W teorii

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W teorii jestem świetna, fenomenalna, ale w praktyce wręcz koncertowo potrafię wszystko spierdo… zepsuć. Nawet te pieprzone trzy głębsze oddechy nic nie pomagają, nic. Po prostu szlag mnie trafia i daję się mu ponieść. Wiem, że powinnam zrobić to czy tamto, powiedzieć tak, a nie inaczej albo po prostu się zamknąć. Niestety, cała teoria związana z powinnam bierze w łeb i zostaje to, co w danej chwili.

Nieważne, że wiem co i jak powinnam, po prostu coś chlapnę i nawet nie mam siły na to, żeby to odchlapnąć. W rzeczywistości brakuje i siły i chęci.  Bo, jakby to powiedzieć, po prostu okazuje się, że nie jestem najmilszym człowiekiem na świecie i w dodatku czasem mam dość słuchania innych ludzi. Wiadomo, każdy bywa i miły, i niemiły. Każdy z nas je i zdrowo, i niezdrowo, i każdy z nas ma prawo mieć koszmarny dzień.

Owszem obrywa się wtedy wszystkim wokół. I nic człowieku nie poradzisz, nie ma znaczenia czy jesteś księdzem, elektrykiem, księgowym, lekarką, nauczycielem, policjantem, czasem po prostu masz dzień, kiedy, mimo całych swoich chęci, coś spieprzysz na całej linii. Tak to już w życiu bywa. Podasz nieodpowiednie lekarstwa, powiesz o jedno słowo za dużo, źle coś przeliczysz, zapomnisz o jakichś procedurach, czyli dzień ruina. I nieważne, że w teorii wiesz co i jak, dzień-koszmar sprawia, że zawalasz na całej linii.

I możesz siedzieć, i dłubać, i dźgać się tym, że tak koncertowo wszystko zawaliłeś, mój drogi człowieku, ale możesz też wstać następnego dnia i powiedzieć sobie – dziś będę lepszy i będziesz, bo będziesz sobą, po prostu. Bo nie będziesz miał tego jednego dnia w roku, kiedy wszystko cię wkurza i gdy musisz cholernie się starać nie spartolić sobie i innym dnia, ale cóż jesteś człowiekiem i ten pacjent, klient, poszkodowany, uczeń, Twój asystent, dyrektor, jeśli z nim akurat miałeś spotkanie, dostanie odłamkiem Twojego najgorszego dnia.

 
Reklama
 
Reklama

Także, jeśli raz od wielkiego dzwonu zdarzy się, że zepsujesz coś koncertowo tak, jak ostatnio mi się to zdarzyło, to wrzuć na luz, nie rób sobie dziury w sercu i nie spalaj swojego mózgu myślą, że jesteś najgorszym człowiekiem na świecie. Nie jesteś!

Czasem można coś odkręcić, czasem można nawet po jakimś czasie przeprosić, czasem trzeba po jakimś czasie głębiej odetchnąć i zdarzy się, że przyjdzie dokładnie dzień taki jak poprzednio, z tymi samymi składnikami, tylko akurat twoje niebo nie spadnie Ci na głowę i okaże się, że, cholera, udało Ci się nic nie spartolić. Wtedy będziesz wiedział, że to nie te wszystkie zmienne wokół, z którymi miałeś do czynienia tak Cię wkurzają, że to akurat twoje gorsze samopoczucie, Twój zły dzień doprowadził do serii niefortunnych wypadków: słów, działań, nie wiadomo czego.

I możesz odetchnąć, bo kimkolwiek byś nie był, księdzem, osobą pracującą w sklepie, panem roznoszącym mleko, czy panią od języka niemieckiego, kimkolwiek byś nie był, jesteś jak każdy – i dobry, i zły, masz powody do uśmiechu i do płaczu, możesz lubić filmy akcji i melodramaty, ogółem, możesz mieć najlepszy dzień w życiu i też coś zepsuć, możesz mieć słabszy dzień i jakoś sobie z nim poradzić.

Nie ma ludzi idealnych, powtarzam sobie, po tym moim koncercie bycia niemalże szują. Nie ma tak, że w naszych łazienkach pachnie tylko fiołkami, ale nie jest też tak, że zawsze czuć w nich gówniany zapach.

Zanim więc zaczniesz niemalże błagać wszystkich o wybaczenie i twierdzić, że powinieneś chyba na kolanach na Jasną Górę, bo przecież, cholera jasna, rzekłem coś, zachowałem się nie tak, w sumie stwierdziłem fakt, ale chyba nie powinienem aż tak dosadnie, zatrzymaj się i pomyśl, że inni ludzie też mają gorsze dni i zrozumieją, o ile mają, chociaż odrobinę oleju w głowie, że Ty też możesz mieć ten gorszy dzien.

Także, kiedy pani w sklepie będzie oburzona Twoim zachowaniem, bo chcesz przymierzyć kurtkę/buty/cokolwiek i prosisz ją o znalezienie Twojego rozmiaru, gdy rozmawia przez telefon i pije kawę albo gdy pani na poczcie będzie miała zaciśnięte usta i zamiast podać Ci kopertę rzuci ją jak psu ochłapy i zanim pomyślisz, że ten facet popchnął Cię, chociaż mógł spokojnie ominąć albo ksiądz mruknie niezrozumiałą odpowiedź na Twoje pozdrowienie, lekarz będzie obcesowy, a wykładowcę trafi jasny szlag, bo znowu nic nie wiesz, zatrzymaj się i zanim ocenisz każde to zachowanie weź ten osławiony głębszy oddech i pomyśl: oho, komuś chyba spadło niebo na głowę, nie będę dorzucał do tego swojej urażonej dumy chwilowej.

A jeśli niebo na głowę spada Ci 5 do 7 razy w tygodniu, co objawia się ciągłym kurwowaniem na czym świat stoi i dawaniem tego odczuć wszystkim wokół to wiedz, że to nie ze światem jest coś nie tak, tylko u Ciebie źle się dzieje, idź po pomoc albo zacznij dostrzegać, że świat nie jest taki zły, świat nie jest wcale mdły.

Czytającym i sobie życzę, oby jak najrzadziej spadało nam niebo na głowę, nam i ludziom, których spotykamy na swojej drodze.

Reklama