To jest mój zawód, część trzecia, w której budzi się polski duch walki

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

„Właśnie się rozbierałam, kiedy do pokoju wpadła z krzykiem moja mama, chwyciła moje ubranie i wyciągnęła mnie z mieszkania.

Krzyczałam na mamę: to jest mój zawód! Puść mnie, to mój zawód!”

 

Cytat z „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?” Aglaja Veteranyi

 

Wrzaski są naprawdę dramatyczne, nie gorzej niż w teatrze. Odstawiam puchę na stół i w pośpiechu zgarniam wszystkie rzeczy do torby. Krzyki nie cichną. Wręcz jest jeszcze gorzej, nasilają się. Słyszę jak ludzie się tam zaczynają bić; jak popychane ciała uderzają o meble, o ściany, jak spadają jakieś przedmioty, naczynia, kubki, książki, Jezus, co się dzieje?

Cieciorka cofa mi się do gardła, mam wrażenie, że zaraz wyjdzie nosem. Nieśmiało podchodzę do moich drzwi i sprawdzam, czy są zamknięte. Uff, zamknięte. Mamusia kochana całe życie uczyła, żeby zamykać za sobą drzwi na klucz. I nagle ktoś z całą mocą szarpie za klamkę po drugiej stronie. Jezus, ale się przeraziłam! Odskoczyłam od drzwi na odległość dwóch metrów. Ktoś szamotał się z klamką jeszcze przez minutę, po czym chyba doszedł do wniosku, że pokój jest pusty i dał spokój. Kto to mógł być? Mario? Już tak się ośmielił, że przyłazi i bezpardonowo prawie wyważa mi drzwi z framugi?! I nagle w tym całym hałasie słyszę strzały. Normalne, kurwa, strzały z pistoletu. Nie wiem, jak one brzmią, przecież nigdy wcześniej przy mnie nie strzelano, ale to były stuprocentowe strzały. W książkach wtedy piszą: „zimny pot oblał ją od stóp do głów”. To tak właśnie się czułam, że zimny pot oblał mnie od stóp do głów. Ja pierdolę. Ni z tego, ni z owego znalazłam się w samym sercu jakichś mafijnych porachunków w brukselskim kurwidołku. Za chwilę ktoś włamie mi się do pokoju i odstrzeli mi głowę tylko dlatego, że mogłabym być przypadkowym świadkiem zdarzenia: jakiegoś morderstwa czy innego przestępstwa. Jezus, „przypadkowy świadek zdarzenia”. Zginąć jako przypadkowy świadek zdarzenia. Przypadkowo umrzeć. Jakie to, kurwa, smutne. Na filmach zawsze najbardziej szkoda mi właśnie tych przypadkowych, niewinnych świadków zdarzenia, porządnych cywilów, szlachetnych ojców, dobrych matek, co się zapodziali gdzieś w burzy zdarzeń, zagubili się na tej niewłaściwej ulicy o tym niewłaściwym czasie i przypłacili za to życiem. Jakie to smutne, jakie to niesprawiedliwe. Zginęła jako „przypadkowy świadek zdarzenia”. Córka Danuty K. – bo tak się nazywa moja matka, nauczycielka z wykształcenia – zginęła jako przypadkowy świadek zdarzenia w brukselskim domu publicznym. Straszne! I co za hańba dla nauczycielki! Bo co na Boga córka porządnej, moralnej kobiety, nauczycielki na dodatek, robiła w belgijskiej kurwiarni? No właśnie, co?! Śmierć w domu publicznym byłaby całkowicie niespieralną plamą na honorze mojej rodziny, za co moja matka darzyłaby mnie pewniej wieczną nienawiścią niż żalem i tęsknotą. Wyobrażam sobie jej monolog: „Po co ta oślica tam pojechała?! Jeszcze tam jej nie było?! Po co to się tam pchało? I ma za swoje. Aktorka! Artystka! Mało to zawodów ma? Teatru jej się zachciało! Od początku trzeba jej było powiedzieć: „Nie ma! Idziesz na normalne studia, dziewucho jedna, normalny zawód masz mieć, dziecko! Nie będzie zabawy w teatr. Chleb niepewny, a ty musisz mieć się dziecko za co utrzymać. Teraz to ty jeszcze masz rodziców, ale jak to się skończy to kto ci da? Co, na ulice pójdziesz żebrać? Trzeba jej było z głowy wybić, trzeba ją było do krzesła uwiązać, powinna siedzieć w domu na dupie, a nie po świecie się szlajać, guza szukać… Aj, szkoda gadać co ludzie pomyślą, że to wszystko matki wina, że nie upilnowała, wypuściła, pozwoliła, żeby się tragedia stała. Tak, tak, ludzie już ludzie psy na matce wieszają. Co to za matka, co dziecko gdzieś wysyła na castingi do Belgii, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co. Wszyscy chcą tylko na dzieciach zarabiać, a samemu w domu najlepiej siedzieć, tylko dziecko pcha, gdzie drzwiami nie wpuszczą, to oknem wejdzie. Już tak nisko upaść, tak nisko… Aż nie wiadomo gdzie oczy podziać. Powiedzą, że nie kochała, nie kochała swojego dziecka, uch, to głupie takie, głupie… Żeby chociaż na planie filmowym albo w teatrze, to jeszcze rozumiem, piękna śmierć dla artystki, dla aktorki, na deskach teatru, ale w jakimś hotelu, w burdelu w centrum Brukseli… no nie, tego jeszcze nie grali… całe życie człowiek się stara, żeby te dzieci na ludzi jakoś wyrosły, a tu proszę, wszystko jak krew w piach, krew w piach!”

I nagle włącza się. Ślepy, pierwotny instynkt przetrwania, ten atawistyczny bój o przeżycie, walka o życie rozpoczęta!

O nie! Nie pokona mnie jakiś zapocony kurdupel Mario z bandą belgijskich rzezimieszków, biegających po hotelu z chińską pukawką, w moich żyłach płynie polska krew, krew powstańców, weteranów wojennych, żołnierzy, co sobie z sowietami i nazistami dali radę!  Nie pozwolę, żeby moja historia, historia Małgorzaty Kowalskiej, urodzonej czternastego lutego 1989 roku o godzinie 9:42, zakończyła się w ten pochmurny styczniowy dzień w obcym kraju, w obskurnym hotelu na flamandzkiej ziemi. To są te chwile, kiedy poczucie polskości, narodowa świadomość, siła przodków budzą się gdzieś we wnętrzu jak uśpiony olbrzym. Gdzieś otwierają się w tobie siły i moce, pędzące gorącą krew w żyłach. Wstępuję w ciebie ten niczym nieujarzmiony, niczym nieposkromiony duch walki. Niezwykłe uczucie. Skąd ono się bierze? Gdzie ono przebywa, gdy go nie ma? Czy było we mnie od zawsze? Czy to właśnie poczuła moja prababka, gdy w środku nocy do domu zapukali Niemcy, a wtedy matka kazała jej w nocnej koszuli na bosaka uciekać do pobliskiej wsi, byle tylko ratować swoje życie przed wrogiem? Widzę w snach jej bose stopy, jak biegnie i słyszę jej oddech. Mojej prababki Franciszki, gdy była jeszcze młodą dziewczyną. Widzę jej gołe stopy na skamieniałej od mrozu ziemi. Czuję jej przeraźliwe zimno. Widzę obłoki wydychanego powietrza. Słyszę zatrwożone bicie serca. Myślała: „Czy kiedyś jeszcze zobaczę swoją rodzinę? Co z nimi zrobią? Co będzie ze mną? Dokąd mam biec i gdzie szukać schronienia?” A wokół głusza. A odpowiedzi znikąd. Słychać tylko ten tupot stóp i rudzik wydaje miłosne trele o trzeciej nad ranem. A poza tym cisza i zawiesina gęstej mgły. Prababka Frania wraca w moich myślach i snach. Widzę ją w pamięci mojej krwi, w głowie mi szumi i wciąż słyszę ten oddech o tym poranku, tak na granicy nocy i świtania, na wąskiej linii horyzontu między snem a jawą, słyszę ten oddech przeraźliwy i szybki, widzę obłoki pary, obłoki mgły unoszące się jeszcze nad uśpiona ziemią, zaspane trawy i pola, a prababka Frania biegnie i biegnie, ile sił jej starczy w płucach, i stopy ją niosą, i nogi ją niosą, chude kolana spod białej koszuli, koszula już coraz brudniejsza od czerni tego pola po którym biegnie, wysokie trawy przyjmują ją w siebie, jak zagubioną nimfę leśną, przyjmują ją w siebie, jak kobieta mężczyznę przyjmuje w siebie, tak, one uchronią ją przed wrogiem, zamkną za sobą wrota leśne, zanim doścignie ją złe oko. „Droga sprawiedliwych wiedzie przez doliny ciemnych i złych mocy.” I była ze mną w ten styczniowy wieczór w pokoju hotelowym, czułam jasne dotknięcie Jej ręki na moim ramieniu. Jej siła była we mnie. Jej bieg z trzydziestego dziewiątego pozostał znamieniem wyrytym w moim sercu, a teraz rozgorzał z całą mocą pamiętnej ucieczki jak jakiś talizman. „Nie będzie fiutek pluł nam w twarz, Gocha, zbieraj manatki i bierz dupę w troki, póki ci życie miłe”, słyszę prababkę Franciszkę z zaświatów. Podchodzę na palcach do okna i sprawdzam, jak wysoko znajduje się pierwsze piętro. No, gdybym została na tym czwartym to podobna opcja nie wchodziłaby w ogóle w grę, ale na pierwszym opcja skakania z okna nie wydaje się takim totalnie bezsensownym pomysłem. Pod moim oknem rozpięty baldachim, który mógłby zamortyzować upadek. Nagle słyszę wibracje. O co chodzi? Ktoś do mnie dzwoni za granicą? Patrzę na ekran, a tam w aplikacji viber dzwoni moja kochana siostrunia, Kasia.

Autor

Małgosia Kowalska, aktorka, zawodowa, po szkole w Krakowie w klasie mistrzowskiej Jerzego Treli, ale w sumie mało gra; pisze, bo lubi; śpiewa nie tylko, gdy jest pijana; tańczy w miejscach publicznych mimo zażenowania znajomych; zachwyca się światem i ludźmi; ma siostrę- bliźniaczkę i czasem sama nie wie, która jest która; lubi rozmawiać: po angielsku, francusku, niemiecku, rosyjsku i jeszcze w wielu językach, które zna tylko ze słyszenia; pasjonatka jogi i medytacji; kiedyś biegała, ale przez kontuzję łąkotek, przestała; uwielbia kuchnię wegańską i dobre espresso, najlepiej na placu św. Marka w Wenecji za jedyne 10€.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama