Pobyt pełnoletni

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

To była sobota. Sprawdziłem, bo dzień tygodnia wyleciał ze starzejącej się głowy. Nie pamiętam za to aury (i nie jestem w stanie jej sprawdzić), choć nie miała ona większego znaczenia wobec tego, co właśnie się działo.

Osiemnaście lat temu odbyłem jedną z najważniejszych podróży w swoim życiu. Z dzisiejszej perspektywy zwyczajną, dość krótką, choć wtedy była to w mojej świadomości wręcz wyprawa. Ówczesny wyjazd do Warszawy okazał się być wprawdzie krokiem niewielkim, ale za to milowym w moim życiu.

Jechaliśmy w trójkę. Tomek, jego kolega i ja. Każdy z nas w innym celu. I pewnie w chwilach samochodowej ciszy każdy z nas myślał o czymś innym. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, pamiętam za to obiad na jednej ze stacji benzynowych. Jakiś schabowy z ziemniakami i surówką. Teraz za każdym razem, kiedy mijam to miejsce, widzę nas oczyma wyobraźni.

Kiedy kilka tygodni wcześniej odebrałem telefon z propozycją poprowadzenia studia olimpijskiego w radiowej Trójce, nie sądziłem, że to się rzeczywiście uda, że to konkretna propozycja, że to naprawdę o mnie chodzi. Kiedy natomiast ruszyłem do centralnej Polski 9 września 2000 roku, nie miałem pojęcia, że już na Śląsk nie wrócę. Taka trochę wyprawa w nieznane, choć bez takiej świadomości.

Nigdy nie zachłysnąłem się niezdrowo Warszawą, choć ją polubiłem. Być może za to, że dała mi nowe życie. Nigdy jednak nie przestałem głośno mówić, skąd pochodzę, nie zapomniałem gwary, nadal wiem co to praca w kopalni, a drogę do domu rodzinnego znam na pamięć.

Jechałem na trzy tygodnie – czas trwania igrzysk w Sydney. Po tym czasie miałem wracać. Coś jednak powstrzymywało mnie przed podróżą powrotną. Tak jakbym na obu ramionach miałem diabła i anioła namawiających do dwóch odmiennych decyzji. Tylko nie wiem, który z nich do której. Wszystko jedno zresztą – wybrałem dobrze.

Mój stały pobyt w stolicy osiągnął właśnie pełnoletniość. Trudno uwierzyć, że przez tych osiemnaście lat wydarzyło się tak wiele. Ciekaw jestem, co powiedziałbym teraz temu 27-letniemu chłopakowi skupionemu na kierownicy i pędzącemu do stolicy na owe trzy tygodnie. I co on powiedziałby mnie…

Gdyby ktoś, wtedy mówił mi o telewizji, o książkach, o służbowych podróżach, o audycji muzycznej w radiu, wreszcie o Anywhere – nazwałbym go idiotą.

9 września – jedna z najważniejszych dat w moim życiu.

Przeczytaj również

Macarena 24/7

Kiedy w duszy gra macarena. Dwadzieścia cztery na dobę, człowiek

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama