Żądło

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Miodem pachnie wokół tego domu na granicy światów. Po jednej stronie brukowany dziedziniec pełen maszyn i samochodów. Po drugiej zagajnik i bezkres pól. Po jednej stronie ludzie pracują, więc huczy jak w ulu. Każdy ma do Adama jakąś sprawę bez zwłoki. Jakby nic nie mogło zaczekać na potem. Więc jeszcze po schodach, bo wejście do domu jest wysoko, odpowiada i radzi. Wreszcie macha ręką i pokazuje na nas. Gość w dom, Bóg w dom, zrozumcie.

Po drugiej stronie, choć teraz tylko za oknem zagajnik i wielkie niebo. Jest w tych polach cisza i spokój. Pewność, że choćby nie wiadomo co się działo, chodzi przecież tylko o słońce i deszcz. I żeby wiatr nie położył kłosów.

adam_pysiak

Wtedy miał dwadzieścia lat i pewność, że zawsze, choćby nie wiadomo co się działo, będzie dobrze: rodzina, dom, praca.

Zaczęło się najzwyczajniej w świecie. Rano. Obok Spółdzielni Drzewnej, w której pracował, ciągnął tłum. Stali przy bramie i patrzyli. Najpierw tylko patrzyli. A potem usłyszeli.

– Chodźcie z nami! Chodźcie z nami!

– I co? Jak miałem zareagować? Dwadzieścia lat miałem. To co się wtedy myśli? Ja? Ja nie pójdę? – uśmiecha się – Wie pan, zadziałała psychologia tłumu. Poszedłem.

– Wiedział pan, po co ten protest?

– Co za pytanie? Przecież te podwyżki były bez końca, już nie dało się tego wytrzymać. Jeszcze był taki moment zawahania, bo mój szef położył mi rękę na ramieniu i mówi „Adam! Ty nigdzie się akurat nie wybierasz, chłopie. Tutaj masz zostać, na zakładzie”.

– A pan co?

– A ja nic. Chwyciłem to moje dłuto do kieszeni i kapelusz pszczelarski, bo miałem dzisiaj mieć egzamin przecież. I poszedłem. Wkręciłem się w ten tłum i powiem panu, że nie ma wyjścia, że to tak ciągnie, że po prostu się pan już od tego nie da rady uwolnić. Idziesz i śpiewasz patriotyczne pieśni. Idziesz i nagle rozumiesz, że to nie chodzi o żadne podwyżki. Że ty idziesz za ojczyznę, za Polskę. I że nie ma nic ważniejszego od tego marszu. Nic. Doszliśmy na Żeromskiego. A tu Komenda Milicji. A obok Prezydium. Tłum stanął. No bo co teraz?

– Jak to co? Nie mieliście planu?

– Nawet o tym nie myślałem. Ale teraz stanęliśmy z gołymi pięściami naprzeciwko Komendy. I trzeba coś zrobić. Nic człowiek nie ma w rękach, a oni przecież uzbrojeni. Ale nic. Idziemy. No i wyrasta przed nami ta brama ogromna. Może trzy metry, może cztery metry. Wydała mi się niebotyczna.

adam_pysiak_3

Patrzę po ludziach. Ten z prawej nic w ręku nie ma. Ten z lewej też nic. A ja… mam ten kapelusz tylko. No i dłuto mam. Jakby coś to nim można podrapać. Stoimy. Z tyłu napierają. I wie pan co zrobiliśmy? Zaczęliśmy kopać. Buty robotnicze twarde są. Zmienialiśmy się w pierwszej linii, bo to nie było wcale takie łatwe. Z prezydium robili nam zdjęcia, więc któryś z tyłu zauważył i ludzie zaczęli kamieniami w okna prezydium rzucać, żeby się ubecy pochowali. No i się pochowali. I kopaliśmy tak długo, ile było trzeba. Nagle ta stalowa brama ustąpiła i wysypaliśmy się na podwórze Komendy. Cały ten tłum. Jakby pękła tama. A my na przedzie przecież. Patrzę, a tam stoją. W szeregu. Tarcze, pały. I psy na smyczach. Psy w kagańcach. Ale w oczach już mają szaleństwo.

