Phillipe Tłokiński: Zdrowa metoda

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Zaczęło się od teatru we Francji. Później były polskie seriale, a po kilku latach debiut na dużym ekranie. Dziennikarz, kurier wojennej Warszawy, matematyczny geniusz.
O granicy między fikcją a rzeczywistością i „zdrowym” sposobie na aktorstwo rozmawiamy z Phillipem Tłokińskim.

 

Anna Jankowska: Spotykamy się w Renaissance Warsaw Hotel, przy lotnisku. Powiedz mi, jak często odwiedzasz lotniska i czy celem tych odwiedzin jest podróż między Polską, Szwajcarią i Francją?

Philippe Tłokiński: Bardzo często, przynajmniej na przestrzeni ostatnich siedmiu lat. Wszystko zależy od projektów, które mnie wzywają. To może być Francja, to może być Szwajcaria, była też Belgia. Często latam do Genewy, nie tylko ze względu na pracę – w Genewie mam rodziców i siostrę.

Reklama

Mam wrażenie że po twoim powrocie do Polski wiele z ról, które grasz w telewizji, w serialach, na ekranie korzysta z tej cennej umiejętności dla aktora, jaką jest wielojęzyczność.

Jak byłem jeszcze w szkole teatralnej to zacząłem o tym myśleć, postanowiłem poszerzyć swój rynek. Wiadomo, że im jest on szerszy, tym więcej jest propozycji. Nie myślałem o tym, żeby używać angielskiego w Polsce albo polskiego we Francji, nie przewidywałem takiego rodzaju mojego emploi.

Ale francuski w Polsce ci się przydał…

Przydał mi się przy Nocy Walpurgi, rzeczywiście. Chociaż Marcin Bortkiewicz nie zaangażował mnie chyba z tego powodu… Scenariuszowo pasowało, więc zrobiliśmy taką dwujęzyczną postać. PrzyKurierzeteż się przydało, nie francuski, tym razem to był angielski.

To filmy stworzone, mam wrażenie, dla ciebie, ponieważ miały istotną rolę w odzyskiwaniu, czy też poznawaniu przez ciebie polskości.

Czy te role zostały stworzone dla mnie? Oficjalnie nie, za każdym razem zostałem albo znaleziony przypadkiem albo przeszedłem klasyczny casting. Te role nie zostały stworzone dla mnie, ale cieszę się, że sprawiają takie wrażenie, bo to znaczy, że nie można sobie wyobrazić kogoś innego na tym miejscu.

Jesteś też kolejnym szczęściarzem, który siedzi na tej kanapie, ponieważ w ostatnim czasie rozmawiamy z młodymi aktorami, którym udało się we wczesnym etapie kariery zadebiutować na dużym ekranie. Kiedy zacząłeś pracę nad Nocą Walpurgi? Bo to był twój oficjalny debiut kinowy.

To było w 2015, ten film się wtedy pojawił, więc podejrzewam, że w 2014 był kręcony. Miałem wtedy 30 lat. Jaki to był etap? Dość późny, jeśli chodzi o debiut aktorski, ale z drugiej strony nie stanowiło to dla mnie jakiegoś kompleksu, bo zaczynając drogę aktorską myślałem, że będę pracował w teatrze i tak robiłem przez lata, więc kino, kamera pojawiły się dopiero później, jak przyjechałem siedem lat temu do Polski. Zaczęło się od seriali. Często ludzie mówią: seriale to coś gorszego niż film, ale gdyby nie te seriale to prawdopodobnie nie miałbym żadnego kontaktu z kamerą, więc jestem bardzo wdzięczny za te pierwsze, dość intensywne doświadczenia.
Wydajemi się, że aktorzy mają coś takiego, że zostają młodzi całe życie. Ja przynajmniej tak widzę starszych aktorów; mam wrażenie, że to są takie dorosłe dzieci, zachowują coś wyjątkowego,więc nie ma wieku na debiut.

Kiedy opowiadasz o zawodzie aktora, myślę o twojej postaci w Kurierze, o jej pierwowzorze – Jan Nowak-Jeziorański – to był człowiek, który zachował w sobie taką młodość i ciekawość świata do końca. Co tobie dała ta rola? Jako aktorowi i jako człowiekowi?

Rola Jana Nowaka-Jeziorańskiego, a sam Nowak-Jeziorański to dwie różne osoby, ale na pewno jest wspólny mianownik między fikcją a rzeczywistością. Jan Nowak-Jeziorański był człowiekiem bardzo szybkim, trochę jak dziecko właśnie, bardzo energetycznym, pozytywnym i to bardzo budująca była rola. Taka, która powoduje, że  kiedy wracasz do domu, czujesz się większy niż jesteś w rzeczywistości, a po planie, po filmie jesteś lepszy niż kiedy zaczynałeś ten film. Podczas zdjęć do Kurieradostałem kolejną rolę, Stanisława Ulama w filmie Geniusze. Tu była odwrotna sytuacja. Oczywiście, Stanisław Ulam jest fantastyczną i bardzo pozytywną postacią, tylko sam scenariusz, historia, to co mu się przytrafiło, było przedstawione w tym filmie, przełożyło się na moje prywatne życie i rzeczywiście była to dość „niszcząca rola”. Taka, która spowodowała spory spadek energii i nawet lekką depresję po planie zdjęciowym. Jan Nowak-Jeziorański jest więc taką postacią, do której chętnie bym myślami wracał. Byłem lepszy, silniejszy, bardziej energetyczny.

Zacząłeś bardzo ciekawy wątek – wchodzenia w rolę. Gdzie jest ta granica, gdzie zaczyna się rola, a gdzie kończy? Gdzie zaczyna się twoje prawdziwe życie?

Zawsze byłem zwolennikiem metody „zdrowej”, bardzo cenię sobie dystans do tego co gram, więc z pewnością mam bardziej tendencję do przedstawiania czegoś niż wcielania się.Diderot napisał książkę „Paradoks o aktorze”. I to jest pytanie bez odpowiedzi – czy aktor się wciela czy aktor przedstawia? Znam aktorów, którzy sami twierdzą, że się wcielają, ale to z jakim fachem oni to robią i z jaką świadomością ustawiają się do kamery świadczy o tym, że oni to też budują, to jest pewnego rodzaju kompozycja. I są aktorzy, którzy podchodzą do tego bardzo technicznie, a kiedy się patrzy na ich pracę, sprawiają wrażenie, że się absolutnie wcielają. Wydaje mi się, że często mówimy innymi słowami o tym samym procesie budowania postaci, ale to jakie słowa kładziemy na ten proces to sprawa indywidualna. Zdziwiłem się jednak, kiedy zagrałem Stanisława Ulama, w jakim stopniu to oddziaływało na moje prywatne życie.

Reklama

A to ułatwia czy utrudnia relacje między ludźmi?

Prywatnie to utrudnia, dlatego że już nie wie się dokładnie czy odpowiada się w swoim imieniu, co wywołuje taki odruch, że człowiek się odcina przez jakiś czas. I to zupełnie normalne. To jest rzecz, o której wielokrotnie słyszałem, aktorzy często mówią o takim dołku po jakimś intensywnym projekcie. Ja tego nigdy nie doświadczyłem w takim stopniu. Prawdopodobnie przyczyniło się do tego też zagranie dwóch ról pod rząd, to było ponad 60 dni zdjęciowych. Na przestrzeni dwóch tygodni te zdjęcia się zazębiały, więc był to szalenie intensywny okres pracy. Kiedy przez okres ponad 4-5 miesięcy, codziennie ktoś wymaga od ciebie żebyś przedstawił coś innego, to po tych pięciu miesiącach, gdy już nikt niczego nie wymaga od ciebie, świat robi się dziwny, sam nie wiesz czego chcesz, czy sam masz sobie narzucić pewną motywację.

Masz w sobie dużo motywacji, prawda? Nawet twój przyjazd do Polski o tym świadczy. Twoja rodzina, rodzice zostali w Szwajcarii…

Najlepsza motywacja to wolny czas. Mam dużo wolnego czasu, który trzeba czymś wypełnić. Oczywiście nie twierdzę, że jestem w jakimkolwiek stopniu inteligentem, ale jest takie powiedzenie, że inteligentni ludzie się nie nudzą. Jest to o tyle prawdziwe, że ja staram się nie nudzić. Nie ma czegoś takiego, że siedzę w domu i nie wiem co robić. Bardzo rzadko mi się to zdarza. Jest tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle ćwiczeń do wykonania, metod do odkrycia.

Ale to też takie momenty przestoju, których wielu aktorów się obawia.

Jedyny moment w swoim życiu, gdzie doświadczyłem takiego totalnego braku motywacji do wszystkiego, to było po tych dwóch filmach [Kurieri Geniusze– przyp. red.]. Nastąpił gigantyczny spadek energii i motywacji, a to do czego Pani nawiązuje, to prawdopodobnie jest ten wolny czas, który dotyczy wszystkich aktorów. Może się to wydawać bardzo podniecające, bycie aktorem, bycie na wielkim ekranie, granie scenariuszy, wcielenie się w różne postacie. Jednakże, rzeczywistość aktorów najczęściej wygląda tak, że czekają na kolejną pracę. Jak to będzie w przyszłości? Nie mam zielonego pojęcia, ale ponad dziesięć lat temu podjąłem decyzję, że będę aktorem i chyba liczyłem się z tym, że będą okresy, kiedy nie będę miał pracy. To już się stało częścią mojej rzeczywistości.

A zastanawiasz się czasem, co by było gdybyś został we Francji? Czy nie kusi cię, żeby wrócić na deski teatru, tam gdzie zaczynałeś?

Nie. Coś mnie ciągnęło tutaj, a zresztą zrobiłem to w bardzo zdrowy sposób, dlatego że zajrzałem dyskretnie do Polski, dostałem role w serialach, grałem tutaj, ale nadal żonglowałem z teatrem. Bywały różne okresy zawodowe w Polsce, więc oczywiście nadal jestem otwarty, aby wciąż prowadzić to życie na walizkach, ale Polska to był niesamowicie dobry ruch. Miało to stopień odkrycia siebie samego, powrót do korzeni, jest to szalenie wzbogacająca kwestia, każdy jest w stanie to zrozumieć. Zresztą, bardzo klasyczny schemat, jeśli chodzi o drugie pokolenie, które próbuje odnaleźć siebie, zaglądając do źródeł.

A tam nie czułeś się u siebie? Za granicą, w Szwajcarii?

Jak wracam do Szwajcarii, to jestem u siebie. Tam się wychowałem, spędziłem całe życie, chodziłem do szkoły, zdawałem maturę, więc jestem tam u siebie. Zresztą, kiedy zacząłem żonglować między Polską a Szwajcarią, czy Francją, to mimo braku odczuwania takiej potrzeby, bardzo szybko zrozumiałem, że niewykluczone, iż będę musiał wyjechać za granicę. Postanowiłem więc uruchomić proces zdobywania obywatelstwa szwajcarskiego; urodziłem się we Francji, wychowałem się w Szwajcarii, ale spędziłem tam 20 lat, nie będąc Szwajcarem na dobrą sprawę. Chciałem mieć przynajmniej taką opcję, by nie stracić możliwości powrotu do tego kraju bez problemów, jakkolwiek od dziecka zawsze czułem się też Polakiem w stuprocentowy sposób. Wydaje mi się, że można być w stu procentach Polakiem i Szwajcarem, narodowości się nie wykluczają. Jest niejeden przykład wśród artystów, którzy posiadają dwa kraje, dwa domy.

Kiedy opowiadasz o swojej emigracji,  o przyjeździe do Polski, to pasuje mi do ciebie rola emigranta i myślę o filmie „Pomiędzy słowami” [reż. Urszula Antoniak – przyp. red.], w którym zagrał Jakub Gierszał. On ma podobnie, ale z Berlinem…

To prawda, Gierszał ma podobnie. Prawdopodobnie mamy wspólne problematyki jeżeli chodzi o kwestie językowe. Zakładam, że on też czuje się zupełnie inny jak gra w języku niemieckim. Ja niestety niemieckiego uczyłem się 6 lat, ale nic z tego nie wyszło, nie potrafię ugryźć tego języka. Pomyślałem, że padnie hasło – trochę jak Chopin, bo jest i Francja i Polska…

I ten fortepian.

I ten fortepian. Może kiedyś zagram Chopina…

Mamy już kilka pomysłów na twoją przyszłość. A jakie są twoje pomysły?

Nie mam pomysłów. Ja biorę życie jakim jest. Mam nadzieję, że ludzie zobaczą we mnie osobę, która nadal jest w procesie, która pokornie podchodzi do pracy, i z którą oni mają ochotę współpracować.

Nie ma lepszej roli niż ta, kiedy reżyser patrzy na ciebie i mówi: Ok, ja ciebie w tej roli widzę.

Obiecałeś, że naszą rozmowę zwieńczysz anegdotą. Czekam na to, co miałeś na myśli? Czy jeszcze pamiętasz?

Miała ona paść w naturalny sposób, ja już nawet nie pamiętam o czym to było…Nie jestem wielkim fanem wywiadów. Uważam, że jest to bardzo trudne ćwiczenie. Wiem, że to część aktorstwa, ale ostatnio udzieliłem tyle tych wywiadów i jestem zmuszony do stwierdzenia, że niektóre wywiady dobrze wypadają, a niektóre nie najlepiej. I odnoszę wrażenie, że każdy wywiad ma jakąś inną konwencję, jak w teatrze. Wywiad dla radia to nie jest to samo co wywiad w telewizji śniadaniowej.

A w jakich rozmowach najlepiej się czujesz?

Radio jest fajne, bo można odrobinę wolniej wypowiedzieć swoje kwestie. Jest dziennikarz, który mówi: Cześć, witam bardzo serdecznie, Philippe Tłokiński. Zagrałeś u Władysława Pasikowskiego, jakie masz wrażenia?Wypowiada tę kwestię bardzo wolno, więc wtedy mogę powiedzieć: Tak, rzeczywiście pracowałem u Władysława Pasikowskiego w filmie Kurier.
A jak jestem w telewizji śniadaniowej to pytanie pada w bardzo dynamiczny, szybki sposób: Cześć Philippe, urodziłeś się we Francji, grałeś u Władysława Pasikowskiego, blabla.Bombarduje cię słowami i kiedy człowiek odpowiada w miarę normalnie to sprawia wrażenie jakby był niedorozwinięty. Ten kontrast powoduje, że to źle wygląda. Radio płynie znacznie przyjemniej dla mojego ucha. Lubię też spotkania z publicznością. Jest to ciekawe, miałem teraz okazję kilka razy spotkać się z publicznością, to jest jak odbicie lustrzane. Spędziłem sporo czasu w teatrze, więc jak ktoś nawet kaszlnie to mogę jakiś żart podsunąć w związku z tym albo jak ktoś wstanie to mówię: Ok, to już za długo. I wszyscy się śmieją. To bardzo dynamiczna forma, która mi odpowiada. I tutaj, z panią, jest najlepiej.

Bo mamy czas na te spokojne i powolne odpowiedzi.

Tak.

 Życzę ci zatem odkrywania nowych rzeczy i odpowiadania na zupełnie nowe pytania. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dzięki.

 

fot.: Aleksandra Mecwaldowska

fot. backstage: Dominika Woźniak

 

Podziękowania za udostępnienie pomieszczeń na potrzeby sesji dla:

Renaissance Warsaw Airport Hotel

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama