Groza prowincji. Ghost World – recenzja

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Malkontenctwo i defetyzm dla nas Polaków wydają się symbolami narodowymi. Żyjąc nad Wisłą zapominamy, że negatywne stany emocjonalne, złośliwe uwagi i co najważniejsze gniew nie są tylko rodzimą przywarą, a sytuacjami bliskimi całej ludzkości. Te powszechnie pogardzane oznaki egzystencjalnego buntu nierzadko mają pozytywne efekty, pozwalając przetrwać w niesprzyjających warunkach. W komiksie Daniela Clowesa Ghost World dwie nastoletnie bohaterki za oręż w walce z nieprzychylnym światem dojrzewania biorą ostre słowa i sprzeciw wobec małomiasteczkowego życia, a wszystko ku uciesze spragnionych wrażeń czytelników.

Historia dziewcząt nieusatysfakcjonowanych swoim położeniem i wciąż opierających się dorosłości została zekranizowana w 2001 roku. Za sprawą kinowej wersji powieści graficznej Daniel Clowes otrzymał nominację do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany. W ten sposób kolejny raz niepokorny rysownik i scenarzysta wprowadził zwyczajnych odbiorców kultury masowej w świat niezależnej rozrywki, brutalnie rozprawiającej się z amerykańskim stylem życia. Dorastanie Rebecci i Enid jest obdarte z blichtru niczym nieskrępowanej młodości, w dużej mierze przypominając oczekiwanie na nienadchodzący przełom. Bohaterki stają się dla odbiorców surowymi recenzentami ponurej, prowincjonalnej rzeczywistości. Ich świat na pozór wypełniony nudą i stagnacją gromadzi w sobie wiele dziwactw, ekscentrycznych ludzi oraz seksualnych frustracji. Zasadniczo w Ghost World fabuła jest umowna, stanowiąc tylko pretekst do opowiedzenia o trudnej przyjaźni.

Dziewczęta u progu dorosłości zabijają czas, włócząc się bez celu po mieście. Śledzą dziwnych ludzi, obgadują znajomych, poszukują ekscytacji. Interesują się wszystkim co obleśne, mało przystępne, odpychające dla sąsiadów. Kontestują świat przez uwielbienie tego, co odrzucone, obierając pozę wiecznych autsajderek. Clowes obśmiewając amerykański sen, wysyła swoje postacie na poszukiwanie „fajności” dorastania. Rebecca i Enid podświadomie czują presję iluzji życia niczym z serialu Beverly Hills 90210, lecz są również w pełni świadome jego niedostępności. Subtelnie karykaturalna kreska portretuje zrezygnowany świat małych, domowych dramatów. Prócz czerni i bieli, nie bez powodu kadry wypełnia również turkus. Kolor wyblakłego luksusu, mody, która dawno odeszła, tak jak nadzieja uszła z sąsiedztwa bohaterek.

Rzadko można spotkać tak dobre połączenie pracy reporterskiej z talentem do konstruowania wciągającej opowieści. Na pierwszy rzut oka, w tym ponurym świecie nic się nie dzieje, lecz gdy wgłębimy się we wnętrze postaci, zmiecie nas tajfun żalu i frustracji. Daniel Clowes kolejny raz sprezentował czytelnikom obyczajowy horror, w którym powodem do strachu jest marność ludzkiej egzystencji. Nie pozostajemy jednak bezbronni, przed grozą życia obroni nas cynizm i ironia.

Reklama