze panie czy dojrzali panowie wspominają z sentymentem, bo pamiętają, że na przykład dwa dni po tym meczu narzeczony poprosił o rękę. Mecze i twarze byłych hokeistów są elementem ich życia. Brakuje nam tego. Gonimy Europę i świat, ale jeszcze mamy sporo do nadrobienia.

Reklama

A myślisz czasem, że coś zrobiłbyś inaczej? Coś zrobiłeś źle, coś dobrze?

Z jednej strony, myślę że nie, bo zawsze walczyłem jak mogłem, oddawałem serce kiedy trenowałem. Walczyłem o miejsce, czasami je traciłem, często odzyskiwałem, ale czy mogłem gdzieś więcej pocisnąć na treningu, czy jeszcze mogłem bardziej się skupić na graniu, a nie na jakimś innym życiu obok…?

Na rozrywce?

Chociażby. Masz 20 kilka lat, dzień wolnego czy dwa, może powinienem być na siłowni, a nie jechać na Manhattan z kumplami na dobry brunch i wypić 3 lampki wina. Ale z drugiej strony, jakby tego nie było, to pytanie czy byłaby mobilizacja, chęć i ta jedność kumpli? Na wyjazdach zawsze było inaczej. Oczywiście, tworzyły się grupki, bo drużyna nie składa się z samych singli. Są też mężowie, ojcowie, zdarzali się też rozwodnicy. Każdy miał inną wizję spędzania wolnego czasu. Nie wszyscy mogą z tobą wyjść, nie wszyscy mogą spędzić pół dnia z tobą, iść do kina. Część z nas miała w głowach tylko hokej, część miała rodziny na głowie, zawożenie dzieci do szkoły, spędzanie czasu z żoną. Ale wszyscy na końcu byliśmy tak samo rozliczani z tego co działo się na lodzie. Stany i tak były inne niż Europa. Tutaj wszyscy jeżdżą razem autokarem, noszą te same marynarki z logo klubu. W Ameryce ustalano jedynie „widzimy się na lotnisku” „do zobaczenia na lodowisku”. Autokar stał i czekał, ale w środku było czterech graczy, bo reszta już wcześniej dojechała na przykład taksówkami, bo już byli nakręceni przed meczem, już przygotowywali sprzęt. Bywało też tak, że mimo iż autokar miał zaplanowany odjazd o 17, odjeżdżał pięć minut wcześniej, bo wsiadł już trener. Miał zasadę „autokar odjeżdża, kiedy ja do niego wsiadam”. Każdy wiedział, że jeśli chce jechać autokarem, musi być 10 minut przed planowanym odjazdem.

To też jest niezła dyscyplina.

To jest tzw. mindgame. Oni grają twoją głową, nie możesz być cały czas pewny tego co się wydarzy. W drużynie jest 26 kilerów, mniej lub bardziej twardzi. Ale każdy z nich jest w pewnym stopniu wariatem, skurwysynem, bo żeby dojść tam gdzie jest, nie mógł być „Mr Nice Guy” i przepraszać wszystkich, że ci ktoś zajechał skrzyżowanie. Charakter to inna kwestia. Możesz ładnie wyglądać na zewnątrz, a w środku być kawałem drania. Co nie znaczy, że rzucasz w barze na kogo padnie.

Nie żałujesz, że komuś nie przyładowałeś na lodzie? Nie byłeś od tego, zawsze ci powtarzano: Ty jesteś od strzelania bramek.

Wiesz, ładujesz w inny sposób – dociskasz do bandy, atakujesz werbalnie, wyzywasz, coś się dzieje. Mimo wszystko, w kilku bójkach na lodzie brałem udział. Zawsze mogłem zmienić profil, zacząć trenować boks. Ale tu rodzi się pewne niebezpieczeństwo. Dostajesz dwa lewe sierpowe albo jakiś super cut z dołu i tracisz przytomność, walisz głową w lód. Kiedy wchodzisz w takie klimaty to prędzej czy później ktoś cię wreszcie trafi, nie jesteś supermanem. Krzysiu Oliwa miał fajną zasadę: Co oni mogą zrobić? Jedynie mnie pobić.Nie bał się ciosów. Do tego trzeba mieć odpowiednią psychikę. Normalny człowiek nie chciałby dostać w ryj z pełnej petardy od gościa, który ma wielką łapę i waży 100 kg. On musiał z tym mierzyć codziennie, ja wolałem strzelać bramki, być w ofensywie i drażnić w jakiś sposób obrońców. Nie zgrywałem twardziela, który zrzuca rękawice i rzuca się na rywala, ale jak trzeba było się bronić to się broniłem. Bo przetrwać 12 lat w NHL nie da się będąc mięczakiem. Tu nikt nie mówi: Zabieraj nasze miejsce, bądź lepszy od nas, my sobie damy radę.Musisz wejść i walczyć o swoje, jakbyś w ogóle nie miał przyjaciół. A przeciwnik twoim kosztem chce pokazać, jak on się nadaje do swojej drużyny. Chce się popisać przed kibicami, trenerem, więc nie odpuści. Poza tym to jest jeden wielki biznes i grasz przeciwko tej drużynie, ale za miesiąc czy dwa ta drużyna może powiedzieć: On całkiem nieźle gra. Każdy mecz to właściwie promocja własnych umiejętności. Jeśli jesteś dobry to nie tylko twoja drużyna cię chce, ale też inne mają na ciebie chętkę. I trzeba pamiętać, że liga jest zamknięta, drużyny nie spadają do niższej ligi. Wypaść może jedynie zawodnik. Zresztą, system w Stanach inaczej działa. Nie kupuje się i nie sprzedaje zawodników. Raczej się ich wymienia albo czeka na koniec kontraktu. A z kolei młodych zawodników draftuje się przed sezonem. To powoduje, że w NHL nie ma stałych faworytów przez wiele lat. Ciągle się coś zmienia, jest ciekawiej.

Czujesz się spełnionym sportowcem? Robią już o tobie filmy dokumentalne, ostatnio byliśmy na premierze.

Jasne że można było wygrać więcej. Czy nie chciałbym być z reprezentacją Polski kilka razy na igrzyskach olimpijskich? Jasne, że chciałbym. A udało się tylko raz w 1992 roku. Miałem wtedy 20 lat i myślałem, że tych igrzysk jeszcze kilka zaliczę. Na pewno zdobycie Pucharu Europy było czymś niesamowitym, czy zagranie w meczu gwiazd NHL. Wyobraź sobie, że teraz, w tej dekadzie, w 2019 roku mamy zawodnika w NBA, w All Star Game. Albo mamy hokeistę, który jest kołem napędowym reprezentacji i uczestniczy w meczu gwiazd NHL. Dla mnie miało to ogromne znaczenie. Nie udało się wygrać Pucharu Stanleya, nigdy nawet nie byłem w finale. A to najtrudniejsze z wszystkich trofeów do zdobycia. Tak mówią i na to wskazują badania i statystyki. To jest świetnie wymyślone. Sezon zasadniczy, a potem kilka rund, w których musisz wygrać cztery mecze. Być najlepszym w konferencji i dopiero potem masz szanse zagrania o Puchar Stanleya. Wielu legendom hokeja to się nie udało. Ciesz się, że udało się Krzyśkowi Oliwie. On Puchar Stanleya, ja Mecz Gwiazd – przetarliśmy szlak, czekamy na następnych. Trzeba ciężko pracować, być dobrej myśli i zobaczymy.

Jedno się na pewno nie zmieniło, jesteś nadal świetnym rozmówcą.

Zagadałem cię. Dzięki.

 

fot.: Bartosz Maciejewski

Autor

Wojciech Zawioła – Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce…” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama