Odwagi, bo inaczej zawsze będziemy pili gorzką

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kiedy przychodzę do kawiarni i zamawiam filiżankę kawy, zawsze proszę o cukier. Muszę to robić, ponieważ cały świat wokół mnie uważa, że kawy nie należy słodzić. A ja, na przekór światu, lubię słodką kawę i nie zamierzam się męczyć piciem gorzkiej. Robię tak, ponieważ jestem uczciwy wobec siebie, własnych przyzwyczajeń i potrzeb. Nie tłumaczę się przed kelnerem i parą siedzącą obok przy stoliku, że słodzę, ponieważ jestem tuż po zwiększonej aktywności fizycznej lub intelektualnej, a przecież wiadomo powszechnie, że nasz mózg w ciągu dnia wykorzystuje około 500 kcal, czyli praktycznie 1/3 naszego dziennego zapotrzebowania na energię, właśnie z cukrów prostych. Nie! Słodzę bo lubię!

Do czego piję?

Otóż zauważyłem, że w tym zrujnowanym mentalnie przez katolicyzm kraju, nawet organizacje feministyczne i lewicowe, nie potrafią już myśleć racjonalnie, bez tego całego religijnego sosu. Szczególnie widać to podczas dyskusji o aborcji. Na wszystkich czarnych marszach, w których brałem udział, panie aktywistki, jako koronny dowód przemawiający za niezaostrzaniem ustawy antyaborcyjnej, podawały ciągle i bez przerwy przykład albo ciąży będącej następstwem gwałtu, albo sytuacji materialnej lub choroby genetycznej płodu. I tyle. Jakby bały się powiedzieć, że można chcieć usunąć ciążę – BO TAK.

W cywilizowanych krajach, nawet tych sąsiadujących z Polską, kobieta – sama lub wespół z partnerem – może po prostu przyjść do kliniki i do pewnego momentu poprosić o usunięcie ciąży, bo najzwyczajniej wpadła lub wpadli i nie chcą mieć dziecka. Nie podejmuje żadnych dramatycznych wyborów, nie przeżywa emocjonalnej huśtawki, czy jakiejś traumy. Usuwa i tyle. U nas temat tabu. I ciągle tylko gwałt i gwałt, jakby nic innego się nie działo po bramach, czy parkach, tylko napaści chłopów o szpetnej mordzie, którzy zapładniają swoje ofiary. Oczywiście takie dramaty też mają miejsce, ale to odsetek w porównaniu z niechcianymi ciążami, wynikającymi z zaniechania, głupoty, może nawet małżeńskiej rutyny, która potrafi uśpić czujność obojga partnerów. A jeśli ktoś powie „aborcja na życzenie”, to od razu obraza i nadęcie, jakby srał marmurem. Jeżeli dla kogoś usunięcie ciąży to psychiczny Rubikon albo wizja piekła ze smołą, to niech nie usuwa. Przestańmy w końcu zachowywać się jak hipokryci. Przy tej okazji przypomina mi się historia opowiadana przez moją znajomą, która wiedziała o aborcjach dokonywanych przez swoje koleżanki pielęgniarki, które, ze względu na znajomości wśród lekarzy, skrobały się na potęgę, jednocześnie w towarzystwie, przy rozmowie o tzw. aborcji na życzenie, żegnały się nogą z oburzenia – świętego zresztą.

Dlatego prośba. Jeżeli wyrażamy nasze potrzeby, to nie starajmy się tego przekazu skroić pod dyktando naszych oponentów. Nie tłumaczmy się z prawa do wolności.

Reklama