To jest mój zawód, część ostatnia, w której bohaterka jednak przeżywa

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

„Właśnie się rozbierałam, kiedy do pokoju wpadła z krzykiem moja mama, chwyciła moje ubranie i wyciągnęła mnie z mieszkania.

Reklama

Krzyczałam na mamę: to jest mój zawód! Puść mnie, to mój zawód!”

 

Cytat z „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?” Aglaja Veteranyi

 

Nie wierzę! Mój telefon złapał wifi po raz pierwszy! Stary dziad, a jednak złapał! Święta opatrzności, dziękuję! Chwytam za telefon, a po drugiej stronie zrelaksowanym głosem Kasia: No jak tam, kochana w Belgii, dobre czekoladki? Cicho! – szepczę przeraźliwie – Kaśka, nie uwierzysz, co mi się przytrafiło… I opowiadam Kasi naprędce wszystko, najszybciej, jak mogę, z wszystkimi szczegółami. Kasia słucha, po czym waży się tylko na jeden komentarz: Gocha spierdalaj stamtąd. Bierz jakikolwiek hotel, telefon i dokumenty, i uciekaj. No ale właśnie Ci tłumaczę, syczę przez zęby, jakby to było takie proste, to już bym sobie dawno poszła, ale nie mam jak, bo co – jak będę przemykać przez hall, a mi wyleci jakiś z pistoletem i co ja mu powiem? Hi! Excuse me, do you know where the toilets are? No właśnie. Kaśka przytakuje, mówi, że obdzwoni znajomych, którzy studiowali w Belgii, może ktoś jest w okolicy i mógłby pomóc lub chociaż wezwać policję.

Rozłączamy się, patrzę przez okno na ulicy zwykły gwar, piątkowy wieczór, a ja siedzę zamknięta w 20m kw. jakiegoś piekła. Ludzie chodzą po ulicy, rozmawiają, śmieją się, mają dobry czas – w końcu jest piątek, a ja być może przeżywam ostatnie chwile w swoim życiu. Boże, my nie wiemy. My nie wiemy o tragediach tych wszystkich pokojów, nie wiemy o światach, w których nie ma żadnego prawa, ani żadnego sędziego, wszystko jest skorumpowane, wszystko zależy od tego, kto ma broń, a twoje życie nie znaczy nic. Kompletnie nic. Nie wiemy o światach, w których dzieje się zło, w których dochodzi do gwałtu ludzkiej jednostki, bezprawia, wyzysku. Dlaczego nie wiemy? Czy gdybym zaczęła machać z ciemnego okna zapalonym telefonem albo nawet zaczęłabym nadawać sygnały SOS – gdybym, oczywiście, taki sygnał nadawać umiała, bo w szkole uczą nas wszystkiego: wiem co to mitochondrium i podmiot liryczny, ale do diabła, nie mam pojęcia, jak nadaje się sygnał SOS! – w każdym razie, czy ktoś zwróciłby na to uwagę? Czy ktoś by się tym zainteresował i wszedłby do Hotelu Francois i był naprawdę ciekaw, co dzieje się z człowiekiem, który nadaje jakieś świetlne znaki? Naćpała się czy jak? Pewnie westchnąłby pod nosem: wariatka i tym sposobem oczyściłby sumienie z poczucia winy. Tak najlepiej usprawiedliwić swój brak reakcji: nie mieszać się w nieswoje sprawy, a wiadomo, jaka jest dzisiejsza młodzież: pali, ćpa, pije wszystko co popadnie. I tak by przeszedł obojętnie, minąłby moje okno zwykły przechodzień, przeciętny Belg, a sytuacja mogłaby z niego uczynić bohatera, obrońcę praw słabszych i uciśnionych, ostatniego sprawiedliwego niosącego wybawienie niewinnym i pokrzywdzonym. Ale kalendarz nie pamięta już superbohaterów. Dzisiaj bohater podnosi większe obciążenia na siłowni i kupuje białko w sklepach z odżywkami. Tam, gdzie zwęszy prawdziwe niebezpieczeństwo raczej nie bawi zbyt długo, jeszcze by sobie pobrudził nowiutkie dresiki albo zadrapał muskuły. Rycerze, pożal się Boże. Orły, sokoły, o skrzydłach i móżdżkach wróbelka. Życie w dobie rozpowszechnionego feminizmu sprzyja ich okrojonej męskości. Nie muszą martwić się o wszystkie białogłowy uwięzione w najwyższych komnatach, w najwyższych wieżach. Zresztą, jaka tam ze mnie białogłowa na pierwszym piętrze hotelowego burdelu. Mogłabym spokojnie na pytanie – czy jestem dziewicą – odpowiedzieć jak nastolatka na jednym z portali internetowych: „a to choroba?” Więc w sumie nie należy mi się bohater, bo niby z jakiej racji? Z jakiej racji miałby nie-dziewicę ratować jakiś stuprocentowy superbohater, rycerz, Zbyszko z Brukseli? A co potem? Trzeba się będzie wybawicielowi odwdzięczyć, że wyrwał ze szponów harpii, a tu nagroda lipna, bo panna już dawno rżnięta na prawo i lewo, no to w sumie ja się nie dziwię, że taki spadek zainteresowania rycerskością i rycerską postawą w ogóle, skoro taki deficyt cnotliwych panien. Niejeden już pewnie sobie w brodę pluł, że życie narażał dla ratowania jakiejś dupy, a zaszczytu rozdziewiczenia – summa summarum – nie uświadczył. Nadzieja na zakończenie z bajki słabnie we mnie z minuty na minutę.

„Umiesz liczyć? Licz na samą siebie”, powtarzała mi mama Danuta całe życie. I oczywista, i brutalna, i niezaprzeczalna prawda tych słów kłuje mnie teraz boleśnie w tym pozbawionym nadziei flamandzkim koszmarze. W szkole teatralnej w Krakowie też mnie nie nauczyli, co robić, gdy przez przypadek trafisz do burdelu, a nie na casting. No nie uczyli, cholera! Nie uczyli! Całe życie pędzi mi przed oczami. „Droga sprawiedliwych wiedzie przez doliny ciemnych i złych mocy.” Widzę moją rodzinę, mamę, tatę, siostrę. Ich obrazy w mojej głowie, jakby świeżo nałożone akwarele, rozmyte przez przypadkowe krople wody: rozmazują się, tracą wyraziste kształty i kontury. Chcę zacząć płakać, ale umysł pędzi w poszukiwaniu jakiegoś sensu, jakiejś myśli przewodniej tego całego wydarzenia. Ale to jak to? To naprawdę koniec? Umrę? Mam się pozwolić zabić tutaj? To straszne. To po to było to wszystko? Ta cała głupia historia o Małgosi Kowalskiej? To naprawdę koniec? Nie chce mi się w to wierzyć, nie mogę tego pojąć. Nie widzę sensu w mojej codziennej walce, nie widzę sensu w ambicjach, planach, marzeniach. Przez chwilę czuję jej obecność. Obecność śmierci. Jakby czaiła się w kącie, gotowa do rzucenia mi się na szyję. Nie masz ucieczki przed nią. Nie masz.

Z zamyśleń natury egzystencjalnej znów wyrywa mnie wibrujący telefon. Kasia: słuchaj, za chwilę przyjedzie po ciebie Matt, były chłopak mojej najlepszej przyjaciółki, podjedzie po ciebie srebrnym citroenem, jak go zobaczysz to od razu leć na dół i wskakuj do samochodu. Kasia, przerywam szeptem i płaczliwym głosem, pytam – jak ty to sobie wyobrażasz? Ja nosa nie wyściubię na ten korytarz, jeszcze żebym kulę w łeb zaliczyła? Mowy nie ma, póki mi życie miłe! Kaśka na to: to poproś Matta, żeby wezwał policję czy coś! I w tym momencie moje wifi się gdzieś zagubiło, przerwało nam połączenie. Z zatrwożoną miną i obłąkanym spojrzeniem uchylam firankę i wpatruje się w przestrzeń, wyczekując mojego wybawcy w srebrnym citroenie. No jedź, przyjeżdżaj, przyjeżdżaj, Matt, kimkolwiek jesteś, przyjeżdżaj! Długo jeszcze mam czekać?! W tym samym czasie krzyki zza ściany nie cichną, strzały co prawda ustały, ale nie chcę wiedzieć, jakie są konsekwencje tych, które już padły, nie chcę w ogóle wiedzieć, ani w ogóle myśleć, ile trupów osuwa się właśnie o ścianę, która odgradza mój mały pokoik od miejsca zbrodni, od miejsca rzezi belgijskich dziwek i alfonsów, w ogóle nawet ani przez sekundę nie mam ochoty pochylać się nad problemem, czy są tam jakieś kałuże krwi i zaraz nasiąknie nimi ta cienka dykta, z której zrobiona jest ta nieszczęsna ściana, i w ogóle też nie chcę wiedzieć, czy ofiary jeszcze żyją, czy już umarły, w ogóle, ale to już w ogóle mnie to nie interesuje, co zrobią z ofiarami tej masakry, wywiozą i zakopią gdzieś na wysypisku śmieci, czy wrzucą do pobliskiej rzeki w plastikowych torbach, a potem je wyłowią albo może pokroją i zrobią na kebab albo i nie… I tak tkwię w tym beznadziejnie poplątanym wirze atakujących – nomen omen – jak z pistoletu pytań i wątpliwości. Gdy nagle słyszę policyjny kogut. Policja! Jedzie policja! Ktoś wezwał policję! CUD! AUTENTYCZNY CUD! Teraz już nie tylko słyszę wycie koguta, ale dostrzegam niebieskie światła, serce mało co nie wyskoczy mi z płuc, mało co nie wyrwie się z klatki żeber, by lecieć ku bramom wolności. Widzę dwóch rosłych policjantów, jak z opanowaniem wychodzą z wozu i wchodzą przez drzwi frontowe. Słyszę ich kroki na schodach, słyszę ich głosy, mówią po francusku, witają się z właścicielem i oznajmiają o celu rewizji, tak przynajmniej to sobie w głowię tłumaczę. I to był ten moment! Coś pchnęło mnie naprzód, chwyciłam walizę, wzięłam głęboki oddech i  nacisnęłam klamkę. I nagle w moich uszach cisza. Jak pod wodą, nie dochodzą żadne dźwięki, przemierzam korytarz, mijam drzwi, zza których dochodziły odgłosy drakońskich scen, czuję, jak ślina spływa mi po ścianach wyschniętego z przerażenia gardła, z walizką toczę się po wąskich schodach, czuję jakbym była w stanie nieważkości, a powietrze jest gęstą do pokonania materią, która stawia niebywały opór, lewituję nad ziemią z dwudziestopięciokilogramowym bagażem, ale wrażenie takie, jakby wszystko się działo w slow motion, jak we śnie, mimo że biegniesz jak najszybciej, masz wrażenie, że nogi są ciężkie jak głazy i nie ruszają się ani o krok, wreszcie mijam policjantów, przypatrują mi się, jakbym już była duchem, poświatą, dziwną frunącą materią albo astronautą w kosmicznym kombinezonie, rzucam im tylko blady uśmiech, otwieram frontowe drzwi. Wolna! Kiedy moja stopa stanęła na chodniku brukselskim, wreszcie odetchnęłam. Ale to nie koniec, nadal tu gdzieś może mnie zaskoczyć Mario albo inny belgijski bandyta. Czekam na jeszcze drugi cud, czekam na Matta. Skoro nieszczęścia chodzą parami, to może szczęścia też, pytam nieśmiało Wszechświat. I w tej sekundzie pod hotel podjeżdża srebrny citroen, samochód zbawienia, mój ratunek, moje wybawienie. Macham do kierowcy, chłopak zatrzymuje się, od razu bierze moją walizkę, wrzuca ją na tył, wsiadam do samochodu, odjeżdżamy. To koniec. Oglądam się jeszcze za sobą, rzucam pożegnalne spojrzenie na ten nieszczęsny hotel, którego nigdy już nie zapomnę, a potem odwracam się, kulę w siedzeniu, i wybucham długim, nieskrępowanym płaczem.

Gdy docieramy do domu Mata, pod Brukselą, jest około północy. Dostaje materac blisko kominka, w którym Matt pali drewnem. Jestem przemarznięta, zmęczona, wystraszona, zszokowana. Mam ochotę nie być. Kładę się na materacu i zasypiam do dźwięków trzaskającego w mroku drewna w kominku. W nocy przychodzi do mnie Mario, widzę kontury jego postaci, jak stoi w drzwiach, znalazł mnie tu, przyjechał za mną do tego domku pod Brukselą, znalazł mnie tu i chce mnie zabić. Z przerażeniem budzę się w środku nocy i próbuję zrozumieć, co się wydarzyło i gdzie teraz jestem. Uspokajam się i znowu zasypiam. Spędzam w domu Matta jeszcze jedną noc, w niedzielę mam samolot do Warszawy.

Gdy wylądowałam, nie mogłam uwierzyć, że to, co mi się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę. Chciałam ziemię polską całować jak papież. Gdy zobaczyłam moich rodziców i siostrę, wybuchnęłam rykiem. Nie mogłam przestać przepraszać i dziękować zarazem. Mama Danuta szlochała i przytulała mnie do serca: obiecaj matce, że już nigdzie nie pojedziesz, obiecaj. Mamo, ale to jest mój zawód, odpowiedziałam.

Autor

Małgosia Kowalska, aktorka, zawodowa, po szkole w Krakowie w klasie mistrzowskiej Jerzego Treli, ale w sumie mało gra; pisze, bo lubi; śpiewa nie tylko, gdy jest pijana; tańczy w miejscach publicznych mimo zażenowania znajomych; zachwyca się światem i ludźmi; ma siostrę- bliźniaczkę i czasem sama nie wie, która jest która; lubi rozmawiać: po angielsku, francusku, niemiecku, rosyjsku i jeszcze w wielu językach, które zna tylko ze słyszenia; pasjonatka jogi i medytacji; kiedyś biegała, ale przez kontuzję łąkotek, przestała; uwielbia kuchnię wegańską i dobre espresso, najlepiej na placu św. Marka w Wenecji za jedyne 10€.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama