W poszukiwaniu straconego makowca

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Z okazji świąt wielkanocnych i całego z tym zamieszania, postanowiłem się zastanowić nad czymś lżejszym i luźniejszym, dla odmiany od wszechobecnej teraźniejszości z jej całą problematycznością i kontrowersją.

Jaki jest sens życia?

Każdy człek zadał sobie prawdopodobnie to pytanie w pewnym momencie i to pytanie gorąco szukało odpowiedzi, bo przecież, skoro mamy świadomość tego, że żyjemy i jesteśmy w stanie rozpoznać się w lustrze, to jednak – co to jest to życie – pozostanie retorycznym sznurem, na którym wieszać będziemy swoje jestestwo.

Odpowiedzi jest wiele. Niektórzy wierzą, że żyją po to, by umrzeć, bo dopiero wtedy będzie super. Tu, na Ziemi, w świecie, w którym można polecieć w kosmos albo odwiedzić wybudowane bez użycia współczesnych technologii, ogromne i skomplikowane budowle, spełnić swoją pasję, zmienić dzieje człowieka czy po prostu spędzić ten czas na odkrywaniu istoty swojego człowieczeństwa – jest po prostu zbyt nudno. Dlatego wierzą, że magiczna obietnica wypełni ich codzienność i dzięki temu dostaną oświecenia, jakiego nie mogliby otrzymać na padole naszym łez.

 
Reklama
 
Reklama

Jest to niewątpliwie jedna z dominujących teorii na globie, choć pozostawia wiele do życzenia. Na przykład, jeśli żyjesz, by umrzeć, po co w takim razie żyć? Nie lepiej windą do nieba ewakuować się szybko i bezboleśnie, skoro tam jest tak fajnie? Otóż, niestety, jest to zakazane, gdyż jednym z podstawowych warunków, by dostać się tam jest to, by tego właśnie nie robić. Tworzy się zatem z tego wszystkiego niesamowity paradygmat, gdzie życie tu jest bez sensu, ale przerwanie go jest zakazane, toteż trzeba żyć i cierpieć dopóki los w zagrzybieniu już naszym nie odetnie nam dopływu tlenu. Kiepsko.

Są jednak też inne teorie. Na przykład – żyjemy po to, żeby się rozmnażać, bo niewiele, w perspektywie kosmicznej, dzieli nas od wiewiórek, więc żyjemy, by płodzić, by zwiększać, parzyć się nieustannie do utraty godności i sił witalnych, aż cząstki nas rozproszą się po świecie w celu znanym tylko sobie. I tu też napotykamy na trudność, gdyż może i faktycznie życie jest po to, ale nie pomaga nam zrozumieć skąd obudziła się w nas ta perfidna świadomość i dlaczego ona nam te pytania egzystencjalne w ogóle sugeruje. Skoro bowiem żyjemy, by płodzić, na co nam zastanawianie się nad czymkolwiek? Nie powinniśmy być wtedy uwarunkowani tylko pod kątem istnienia i płodzenia? Po co nam cywilizacja? Po co nam kultura? A skoro kultury chcemy i lgniemy do niej niesamowicie – po co nam ta teoria?

Istnieje wiele innych, których jest ostatecznie zbyt wiele, dlatego chciałbym, przy tej post-świątecznej okazji, przedstawić swoją perspektywę. Otóż, w mojej, jakże niewyedukowanej, opinii, żyjemy po to, by żyć. Choć brzmi to jak rozmyślania niezbyt rozgarniętej nastolatki, to jednak wydaje mi się, że zawiera to w sobie wszystko inne i jeszcze więcej. Żyjemy bowiem po to, by to życie odkrywać, wszelkie tajemnice jego sprawdzać, wszelkie jego bolączki pokonywać lub nie, w zależności od wytrwałości, przekornie pokonywać to życie nam dane w momencie, by modulować, zwiedzać, ujarzmiać świat. Ten majestatyczny błękit i potężny, brunatny kolos, które nas otaczają – to właśnie wyzwanie rzucone człowiekowi. I tylko żyjąc, można żyć i ich pokonać. Innego rozwiązania nie widzę. Chyba, że ktoś wpadnie na kontrolowanie świata za pomocą umysłu, ale wtedy już pewnie od dawna będę wylogowany.

Reklama