No i stanęliśmy jak wryci.

– Psy mogły was zmasakrować…

– Tak. Tak czuliśmy. Były gotowe do ataku, jeden rozkaz… Ale rozkaz nie padł. Ktoś tam miał, dzisiaj to widzę, naprawdę stalowe nerwy.

– A wy? W tłumie trudno o chłodną głowę?

– A my za kamienie. Wyrywamy bruk i w milicjantów.

– Dlaczego?

– Bo mieliśmy policyjne państwo. Bo mówili o sobie „pan władza”. Gnębili nas i poniewierali. A my chcieliśmy wolności. Był pan w takim tłumie kiedyś? To jest taka emocja, że sobie nie zdawałem sprawy… W tym momencie się zupełnie nie myśli. Świat staje się bardzo prosty. Po jednej stronie jesteśmy my. A po drugiej stronie stoją oni. Oni mają broń, a my nic nie mamy. Ale ma pan pewność, stuprocentową pewność, że gdyby któremuś z nas coś się stało, a przecież tych ludzi wokół nie znam nawet z widzenia, ale gdyby komuś z nich coś się stało, to byśmy z gołymi rękoma poszli na tę milicję… W tłumie działają niezwykłe siły. No więc my w nich kamieniami rzucaliśmy za tę wolność, której nie było.

– Nie bał się pan? Gdyby dowodził tam jakiś szczeniak, mogłaby być masakra.

– Wie pan, przecież w ogóle nie myślałem co będzie. Zapomniałem, że dom buduję, że pracę mam. W tamtym momencie to nie było myślenia o rodzinie, o żonie, o miłości. Jest tylko myślenie o Polsce. O wolności. Stanęliśmy do ataku i koniec! Co się będzie działo, to nikt nie myślał. Nawet nie umiem powiedzieć jak długo to trwało. Ja do dzisiaj mam przed oczyma te psy, kagańce, tę ślinę jak im cieknie. Te tarcze. No nie wiem, dlaczego na nas nie poszli, dlaczego tylko te armatki wodne. Ktoś musiał rozumny tam dowodzić, bo gdyby poszły, to krew by się polała jak nic.

Gdyby puścili psy, to nie miałbym szans, byłem w pierwszym szeregu.

To byli nasi, radomscy milicjanci, może dlatego nie chcieli nas bić? Bo potem, kiedy przywieźli tych przyjezdnych milicjantów, to oni już nie mieli dla ludzi żadnej litości. No ale w końcu mieli armatki wodne i najechali nas. I tą wodą nas po prostu wyparli na ulicę. A wtedy ludzie krzyczą „Pogonili nas, pogonili, to my ich pogonimy z Domu Partii”. No i poszliśmy. A tam już było wszystko. Cały arsenał. Nawet koktajle Mołotowa.

– Ludzie byli przygotowani?

– Nie wiem, skąd wiedzieli, ale tak. Byli przygotowani. No więc idziemy. Zdaje nam się, że idziemy rozmawiać z decydentami, że będą negocjacje. Wpadamy do środka, ale gdzie tam, nikogo nie ma! Pouciekali tylnymi drzwiami. Więc co? Dywan wielki, czerwony leży, to ten dywan żeśmy wyciągnęli i go do ciągnika. I na tym dywanie stoimy i nas traktor ciągnie. Runda honorowa po mieście. Moje najsilniejsze wspomnienie… Ale to już był koniec tych emocji, bo wtedy właśnie sobie uświadomiłem, że miasto jest zdemolowane. Kiedy to sobie uświadomiłem, zacząłem się bać.

– Ale co to znaczy zdemolowane?

– Wie pan, powywracane samochody. Porozbijane szyby w oknach wystawowych. Wywrotka piachu wysypana w poprzek ulicy. Ludzie budujący barykady… Dojechaliśmy do dworca na tym dywanie, a przy samym dworcu ciągnik przyhamował, na samochodzie z coca-colą. Nie było wtedy puszek, tylko takie małe butelki. Wszystko porozbijane. No i na tym szkle zakończyła się moja podróż.

Spotkałem przy dworcu znajomych. Pomyślałem, czas się brać do domu. Pytamy. Autobusy nie jeżdżą. No to co robić? Idziemy. Spora grupa, kilka osób, mojej żony brat Józek nawet z nami szedł. Idziemy koło komendy na Traugutta.

– Stać, stać, stać! – wołają.

No to stanęliśmy.

Byłem chyba najstarszy, no bo już pracowałem, reszta to dzieciaki, szkolna młodzież. Milicjanci zaczęli nas legitymować, potem rewidować. Ale nikt nic nie miał. Im to nie przeszkadzało. Za kark i pałą. Doszedł jeden do mnie i do Józka.

adam_pysiak_2

– A gdzie to zapierdoliłeś!? – wrzeszczy.

I pokazuje na kapelusz.

– No to przecież moje jest, kapelusz pszczelarski, bo ja mam na dzisiaj wezwanie na komisję. I mu pokazuję ten papier. To wezwanie.

On tylko popatrzył i mówi.

– Spierdaaaaaalaj!

No i zanim się nie obejrzałem, już byłem kilkaset metrów stamtąd. Wtedy przypomniało mi się, że kierownik dobrze mi powiedział, żebym nie szedł. Tu żona, dziecko, dom w budowie, a teraz co? Zamkną mnie. Więc szedłem bez oglądania. To był taki strach, że człowiek się nie ogląda, żeby tego nagłego szczęścia nie spłoszyć.

Ale potem bałem się. Bałem się każdego dnia, że po mnie przyjadą. Nie spałem. Nie jadłem. Czekałem. Byłem pewien, że przyjadą. Że mi zrobili zdjęcia, jak atakujemy te bramę.

– Przyjechali?

– Nie przyjechali. Może dlatego, że nie byłem nigdy wcześniej notowany? Ale Zdzisiek nie wrócił.

Rodzina wpadła w rozpacz. Szukali, ale dojścia do milicji nie było. Pan Dobrzański, najlepszy elektryk samochodowy w mieście, znał wszystkich, więc dzwonił do tych milicjantów, pytał, ale go pogonili strasznie. Won łobuzie…

Następnego dnia wróciłem do pracy. Ale się nie przyznawałem przecież, bo się bałem, że opowiem, a potem ktoś mnie wyda. Szefowi powiedziałem tylko, że miał rację. Że było straszne. I to tylko tyle… Nie, no to by nie była prawda. Bo przecież miałem ten moment satysfakcji, że komuchom trochę się dołożyło. Miałem, nie powiem. Przez ten jeden dzień, zanim powrócił strach, byłem wolny. Takiego uczucia się nie zapomni do końca świata.

– Uwierzył pan, że można zmienić historię?

– Chcieliśmy zmian. Ale nie wiem, czy wierzyliśmy… Jestem dumny z mojego miasta, że nie tylko Gdańsk, nie tylko Śląsk, że Radom, wtedy jedno z najbardziej przemysłowych miast w kraju, ma swoją stronę w księdze walki o wolność. Szkoda, że cena była taka wysoka. Że musieli zniszczyć miasto.

– Więc jest pan jakby kombatantem…

– Nie. Nie jestem. Nie poszedłem do więzienia i nie przeszedłem ścieżek zdrowia. Uratował mnie kapelusz i dłuto. Pszczoły mnie ocaliły.

– Ten egzamin to trudne zadanie?

– Dla doświadczonego pszczelarza nie.

– Ale miał pan dwadzieścia lat.

– Ale doświadczenie ogromne. Trzeba było pięć lat mieć własne pszczoły, albo udokumentowaną pracę w pasiece. Nie było żartów. No i ja miałem, bo i jeden, i drugi dziadek mieli pszczoły. I ja zacząłem jako dwunastolatek. Wie pan, jak to w każdym zawodzie, ważna jest nauka, ale najbardziej liczy się doświadczenie. Dlatego to takie wyjątkowe rzemiosło. To nie jest jak ze stolarstwem, że się można od małego wszystkiego nauczyć. Że każdy może. Wiem, co mówię, bo przecież po tym Czerwcu zostałem przedsiębiorcą. Miałem i gospodarstwo rolne. I miałem stolarnię. Dużą. Meblościanki robiliśmy. Wtedy to był bardzo poszukiwany towar. Wie pan, z płyty, w okleinie, Europa. Więc znam różnicę. I przez ten biznes to nawet zaniedbałem pasiekę. A z pszczołami nie ma zmiłuj, trzeba pilnować. Warroza, taki azjatycki pasożyt, trochę mi spustoszył pasiekę. Nie zauważyłem, kiedy się zaczęło. Ale potem odbudowałem pasiekę. I to taką nowoczesną, z którą mogę pojechać w plenery. Bo ja wędruję z pszczołami. Wędruję po tych miejscach, gdzie akurat kwitnie interesująca mnie roślina. Człowiek zna miejsca. A na sympozjach mamy kontakt z ludźmi z całej Polski, więc wymieniamy się wiadomościami. Jeżdżę za Kraśnik, albo w okolice Opola Lubelskiego w poszukiwaniu najbardziej czystych łąk. Albo na spadź w Góry Świętokrzyskie. Zna pan spadź?

Mszyce wysysają nektar z igieł sosnowych, świerkowych, z modrzewia, trawią to, wydalają, pszczoły to zbierają, zjadają, wydalają i z tego powstaje miód spadziowy. Miód spadziowy z Gór Świętokrzyskich należy do najlepszych w świecie. Znam argentyńską, włoską, z innych części Europy i powiem panu, że nie ma porównania do świętokrzyskiej spadzi.

– Więc pszczoły uratowały pana od więzienia.

– Tak. Bez wątpienia. Choć to nie były łagodne pszczoły, jakie hoduję dzisiaj. Dziś są takie gatunki, tak łagodne, że można w krótkich spodenkach chodzić sobie po pasiece. W tamtym czasie trzymaliśmy bardzo agresywne odmiany. Gdybym robił dzisiaj takie miodobranie jak czterdzieści lat temu, to sąsiedzi by nie wytrzymali. Tyle było użądleń, że się biegło i ręce do wody wsadzało z lodem, żeby studzić skórę. Gdyby dziś były te same pszczoły, co wtedy, to myśli pan, że chociaż jeden gołąb na dachu by tutaj usiadł? Psy by ze strachu oszalały, tak żądliły. Najbardziej złośliwe były pszczoły kaukaskie, pierwsze dwa-trzy pokolenia to nie do wytrzymania. Teraz są inne krzyżówki, łagodne pszczoły. Ale jeśli się nie wymienia królowych matek, to po kilku pokoleniach ten kaukaski gen znowu wraca do głosu i nie podejdzie pan do takiej pszczoły.

– Czyli wciąż trzeba zaczynać od nowa?

– Wcale nie, jeśli umie pan rozumieć pszczoły, wie pan jak wymieniać matki. Wtedy ten gen nie dojdzie do głosu. Nie wróci. Pszczelarz i pszczoła muszą się rozumieć. Pszczoła żyje krótko, ale sekret polega na tym, że my pojedynczą pszczołę traktujemy jak osobny organizm. Tymczasem organizmem jest rój. Rodzina. I tę pamięć wspólnej ewolucji z człowiekiem przechowuje rodzina, a nie pojedynczy owad. Dobry pszczelarz musi być też z dziada, pradziada, że się to w jakiś sposób dziedziczy. Ja na przykład nie miałem lęku przed pszczołami, ale są ludzie, którzy się ich boją. Ja jestem wytrzymały na użądlenia, nie mam alergii. Ale są przecież tacy, którzy tego bólu znieść nie umieją. Są alergicy. Oni nie mogą pracować z pszczołami. Pszczoły to w ogóle są jakby z innego świata. Ewoluowały całkiem osobno od reszty gatunków. Wie pan, w świecie żywych istot nie ma szans, żeby z niezapłodnionego jaja powstało życie. A u pszczół jest to możliwe. Żadne jajo się nie marnuje. Z niezapłodnionego rodzi się męski osobnik. Karmią go i hołubią, żeby zapłodnił matkę, a potem co? Wypędzają go, kiedy przestaje być potrzebny. Albo inne, niesamowite zjawisko, że pszczoły same sobie potrafią wyhodować matkę! Dzięki temu zjawisku rodzina pszczela potrafiła przetrwać. To miliony lat ewolucji. Im głębiej się pan zagłębia w ten sekret, tym więcej tajemnic.

Trzeba zrozumieć, że organizmem nie jest pszczoła, nawet nie jest nią królowa matka. Rodzina pszczela jest organizmem.

– Trochę jak ten tłum idący na Komendę. On też miał zbiorową świadomość.

– Może i tak? Byliśmy jednością. Jak pszczoły. Wie pan, że pszczoła, która użądli – umiera. Nie może po prostu wyjąć żądła, jak na przykład osa. Pszczoła wie, że umrze. Ale to nic. Kiedy trzeba, poświęci się dla swojego roju.

 

W piątek, 26 czerwca 1976 roku robotnicy Radomia, Ursusa, Płocka, Łodzi, Nowego Targu i Grudziądza wyszli na ulice w proteście przeciwko komunistycznej władzy. To nie był zorganizowany protest, nie dojrzała jeszcze myśl o „Solidarności”, nie istniały żadne struktury, jakie mogłyby pokierować olbrzymim, spontanicznym, robotniczym protestem. Nie umawiali się, że wyjdą. Nie umieli się pogodzić z kolejną falą poniżenia. Mięso miało podrożeć o 69 proc. Cukier o 100 proc. Ale nie chodziło przecież ani o cukier, ani o mięso. Chodziło o godność. O to, żeby pokazać, że są ludźmi. Że mają marzenia. Aspiracje. Że chcą sprawiedliwego i wolnego kraju. Bez strachu. Bez kłamstw w telewizji, bez wyborczego oszustwa i mamienia propagandą sukcesu.

Nie udało im się zmienić nic.

Partia była przygotowana. Choć nie przewidziała, że największe protesty będą miały miejsce w Radomiu. Dlatego nie od razu udało się stłumić protesty. Żeby ściągnąć z innych miast funkcjonariuszy zaangażowanych w Operację Lato 76 władze musiały zagrać na czas.

I Sekretarz KW PZPR Janusz Prokopiak, świadom już, że podwyżki nie mogą być odwołane, okłamał tłum, że decyzje zapadną po godzinie 14. Tyle potrzebowała partia, żeby przegrupować jednostki ZOMO do Radomia. Sekretarz uciekł. Tłum wtargnął do gmachu KW, a milicja przystąpiła do brutalnej pacyfikacji demonstracji. Walki trwały do chwili, kiedy władze podjęły decyzję, że odwołuje podwyżki. To był pierwszy przypadek w dziejach PRL kiedy komunistyczne władze ustąpiły robotniczym żądaniom.

Ale robotnikom Radomia partia wystawiła straszliwy rachunek. Więzienia. Tortury. Zamykanie zakładów. To wszystko można udźwignąć. Dlatego partia odebrała im najważniejsze: skoro walczyli o godność, trzeba było odebrać im dumę z tego, czego dokonali.

 

tekst: Grzegorz Kapla

więcej artykułów: https://instytutpileckiego.pl/pl

 

Reklama