Katarzyna Herman: Pani od miłości

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Od pierwszego momentu, kiedy ją zobaczyłem, zachwyciła mnie jej pewność siebie i… dziewczęcość. Cechy nie do połączenia? Nie u Katarzyny Herman. Wspaniała aktorka dramatyczna i komediowa, z niezwykłą uważnością na to z kim gra i dla kogo gra. Przysłuchuje się światu i – jakby od niechcenia – sprawia, że świat posłusznie słucha się jej. Czuję, że ma przed sobą nowe otwarcie, dobry czas, wiosnę w duszy. A co w sercu?

 

Zastanawiam się nad dynamiką tej rozmowy, bo wydajesz mi się osobą, która, podobnie jak ja, bardziej lubi słuchać niż mówić.

I z tego powodu chciałam ci zaproponować, że to ja będę ciebie pytała, bo to jest jakoś nie w porządku, że ty będziesz mi zadawał pytania, a ja będę odpowiadała. Nie ma w tym równowagi.


Reklama

Zatem umówmy się, że będziemy rozmawiać, a nie przepytywać się nawzajem.

Dobrze.

To na początek przenieśmy się w przeszłość. Jest 1995 rok, siedzę w Teatrze Powszechnym w Warszawie na widowni. Na scenie Ożenek Gogola. Wspaniały spektakl w reżyserii Andrzeja Domalika, w którym grają tuzy polskiego teatru: Gajos, Żółkowska, Kępińska, Pieczka, Kowalski. A pośród nich młodziutka dziewczyna, która gra tak… inaczej. Tak, że po wyjściu z teatru pamiętam tylko ją.

Naprawdę byłeś w 1995 roku na widowni Powszechnego?

Tak.

To było cudne przedstawienie. Ożenekjest takim tekstem, którego chyba w ogóle nie można zepsuć. I jak myślę o tym po latach, to wydaje mi się, że to była najcudowniejsza rzecz, jaka mi się mogła na początku trafić. Te tuzy, o których mówisz, bardzo szybko powiedziały mi: Radź sobie sama, nie pomagamy ci.Reżyser też właściwie siedział cicho przy tych tuzach. I wtedy pomyślałam sobie: Jak to tak? Dlaczego? Przecież ja jeszcze nic nie umiem. Proszę mi pokazać, jak mam to zrobić. Ja nie wiem.Wtedy czułam się rzeczywiście bezradna, ale myślę sobie, że to był skok na głęboką wodę i oni wiedzieli, z jakiego powodu to robią. Pewnie gdybym zaczęła tonąć, jakoś się zachłysnęła, to podsunęliby mi pomocną dłoń. Tak sobie myślę. A może nie? W tym zawodzie jest tak, że kto nie maszeruje, ten ginie.

Pamiętam, że bardzo podobała mi się Twoja gra, choć sam nie wiedziałem, czy to mi się powinno podobać. Wnosiłaś na scenę inną energię, której wcześniej nie znałem.

Takie to dziwne było?

To była kwestia melodii w Twojej grze, na którą nakładała się rosyjskość sztuki, nieśmiałość debiutantki, charakter postaci. A przy tym wszystkim byłaś taka wyraźna, zaznaczona, mocna.  

Wiedziałam, że Agafia Tichonowna musi być nieobliczalna. Musi być mocna, trochę dziwna, bo z jakiegoś powodu do tej pory nikt nie chciał jej za żonę. To, co stworzyłam, zostało docenione i nawet dostałam nagrodę za debiut. Publiczności też to się bardzo podobało, ale myślę, że wielka w tym zasługa moich partnerów na scenie i dobrego tekstu.

W tamtym momencie byłyście z Agafią blisko siebie, jedna i druga pozostawiona sama sobie…

To prawda. Byłam dwudziestokilkuletnią pyzą, zakompleksioną, pozamykaną. Poszłam do tego zawodu z nieśmiałości. I ta terapia przez teatr bardzo dobrze zaowocowała, otworzyła mnie na ludzi. Ale to trwało. Bardzo długo, czyli przez pierwsze dziesięć lat grania w teatrze nie byłam w stanie zaprosić nikogo bliskiego na spektakl. Bardzo mnie to krępowało. Teraz mam tak, że lubię mieć swojego wybranego widza na widowni i grać dla niego. Bardzo lubię też oklaski, lubię się ludziom pokłonić, popatrzeć im w oczy.

Moim zdaniem aktorów można podzielić – z grubsza – na dwie grupy. Na tych, którzy budują swoją rolę przez przypatrywanie się ludziom, obserwowanie. Siadają przy kawiarnianym stoliku, patrzą na ludzi i ich naśladują oraz na tych, którzy nie patrzą, a słuchają, stawiają sobie poprzeczkę wyżej. Mam wrażenie, że Ty należysz do tej drugiej grupy. Masz w sobie pewną falę energetyczną, która wynika z dużej wrażliwości na to, co usłyszysz od ludzi i co sobie z tego „usłyszenia” wyobrazisz.  

Dziękuję ci bardzo. Wydaje mi się, że w tym zawodzie to jest ważna cecha i trudno być aktorem, jeżeli się tego nie ma.

Jesteś też bardzo wsłuchana w partnerów na scenie.

Z tego powodu wydaje mi się, że nie mogłabym wziąć się jeszcze za monodram, bo nie miałabym partnera, na którym mogłabym się czasami zaczepić jak alpinista na linie. Bardzo to lubię, daje mi to poczucie bezpieczeństwa.

A zaczepienie się na publiczności? Teraz, kiedy ona jest twoim przyjacielem.

Lubię z niej zbierać, ale aktor bardziej nad widownią panuje niż szuka w niej partnera.

Jak ja wam, aktorom, zazdroszczę!

To jest bardzo miłe, ale myślę sobie, że jeszcze lepiej mają muzycy rockowi mający do okiełznania wielki stadion. Moja największa widownia liczyła chyba 900 osób, to było w Stanach jak graliśmy w Lincoln Centre, czy w teatrze w Tel Avivie. To jest niesłychana energia, pewnie też coś możesz o tym powiedzieć jako akademik. Jeżeli czujesz, że to się przenosi na drugą stronę i oni ci odpowiadają, to się tym sycisz. Po takich przedstawieniach wracam do domu, jestem ucieszona i zrelaksowana.

Wracając do słuchania… od czego zaczynasz budowanie postaci? W co się wsłuchujesz?

U mnie to zawsze bierze się od środka. Muszę sobie wyobrazić pejzaż postaci i wtedy mi się czasami zdarza, że trafię w dobre tony. Natomiast nie umiem typowo małpować. Jeżeli jest reżyser, który coś mi pokazuje i chce, żebym po nim powtórzyła, to ja się jakoś tak zawsze najeżam.

A jak reżyser jest jednocześnie aktorem i reżyseruje przez pokazywanie?

To chwytam sygnał, ale resztę robię po swojemu.

Do teatru wniosłaś inną energię poprzez Ożenek, a do filmu poprzez rolę W sypialni,w reżyserii Tomasza Wasilewskiego. Dla mnie to był film, który przenicował na drugą stronę polską kinematografię, choć wiele osób nie mogło sobie z tym filmem poradzić mentalnie. Czy to był dla Ciebie debiut jako „Pani od miłości”?

Nie, bo wcześniej zagrałam we Wszystko co kochamJacka Borcucha, w filmie, który bardzo lubię. I kiedy czasem na niego trafiam, mam ciarki. To film o tamtym pokoleniu, tamtych czasach, polityce, pokazany oczami dzikich, nieokiełznanych, rebelianckich nastolatków. I to tam zostałam po raz pierwszy „Panią od miłości”. Wracając jednak do W sypialni, to jest to film, który bardzo cenię, był dla mnie bardzo ważny.

Tomasz Wasilewski był debiutantem, a jednak zdecydowałaś się zagrać tę trudną rolę…

Tomek przy pierwszym spotkaniu uwiódł mnie. Było w nim widać dużą moc, świadomość, wiedziałam, że będzie umiał zapanować nad grupą i produkcją filmu. A kręciliśmy go za darmo, dziko, po wariacku. Dla mnie to była szansa i okazja wyjątkowa, bo pierwszy raz dostałam taki scenariusz, kiedy widziałam, że kamera będzie cały czas ze mną. Cieszyło mnie to bardzo. Egoistycznie myślałam sobie: Nie będę się musiała spieszyć, nie będę musiała wszystkiego zawrzeć w jednej scenie albo w jednym, krótkim ujęciu na mnie. Będę mogła grać wolno, szybko, szybko, wolno, a oni będą za mną podążali.Bardzo to było miłe i po tamtym doświadczeniu bardzo do takiego znowu tęsknię.

To bardzo poetycki obraz.

Lubię w tym filmie też to, że niewiele w nim mówiłam. Pamiętam, jak czytałam scenariusz, to miałam wrażenie, że pierwsze pół filmu jestem sama i nic nie mówię. Myślałam sobie: Chyba nie utrzymam uwagi widza. Zdajemy sobie sprawę, że nie każdy się na ten film załapał i nie każdego zjednaliśmy, ale lubię postaci, które nie przegadują. Może wzięłam to do teatru z tańca, bo przez chwilę byłam w szkole baletowej i potem łatwiej było mi coś wyrazić ciałem niż paszczą. Teraz gram w Bydgoszczy sztukę Koniec miłościPascala Ramberta, w reżyserii Doroty Androsz. Przez pierwszą część, prawie godzinę, słucham tylko tego co mówi mój sceniczny partner Juliusz Chrząstowski i reaguję. Jestem po tym wyczerpana zupełnie, a muszę jeszcze rzucić się w swoją część, w której mu odpowiadam.

Ten spektakl ma konstrukcję dwóch monologów?

I to bardzo dobrze działa na widownię! Jestem blisko niej, czuję pojękiwania mężczyzn, których do teatru przyprowadziły kobiety, rozczarowanych tym, że on tylko mówi i nic więcej się nie będzie działo. Po chwili jednak historia ich zasysa, zaczynają reagować, patrzeć na to, co ja zrobię. A potem jest energia i obserwowanie nas na scenie jak rozgrywamy tego miłosnego tenisa. Na końcu zawsze mamy owacje na stojąco. Dlatego, że jest to tekst o nas wszystkich. Momentami mocny, wulgarny, ale każdy z nas przeżywał rozstanie. I to zawsze boli. Na początku bałam się tej konstrukcji dwóch gadających przez czterdzieści pięć minut głów.

Kiedy mówisz o tym spektaklu, to przypominają mi się Małe zbrodnie małżeńskie, które znakomicie zagrałaś w parze z Redbadem Klynstrą. To oczywiście inna konstrukcja, ale pamiętam, że ujął mnie rytm grania, który wygrywaliście w tym przedstawieniu.

Nie chcę się mądrzyć i myślę, że jeszcze wielu rzeczy w tym zawodzie muszę się nauczyć, ale wiem, że na scenie bardzo ważne jest wspólne jazzowanie. Trzeba mieć zbliżone poczucie rytmu z partnerem. Dzięki temu spektakl płynie jak muzyka.

Myślę, że doskonałą muzykę wygrywacie z Piotrem Machalicą w spektaklu Czworo do poprawki, którego premiera miała miejsce kilka tygodni temu.

Też byłeś? Pan bardzo dużo chodzi do teatru.

Tak! I zawyżam statystyki (śmiech). Grażyna Wolszczak, która z Joanną Glińską produkowała tę sztukę powiedziała w jednym z wywiadów: Kasia Herman zrobiła rolę! To jest niesamowite. I miała rację.

Gra z Piotrem to jest dzika rozkosz! My się irytujemy, wkurzamy na siebie jak stare, dobre małżeństwo, tam jest też coś poza tekstem. Grażyna powiedziała, że ona za mnie już nie wchodzi w tę rolę, nie ma odwagi, śmiałości, nie chce.

Publiczność to czuje, bo wiem, że niemalże na każdym spektaklu macie owacje na stojąco. Ludzie się dobrze bawią, choć spektakl jest też głęboko refleksyjny.

Myślę, że tam wielką robotę robi nam materiał, który jest na końcu, w którym małżeństwa z kilkudziesięcioletnim stażem mówią o swojej miłości.

I mówią do siebie tak pięknie i wzruszająco. Nie masz wrażenie, że mówimy sobie zbyt mało dobrych i miłych rzeczy?

Tak, to prawda, ale doskonale wiesz przecież, że te rzeczy miłe i dobre, które mówimy nie zostają nam w pamięci tak długo, jak te wszystkie niedobre, złe. Niemniej pary, które są przywołane w tym przedstawieniu są piękne. Jest tam taki mój ulubieniec, który mówi: Ślubuję ci miłość i uczciwość oraz że cię nie opuszczę aż do śmiercii dodaje po chwili: Teraz też tak ludzie mówią, ale to już teraz nie ma takiego znaczenia.Dla nich, kiedy pobierali się przed kilkudziesięciu laty, to było ważne.

Ja uważam, że kiedyś mogli tak mówić, bo średnia wieku była 10-15 lat mniejsza.

Że mieli łatwiej?


Reklama

Teraz 20-latek mówi: Aż do śmierci, z perspektywą, że będzie żył 100 lat…

A do tego mamy dużo więcej bodźców, jesteśmy bombardowani taką ilością informacji, że to się nie może udać, tak?

Trzeba to brać pod uwagę.

Naprawdę? To jest naukowo zbadane?

W Holandii dziewczynka, która się urodzi teraz będzie żyła 108 lat. I obietnica „do śmierci” nie oznacza już 30 lat, tylko 80!

Uważam, że aktorka powinna mieć przynajmniej 3 mężów, bo to bardzo dobrze w biografiach brzmi. Przypominam sobie jak Danusia Szaflarska mówiła: Pierwszego męża miałam architekta, a drugiego z nudów. I to jest takie malownicze.

Jednym z immanentnych elementów życia jest samotność. Lekiem na nią powinna być miłość, ale ostatnio coraz częściej myślę sobie, że nawet w miłości jesteśmy samotni.  

Mam taki bardzo ładny tekst w sztuce, którą z kolei gram w Teatrze na Woli. Tekst Wyrypajewa:Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie; moja bohaterka mówi w pewnym momencie: Żyjemy sami dla siebie, odosobnieni, sami. I czuję wtedy na widowni westchnienie, co oznacza, że wiele osób też tak to odbiera.

Ale to jest westchnienie zrozumienia, aprobaty?

Trzeba byłoby pytać ludzi. Ja mam wrażenie, że oni tam w tym momencie są ze mną bardzo i czują to tak, jak moja bohaterka, która o tym mówi. Ja wolę tak nie myśleć, wydaje mi się, że to nie jest tak, jak mówisz. Jest bardzo piękna miłość macierzyńska, kochamy nasze dzieci przecież bezwzględnie i bezwarunkowo. Ja wiem, że już nigdy nie będę sama, bo mam dwójkę dzieci. I mam tak, że jeżeli gdzieś jadę sama, chcę uciec i robię sobie takie święto, to zaraz łapię się na tym, że myślę: Gdzie oni są? Co robią?Chciałabym się z nimi podzielić moimi wrażeniami. Moja mama wypuściła w świat siedem córek, więc dom był zawsze pełen ludzi i jak wyszła ta ostatnia, najmłodsza – Olka, to była potwornie zagubiona. Wiem, że dla mnie to też będzie trudny moment.

Znowu trzeba będzie zadebiutować?

Samemu ze sobą.

To co na koniec? Jakaś nadzieja? Kochajmy się?

Kochajmy się i dialogujmy.

Bardzo Ci dziękuję.

Dziękuję.

 

fot.: Monika Szałek

stylizacje: https://www.facebook.com/MoovePL/

Autor

Tomasz Sobierajski, jeden z najbardziej poważanych polskich socjologów, naukowiec, wykładowca, pisarz i podróżnik właśnie wydał poruszającą książkę, zbiór rozmów z ludźmi, których dotknęła nieuleczalna choroba. W rzeczywistości opanowanej przez bezrefleksyjne lajki i hejty udało mu się odnaleźć ludzi, którzy wiedzą co jest naprawdę ważne.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama