Alicja w krainie czarów Weyes Blood – Titanic Rising – recenzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Raz na jakiś czas pojawiają się popowe albumy, które udowadniają, że wbrew pozorom w tym gatunku drzemie mnóstwo niewykorzystanego jeszcze potencjału. Jedną z artystek eksplorujących intrygujące obrzeża ładnych melodii jest Weyes Blood. Autorka “Titanic Rising” wykorzystuje piosenkopisarski talent do stworzenia interesującego formalnie oraz merytorycznie krążka. Jej pomysł na płytę opiera się przede wszystkim na fascynującym zderzeniu świata fikcji oraz szarej rzeczywistości.

Mieszkanka Nowego Jorku nieustannie powraca do tego samego motywu sztuki funkcjonującej jako antidotum na codzienne problemy. Jej nieco niedzisiejsze, romantyczne podejście kreuje idealistyczny obraz dzieła znieczulającego powszedni, egzystencjalny ból. Natalie Mering celebruje piękno aktu tworzenia poprzez dziesięć wspaniałych, zachwycających barokowym przepychem kompozycji.

Potęgę wyobraźni uwydatniają na przykład teksty utworów nawiązujące do kinowych oraz literackich tropów. Podmiot liryczny posiłkuje się popkulturalnymi przykładami właśnie po to, by stawić czoła negatywnym emocjom. Tę postawę można nazwać reakcją obronną wynikającą z toksycznych osobistych problemów. Poszczególne wersy podają prosty przepis na zachowanie mentalnej higieny: jeżeli nie chcesz zwariować to szukaj ukojenia skołatanych nerwów w harmonijnych, zmyślonych wizjach innych.

Oczywiście Weyes Blood nie zamierza sprzedawać odbiorcy słodkiej utopii. Ona doskonale wie, że promuje poddawanie się ładnej, ale jednak iluzji. Przecież brzmienie krążka tak mocno odjeżdża w baśniowe rejony, że ciężko nie dostrzec w tym wszystkim zdrowej szczypty ironii. Owszem, rozmarzona diwa kocha chodzić z głową w chmurach, lecz w żadnym wypadku nie zgrywa natchnionej wróżki. Psychodeliczne eksperymenty, wokal przywodzący na myśl Kate Bush, ornamentowe aranżacje – dla niej to po prostu urocza zabawa formą.

Tak naprawdę, chyba najbardziej podoba mi się przyświecająca projektowi, przekornie, antynowoczesna filozofia. Szósta pozycja w dyskografii członkini zespołu Jackie-O Motherfucker (cudowna nazwa, nieprawdaż?) odważnie stawia na staroszkolne, eleganckie struktury przypominające dokonania Johna Cale’a albo wczesnego Scotta Walkera. Gdy już wydawało się, iż współczesny pop jest skazany na syntetyczność, premiera “Titanic Rising” zmieniła reguły gry, przywracając dobre imię bardziej organicznemu stylowi.

Mimo że bohaterka recenzji ma na koncie kilka naprawdę porządnych wydawnictw, to dopiero teraz udało jej się stworzyć coś wykraczającego poza solidny, rzemieślniczy produkt. W lutym trochę narzekałem na muzyczne rozpoczęcie 2019 roku, ale muszę przyznać, że artystyczna przemiana Mering z brzydkiego kaczątka w ślicznego łabędzia skutecznie poprawiła mi humor. Chyba czas zaproponować swoją kandydaturę na prezesa fanclubu.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama