Przymusowy postój dla postów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

O myśleniu niegodnym, będzie ten tekst, a może całkowicie godnym, bo człek może myśleć, kiedy chce, o czym chce prawda? Prawda, nawet podczas golenia nóg można myśleć o filozofii Tischnera, czy może jednak nie wypada? Nie, gdyby nie wypadało trzeba byłoby to określić pruderią myśli, a ja pruderii w swej głowie nie chcę, dziękuję, ode mnie zależy, o czym myślę, nikt się nie dowie, a nie, jednak dowie się Internet.

Prawdziwą kwestią godną rozpatrzenia jest fakt dzielenia się daną myślą z całym internetowym światem? Czy godzi się taką myślą dzielić? Czy dzielenie się wszelakimi kwestiami (w sumie często bezużytecznymi, bo niby jak ktoś miałby z nich skorzystać: „o też kiedyś będąc w łazience pomyślałem o Tischnerze, nie jestem z tym sam, juhu”) jest potrzebne? Co nam to dzielenie się myślami faktycznie daje? Może daje nam to pewnego rodzaju poczucie wspólnoty, może zaspokajamy potrzebę utożsamienia się z kimś jeszcze na tym świecie? A może odczuwamy smutek, bo wszyscyśmy tak podobni albo czytając coś odczuwamy pewien rodzaj zażenowania czyimiś przemyśleniami lub uważamy, że wszystko to bujdy na resorach, bo u nas takie sytuacje nie mają miejsca?

A może jedyną słuszną myślą powinna być myśl o tym, że warto byłoby wysłać nasze posty „na przymusowy postój”? Jestem ciekawa czy po tygodniu, nadal z takim samym zapałem, wrzucalibyśmy to, co wrzucamy pod wpływem chwili na nasze media społecznościowe? Czy faktycznie to takie istotne, że kiedy goliłam nogi to coś tam coś, a kiedy jadłem zupę to blablabla?

Zastanówmy się ile z tych treści sami faktycznie przyswajamy, a ile jedynie lajkujemy i biegniemy dalej, a ile mamy ochotę wysłać na księżyc, byleby tylko nie musieć się z nimi stykać? Także przymusowy postój dla postów byłby chyba najlepszym z najlepszych rozwiązań.

 
Reklama
 
Reklama

Takich postojów, chwil zawahania przed publikacją sobie i czytającym życzę.

Reklama