Janusz Chabior: Wolę być łowcą niż zbieraczem

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Tajemniczy macher, bezzębny wampir czy grubo ciosany „gangus” – na pewno go zapamiętacie. W kinie Janusz Chabior jest rekordzistą i ma to udokumentowane. Lubi zmienność zadań aktorskich. Komu ufa i co go napędza?

Kiedy kilka lat temu miałam okazję rozmawiać z tobą, mówiłeś, że z upodobaniem oglądasz seriale – „Homeland” i „Brekaing Bad”. Minęło parę lat i teraz oglądamy cię w serialu HBO „Ślepnąc od świateł”. To jakiś przełom w twoim życiu zawodowym?

Właśnie dlatego warto żyć! Kawał pracy, jaki włożyliśmy w ten serial, przyniósł efekt. Magazyn Variety umieścił go w dziesiątce najlepszych seriali wyprodukowanych na świecie! Niemal rok przygotowywałem się do zagrania Stryja. Przytyłem 16 kilogramów.

Kto zarządził, że masz tyle przytyć do roli?

Chyba Jakub Żulczyk. W powieści „Ślepnąc od świateł” opisał Stryja jako olbrzymiego, starego, zmęczonego życiem „gangusa”. Krzysztof Skonieczny, reżyser, powiedział, że będę musiał do tej roli dojrzeć. No i pod okiem trenera zacząłem rosnąć, zacząłem rozwijać swoją “kulturę masy mięśniowej”, zacząłem dojrzewać. Pojawiły się też wiaderka z białkiem. Byłem tuczony wręcz jak wieprz.

Lub jak gęś.

Reklama

Straszne rzeczy. Przerażające, jakie katusze przeżywają te zwierzęta po to, żeby jakiś smakosz delektował się ich wątrobą.

Jesteś wegetarianinem?

Nie. Tak jak moi przodkowie jestem łowcą. Nie przepadam specjalnie za mięsem, ale nie mam problemu, żeby je zjeść. Ludzkość na początku składała się z dwóch grup: jedni byli łowcami, myśliwymi, a drudzy – zbieraczami, czyli rolnikami. Potem zaczęli zakochiwać się w sobie nawzajem, płodzić potomków, wymieszali się i stąd może jestem miłośnikiem steka, który czasami zajada się humusem.

To dobra metafora sposobu życia. Niektórzy z nas są łowcami, inni – zbieraczami.

Wolę być łowcą niż zbieraczem. Miałem w życiu kilka zainteresowań, które wiązały się ze zbieractwem. Nuda.

Zbierałeś znaczki?

Zbierał je mój ojciec. Gdyby kolekcjonował na przykład monety, byłbym bogatym człowiekiem.

A kolekcje znaczków to nie fortuna? Naoglądałam się „Dekalogu” Kieślowskiego…

Kiedyś ludzie pisali listy, a znaczki miały swoją wartość. Teraz w dobie internetu znaczki nikogo nie interesują. Spadek bezwartościowy, więc muszę utrzymywać się na powierzchni życia za pomocą własnych rąk i głowy. I dobrze. Człowiek powinien ciężko pracować. Zwiększa się wtedy jego szacunek do życia.

Przyjąłbyś propozycję Skoniecznego, gdybyście wcześniej nie pracowali razem w „Hardkor disko”? [Nagroda za debiut reżyserski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2014 r.]

Nie tylko w tym filmie, zrobiliśmy też parę fajnych teledysków. Nasza znajomość trwa już trochę, mamy do siebie zaufanie, on wie, czego się po mnie spodziewać, ja wiem, czego się spodziewać po nim. Gdybym nie znał Krzysztofa Skoniecznego i on by zadzwonił… Jest ciekawie, zaczynam sprawdzać, mówię, że chcę przeczytać tekst, potem chcę się spotkać, pogadać o tym. Jeżeli wszystkie elementy zagrają, wtedy się zgadzam.

Utalentowany jest. Ma przedziwne ADHD – jest operatorem i reżyserem, myśli obrazem i dźwiękiem.

Renesansowy twórca.

Co stoi za sukcesem „Ślepnąc od świateł” – potencjał Skoniecznego, scenariusz Jakuba Żulczyka, czy może wyobraźnia ludzi z HBO, którzy im obu zaufali?

Pisarz lub malarz sam odpowiada za to, co robi. Natomiast film i teatr to praca zespołowa, musi się zgrać parę różnych czynników, żeby coś dobrego powstało.

Jak przyjąłeś to, że w głównej roli obsadzony został Kamil Nożyński, amator. Miałeś z tym jakiś problem na poziomie ambicji lub zazdrości? Czy akceptujesz wszystkie decyzje reżyserskie w imię zespołowości i wzajemnego zaufania?

Oczywiście, że akceptuję. To reżyser odpowiada za to, jaki będzie efekt końcowy, on jest na tym statku kapitanem.

…Eksternistycznie zdałeś egzamin aktorski.

Dawno, dawno temu miałem fajne zdjęcie, na którym przypominałem aktora z jakiegoś amerykańskiego filmu i postanowiłem je umieścić w jakimś w miarę poważnym dokumencie. Zebrała się poważna komisja, złożona z bardzo poważnych, utytułowanych aktorów i poważnym tonem oznajmiła, że wita mnie w rodzinie. Czułem się trochę jakby przyjmowano mnie do sycylijskiej mafii. Taki dreszczyk. Wracając do Kamila… To jest bardzo fajny chłopak, wspaniały facet. Ciężko pracował, żeby przygotować się do tej roli. Doceniam to. Dobrze zagrał. Ja przyjmuję go do rodziny.

Kiedy przyglądam się losom aktorów, zastanawiam się czasem, ile w filmach jest ich życia.

Moje życie to moje życie, a praca jest pracą.

Oddzielasz to?

W przeciwnym razie bym zwariował. Gdybym tego wszystkiego nie rozdzielał, byłbym na skraju załamania nerwowego, grając jednego dnia patologa, drugiego – kochanka, a trzeciego – wampira.

Do swojego świata chętnie zaprasza cię Patryk Vega. I to właściwie od początku – zagrałeś w jego pierwszym ”Pitbullu”, który jest czymś zupełnie innym niż to, co on kręci dzisiaj. Na czym zbudowałeś wtedy zaufanie do Vegi – na jego bezkompromisowej wizji 

Kiedy pierwszy raz spotkałem Patryka, pracowałem intensywnie w Teatrze Dramatycznym w Legnicy, siedem dni w tygodniu. Podróż do Warszawy nie była jeszcze tak prosta jak teraz – wsiadało się o 22 w pociąg i o 7 rano było się w Warszawie. Człowiek tłukł się dziewięć godzin. O piętnastej z minutami musiałem koniecznie już wracać, ponieważ na drugi dzień pracowałem w teatrze. Przyjechałem na ten casting, na spotkanie z reżyserem, który miał mi zaproponować rolę. Po sześciu godzinach, kiedy już nie mogłem mówić, tak mi zasychało w gardle, zasugerowałem: „Patryk, może już wystarczy tego castingowania?”. A on na to: „Ale jak to? Która jest godzina?”. Za 45 minut miałem pociąg z Dworca Centralnego. On był bardzo zakręcony. Widziałem w nim człowieka, który wie, co chce zrobić. Pitbull został znakomicie przyjęty przez widzów, to był sukces. Konsekwencją tej jakże udanej współpracy jest to, że do tej pory spotykamy się  przy różnych projektachLubię pracę z Vegą, bo jest w niej bezkompromisowy. Znalazł swój własny język filmowy, który przyciąga do kin miliony widzów.

A ile masz obaw przy tak ryzykownych przedsięwzięciach jak „Botoks”?

Nie jestem zbytnio bojaźliwy. Lubię brać udział w projektach tzw. podwyższonego ryzyka. Wiadomo mi było po lekturze scenariusza „Botoksu”, że w tym filmie będziemy jechać na sygnale pod prąd w godzinach szczytu. Firmy farmaceutyczne, służba zdrowia, aborcja, zmiana płci – gorące tematy. No i dobrze, no i na zdrowie! Zobaczymy, co z tego wyjdzie, pomyślałem. Ciekawość jest twórczym stanem, a obawa zamyka. Takie tematy to dobry zaczyn do dyskusji, a film daje pretekst do tego, żeby rozmawiać, żeby się spierać. Robiliśmy kiedyś „Służby specjalne”…

…I one też były kontrowersyjne.

Wielu ludzi nie wierzy w to, że Andrzej Lepper popełnił samobójstwo. Na etapie scenariusza wszyscy mówili: o, świetnie, film będzie głośny, bo to służby specjalnie – niewyjaśnione śmierci, wiele różnych znaków zapytania. I co się okazało? Film wszedł na ekrany i przerażenie ogarnęło wszystkie media. Miały być dyskusje, spotkania w różnych programach i nagle zaczęto je odwoływać. Dlaczego? Kiedyś na stacji benzynowej tankowałem w nocy samochód. Podszedł do mnie szary, niepozorny człowiek, wyciągnął rękę i mocno ściskając moją powiedział: „Panie Januszu, nie do końca wiecie, co tam się w ogóle wydarzyło, ale dziękuję bardzo za tę rolę i za ten film”. I odszedł w ciemność. Opinia takiego człowieka jest dla mnie najważniejsza.

Kiedy masz odzew z realnego życia uświadamiasz sobie, że będąc aktorem, człowiekiem do wynajęcia, możesz opowiedzieć światu…

…Mój świat. Moją wersję sensu istnienia. Ja jestem demiurgiem, ja stwarzam. Jest to wielka moc i przywilej niewielu. Jestem szczęściarzem, że wykonuję ten zawód.

Reklama

We mnie, przyznaję, rodzi się pytanie, dlaczego angażujesz się w takie filmy jak „Wyklęty” czy „Miłość i miłosierdzie”…

Niech się rodzi, byle by z tego pytania nie wyrósł potwór. Jesteśmy już wystarczająco podzieleni na prostych i krzywych, dobrych i złych, prawdziwych i nieprawdziwych. Nie mam problemu z tym, że zagrałem w tych produkcjach. Jestem aktorem, wykonuję swój zawód i sam muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy projekt, w którym chcę wziąć udział, jest projektem dla mnie dobrym czy nie. Mogę popełnić błąd, ale to jest też ryzyko tego zawodu.

Zechcesz mi powiedzieć, ile takich błędów popełniłeś? Ile cię kosztowały i czy ich żałujesz?

Każdy ponosi ryzyko, nawet gdy wzywasz hydraulika, żeby ci naprawił pralkę. Jeżeli ci ją źle naprawi, to zalejesz sąsiada piętro niżej, który akurat pomalował sobie sufit na różowo, w świnki. Nie unikniesz ryzyka. Jest ono wpisane w każdy zawód.

Owszem, jednak ty jesteś na świeczniku, jesteś osobą niejako publiczną i każdy cię może rozliczać z tego ewentualnego błędu czy niepowodzenia zawodowego.

Jeśli kogoś bawi rozliczanie innych, to niech sobie rozlicza. Niech siedzi, pierdzi w stołek i niech rozlicza. Rozliczanie jest teraz w modzie. Mało mnie to obchodzi. Zagrałem w ponad stu filmach i gdzieś zapewne popełniłem błąd. Kto nie popełnił, niech pierwszy rzuci kamieniem. C’est la vie.

Tęsknisz za światem sygnowanym przez jakiegoś konkretnego twórcę? Masz sporo ciekawych spotkań z filmowcami, które były jednorazową przygodą. Chyba dobrze wam się współpracowało z Juliuszem Machulskim w „Kołysance”?

Być ojcem Więckiewicza – bardzo ciekawe wyzwanie.

Ta wampiryczna historia zdaje się idealnie rezonować z twoim poczuciem humoru.

Tak. Wampir, który ma kłopoty z zębami – to już jest śmieszne… Polskie wampiry na Mazurach, świetny pomysł. Boleję trochę nad tym, że mało mam komediowych propozycji w kinie, ale odbijam to sobie w teatrze – w „Pozytywnych”, w „Kolacji pożegnalnej”, czy w „Uchu prezesa”, gdzie gram pana Antoniego. Lubię się pośmiać. Lubię podróżować. Ważne są spotkania z ludźmi, którzy niekoniecznie myślą tak jak ja, ale są fajni i z dobrą energią. W moich skomplikowanych relacjach damsko–męskich myślałem, że już wyczerpałem limit, że zostałem wycięty, usunięty z kolejki oczekujących, że już został tylko dom spokojnej starości i teraz muszę się wyłącznie wpuścić głęboko w pracę. I nagle, ni z tego ni z owego, spotkałem kobietę…

Miłość twojego życia?

Coś czuję, że tak. Wszystkie drogi prowadzą do Przemyśla. Dziewczyna pochodzi z Przemyśla. Z Przemyśla mam psa Batmana, największego przyjaciela. Przemyśl to widocznie dla mnie miasto szczęśliwe.

Zakładam, że pies nigdy nie zawiedzie. Miłość dwojga ludzi to jednak projekt wysokiego ryzyka.

Projektem wysokiego ryzyka jest zimowe wejście na K2. Jestem w stanie miłosnym, więc nie myślę o tym teraz. Ogarnął mnie stan nieważkości. Cieszę się tym, co jest. Nie martwię się na zapas. Jest wokół mnie masa dobrej energii. Unoszę się parę centymetrów ponad chodnikami. Jest git. Nie wybiegam w przyszłość, ona sama do mnie przyjdzie, nie wracam też do przeszłości. Jest tu i teraz.

Czy marzysz jeszcze o zagraniu u Woody’ego Allena w Moskwie z czarnoskórą piękną kobietą w filmie o miłości?

Oczywiście. Dla Moskwy, Woody Allena, przygody i pieniążków. Kobietę już mam.

 

fot.: Paweł Bajew

fot, backstage: Dominika Woźniak

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama