Historia trendu jest taka – czyli dlaczego moda to sztuka i sztuka jest byc moda

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Trendy w modzie nie przenikają do kultury wysokiej? Nie oddziałują na sztukę i nie wpływają odczuwalnie na jej segmenty? Nic bardziej mylnego!

Chyba dawno już obalono stereotypowe myślenie o modzie jako czymś pustym, zarezerwowanym dla pysznych i zamożnych ludzi. Całe szczęście, bo przemysł ten nie kończy się na wybiegach i domach mody, ale obowiązuje w naszym codziennym życiu, a także szeroko pojętej sztuce. Wydawać by się mogło, że w zupełnej opozycji stoi teatr – uwielbiana od starożytności forma rozrywki, w której to śledzimy opowiadane ze sceny historie z nadzieją na katharsis, duchowe, emocjonalne uniesienie. Z pozoru branża tak materialna nie ma wiele wspólnego z dogłębnym świdrowaniem duszy i umysłu, jakie serwuje nam teatr. Jednak wystarczy spojrzeć uważniej, by dostrzec, że bez jednego nie istnieje drugie… No, a przynajmniej znacząco traci na wartości.

Jednym z kluczowych elementów spektaklu jest przecież kostium. Nie jest to byle jakie, przypadkowe „przebranie”, ale właśnie ten magiczny kostium, wydobyty z czeluści zakurzonej garderoby. Przynajmniej takie jest pierwsze skojarzenie. Bardzo jednak wiele powstających w dzisiejszych czasach spektakli zahacza o performance, są to często teatry formy, groteskowe, połączone ze zdobyczami techniki, takimi jak VR oraz muzyką współczesną, uliczną, taką jak muzyka elektroniczna czy dubstep. Scenografia, muzyka i forma są tak samo współczesne jak czasy, w których powstają. O ile więc nie oglądamy klasycznych dramatów stylizowanych na epokę ich powstania, czeka nas często ultranowoczesna, surrealistyczna przejażdżka. Nie tyczy się to tylko scenografii czy muzyki, ale także – jeśli nie przede wszystkim – wspomnianych kostiumów. Kolorowe, krzykliwe, z pozoru niedopasowane stroje dalekie są od ciężkich, elżbietańskich sukni na stelażu czy getrów i trykotów, a bardzo bliskie temu, co widzimy właśnie na wybiegach, a także w stylu ulicznym i popkulturze. Tym sposobem, w realizowanym przez Teatr im. Juliusza Słowackiego spektaklu „W ogień”, w którym to twórcy zmagają się z podstawowymi pytaniami dzisiejszej Polski: „Czy zawsze trzeba patrzeć w przeszłość? Kogo trzeba czcić i za co?”, aktorzy i aktorki wcielają się w postać Józefa Kurasia ubrani nie tylko, jak wskazywałoby na to tło historyczne, w mundur, ale także wystylizowani m.in. na: Harley Quinn z „Legionu samobójców”, Indianina w pióropuszu czy typową, osiedlową dresiarę. W międzyczasie wymieniają się też tanimi, szeleszczącymi płaszczami przeciwdeszczowymi i szalikami w barwach Polski, inaczej mówiąc —souvenirami dostępnymi w każdym sklepie z pamiątkami. Kolejne warstwy ubrań, wraz z piórami i świecącymi piłeczkami wysypują się z… kultowej, kontrowersyjnie plagiatowanej przez markę „Balenciaga” niebieskiej torby na zakupy z IKEA.

„W ogień” nie jest bynajmniej odosobnionym przypadkiem. Oglądając również niektóre dyplomy krakowskiej AST, można dojść do wniosku, że tamtejsze kreacje są co najmniej awangardowe. „Spaleni słońcem_secondhand_” oferuje na przykład takie stylizacje: silnie inspirowaną punkiem, eklektyczną suknię w połączeniu z ugly sneakerami, „dresa” w ortalionie, skórę od stóp do głów w outficie wyjętym żywcem z lat 80’, a także takie smaczki jak spodnie z kontrastowym, widocznym przeszyciem czy koszule vintage. Słowem – tam, gdzie ukłon w stronę współczesności i forma, tam pojawiają się silne akcenty modowe. Nic dziwnego – kostium pomaga aktorom wejść w rolę, zespolić się ze swoją postacią i klimatem inscenizacji. Bez wszystkich tych trendów i odwzorowania upodobań tzw. „street’u” odgrywane na deskach teatru dzieła sztuki w pewnym sensie straciłyby swoją wartość. Brakowałoby im symboliki, zespolenia świata przedstawionego ze światem rzeczywistym, a także elementów, z którym mógłby utożsamiać się widz. Dlatego też odpowiedni kostium jest równie ważny, jak aranżacja scenografii, muzyki, choreografii itd.

Niema takiej możliwości, żeby high fashion nie „wślizgnęło się” do zakurzonej — mniej lub bardziej — garderoby, ani naszej, ani teatralnej. Kreatywne dziedziny życia przenikają się, są jak naczynia połączone, a moda z pewnością do nich należy. I teraz, kiedy patrzę na niebiesko-żółtą, polipropylenową FRAKTĘ, chodzi mi po głowie tylko jedno, zapętlone, nierozstrzygnięte  pytanie — jaka ostatecznie była historia „Ognia”.

fot.: Nina Kupis dla “Spalonych słońcem” i Magda Hueckel dla “W Ogień”

Kostiumy: Hanka Podraza

Autor

Ada Piotrowska – Jestem pasjonatką teatru każdego formatu i muzyki każdego gatunku. Na kinowym ekranie i wśród czytanych książek uwielbiam wszystko, co znajduje się na pograniczu fantasy i science-fictiton, ponieważ interesuje mnie, w jakie rejony może ponieść mieszanka ludzkiej wyobraźni i techniki. Stale poszukuję inspiracji i staram się czerpać z ludzi. Na pytania: ‚kim jestem?’ czy ‚kim będę w przyszłości?’ na szczęście nadal nie znam odpowiedzi – jak mówił Florestan Wężymord: „Na ile mogę, jestem wszytskim”.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama