Krzysztof Zalewski: Więcej szczęścia niż rozumu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Ultimate Video Player with preset id 8 does not exist!

Sam przyznaje, że nie do końca wie, co oznacza bycie artystą. Staje się nim samozwańczo czy dopiero wtedy, gdy twórca i tworzywo zdobędą akceptację odbiorców? Krzysztof Zalewski jako kompozytor i autor tekstów został doceniony zarówno przez branżę muzyczną, jak i słuchaczy. Jako odtwórca dorobku Niemena zyskał równie dużo. Po wysłuchaniu jego interpretacji na albumie „Zalewski śpiewa Niemena” nikt nie ma wątpliwości, że jeden i drugi są wielkimi artystami. Czy to kwestia szczęścia, czy talentu?

 

Czy wszystko w muzyce już było?

Nie. Myślę, że jako gatunek posługujący się muzyką, dopiero liznęliśmy powierzchni możliwości, które muzyka daje. Faktem jest, że w naszej europejskiej tradycji mamy 12 półtonów i w tym obrębie pewnie powiedzieliśmy już większość rzeczy, natomiast to jest tylko jeden sposób patrzenia na muzykę. A ta mocno się rozwinie, czeka nas jeszcze wielka ewolucja i w jakiś inny sposób za kilkadziesiąt czy kilkaset lat za pomocą dźwięków będziemy wyzwalać emocje.

Rozmawiamy kilka dni po rozdaniu tegorocznych Fryderyków. Zdobyłeś trzy statuetki w kategoriach: Nowe Wykonanie, Utwór Roku i Teledysk Roku. Zadałam pytanie o to, czy w muzyce już wszystko było, trochę w kontrze do kolejnego pytania – jak napisać utwór roku? Jak stworzyć coś tak świeżego na miarę przeboju roku?

Czy na pewno nowego i świeżego? Ludzie lubią najbardziej te piosenki, które już gdzieś słyszeli. Utwór „Początek” czerpie garściami z innych utworów, które cieszyły się popularnością. Z jednej strony to swego rodzaju przypadek, że akurat ten utwór tak spodobał się publiczności, a z drugiej myślę, że  chodzi o proces tworzenia, połączenia mnie i Dawida (Podsiadło – przyp. red.). W ciągu kilku spotkań narobiliśmy dużo więcej piosenek, więc może jeszcze niektóre z nich ujrzą światło dzienne. Na pierwsze spotkanie szedłem przerażony, że będę musiał zmierzyć się z dwoma artystami, którzy nie dość, że są wyjątkowo zdolni, to jeszcze znani w branży. Wychodząc z domu, przeglądałem jeszcze twarde dyski z ostatnich 10 lat z jakimiś niewykorzystanymi pomysłami, gdzieś trafiłem na riff, który potem stał się tym wiodącym w „Początku”. Ale oprócz tego przyniosłem z sześć innych pomysłów, a potem już na miejscu okazało się, że jedyna moja szansa, (tak sobie wyobrażałem), jest taka, żeby kolegom absolutnie nie pozostawić pola do popisu, więc jak z karabinu maszynowego atakowałem ich kolejnymi pomysłami.

Poddali się?

 
Reklama

Tak, o dziwo się poddali. Kortez jest bezproblemowy, skupiony na tym, co robi, wypowiada się w swojej muzyce i jest w niej spełniony, więc nie miał potrzeby, żeby rywalizować, konkurować, zaznaczać terenu. Z Dawidem chyba próbowaliśmy się ścigać i to dało najlepsze efekty, bo ja przy nim wymyślałem lepsze melodie, niż gdyby go nie było i on też jakoś się starał, wymyślał kolejne wersje. Fajnie byłoby założyć z Dawidem zespół, myślę, że w tydzień mielibyśmy absolutnie przebojową płytę.

Boysband?

Boysband to już chyba nie, bo będę siwy wtedy. Pojedziemy w świat i zobaczymy, co na świecie o nas myślą. (śmiech)

Ale jeśli chodzi o „Początek”, to procentowo szala przeważa na twoją stronę, ty jesteś głównym autorem przeboju.

Tak, jest to głównie moja piosenka. Dawid zmienił jeden wers w tekście i wymyślił melodię do zwrotek, reszta jest tak naprawdę moja. Koledzy wprowadzali jeszcze aranżacyjne zmiany. Marcin Macuk był takim trochę kierownikiem, a Olek Świerkot, znakomity producent i gitarzysta, który na co dzień gra z Dawidem, też coś od siebie dorzucił. Ja już uczestniczyłem kilka razy w orkiestrze Męskiego Grania, ale to, co wydarzyło się w zeszłym roku z mojej perspektywy było najprzyjemniejszym doświadczeniem. Może dlatego, że wszyscy całą orkiestrą znaliśmy się z różnych wcześniejszych składów, prawdziwie się lubiliśmy i szanowaliśmy. Atmosfera na próbach była przezabawna, ale też pełna wytężonej pracy.

W dodatku miło być dyrygentem orkiestry.

 
Reklama

Miło być, ale nie wiem, czy to ja byłem tym dyrygentem. Musi być ktoś, kto podejmuje decyzje, ale w tym roku wszystko zapadało zupełnie demokratycznie. Każdy dorzucał coś przy aranżowaniu kolejnych piosenek, które wcielaliśmy do repertuaru i trochę pod wodzą Macuka, trochę  pod moją, byliśmy w stanie dojść do kompromisu. I łza się w oku kręci, że było to tylko 7 koncertów i musiało się rozpaść.

Drugą statuetkę otrzymaliście za Teledysk Roku. To też wyjątkowy klip, bo nakręcony mastershotem.

Tak, jestem bardzo dumny z tego teledysku. Szczęśliwie udało nam się zrealizować wszystkie polecenia reżysera i stanąć w odpowiednich miejscach, w odpowiednim czasie. Ukłony dla reżysera Tadeusza Śliwy, bo pięknie to wszystko wymyślił i oświetlił, na jednej hali stworzył tak naprawdę kilka różniących się od siebie miejsc. Ale jestem też bardzo dumny z tego teledysku, bo uparłem się, żeby dźwięk nagrać na żywo i tak naprawdę to był pomysł managera Dawida, który tak zaszczepił mi ten pomysł w głowie, że nie chciałem się go pozbyć. Wszyscy mówili, że się nie uda, chcieli puścić playback, ale ja się uparłem. Rozpisałem nawet matematycznie, jak to zrobić, żebyśmy to ugrali na żywo. Kupiłem specjalny looper i robiliśmy próby w trójkę: ja, Dawid i Olek Świerkot, o którym wspomniałem wcześniej. I przez tydzień u mnie w maleńkiej sali prób robiliśmy ciężkie próby, grając, cały czas chodziliśmy w miejscu, żeby przyzwyczaić się do tego, że trzeba będzie biegać po tej hali. Jest to rzecz może nie bez precedensu, bo to żadna tajemnica, że inspirowaliśmy się teledyskiem Justina Timberlake’a.  Ekipa Tadeusza Śliwy – by jeszcze bardziej udowodnić, że nie mamy szans, żeby to się udało – napisała do ekipy Justina, która, o dziwo, potraktowała nas poważnie i nawet wysłała scenariusz co trzeba zrobić, żeby ten dźwięk na żywo nagrać. Zrobiliśmy to pewnie za ułamek kwoty, którą tam poświęcono na to i wszystko się udało. Jednak ten polski upór zadziałał na korzyść.

Nagroda numer trzy w kategorii Nowe Wykonanie za album „Zalewski śpiewa Niemena”. Mówi się na mieście, że nikt wcześniej nie zaśpiewał i nikt nigdy więcej nie zaśpiewa już tak Niemena jak Zalewski.

„Cola już nigdy nie będzie smakować jak tamtego lata, a wódka nie będzie taka zimna…”. Mam wiele do zarzucenia mojej interpretacji Niemena na tej płycie, może dlatego że nagraliśmy to w ciągu 3 dni, na żywo, tak jak się to robiło onegdaj. Kiedy już zagrałem z 60 koncertów z tym materiałem i już nauczyłem się go wykonywać, to wiele rzeczy zaśpiewałbym dużo lepiej. Natomiast mam chyba rzeczywiście więcej szczęścia niż rozumu, bo porywać się na mistrza, któremu stawia się w Polsce pomniki, to ryzykowny pomysł, bo istniała duża szansa, że ludzie mnie ukamienują za szarganie świętości.

Jaki był twój złoty środek przy pracy nad tym repertuarem – jak nie kopiować, a jak nie zwariować w tę stronę, gdzie Niemen nie byłby już Niemenem?

 
Reklama

Główny klucz to brak myślenia. Nie można przeintelektualizować, nie można skupiać się za bardzo, ważyć plusów i minusów, zastanawiać się – wszystko działałoby na niekorzyść. Uczyłem się tych melodii utkanych różnymi melizmatami i starałem się śpiewać najlepiej jak umiem. To jakoś samo się ułożyło. Jestem na pewno dumny z tej płyty przede wszystkim dlatego, że dzięki temu, że ona uzyskała popularność, udało nam się przywrócić niektóre zupełnie zapomniane piosenki Niemena. Było wiele prób śpiewania Niemena, wszyscy śpiewali „Dziwny jest ten świat” i „Jednego serca”. Natomiast my przypomnieliśmy utwory z płyt „Terra Deflorata”, „Aerolit” czy „spodchmurykapelusza”, a więc takie piosenki, które mało kto pamięta. Niemen pisał je w późnym okresie swojej kariery, kiedy zrezygnował z gigantycznej popularności na rzecz poszukiwań muzycznych, stąd aranże na tych późniejszych płytach są bardzo trudne. Są to piosenki z pięknymi melodiami, znakomitymi, często gorzkimi, tekstami, które Niemen pisał sam. To nie było wykalkulowane, chcieliśmy zrobić taki przegląd twórczości Niemena na tej jednej, krótkiej płycie.

Jak powstawały przeboje wtedy, w czasach Niemena, a jak dziś pisze się przebój? Widzisz jakieś różnice albo podobieństwa?

Na pewno teraz wykorzystuje się technologie i komputery. Może powstaje ich trochę więcej, bo więcej jest ludzi na świecie, więcej osób ma dostęp do technologii, która pozwala na tworzenie piosenek. Tak naprawdę każdy, kto ma laptopa w domu, może nagrać płytę, kiedyś trzeba było zdobyć kontrakt fonograficzny, iść do studia nagrań, wyłożyć mnóstwo pieniędzy. Chyba George Harrison powiedział i zdaje się wtórował mu Elton John, że albo piosenka powstanie w 20 minut, albo nie powstaje. Czasami dwa lata męczę się nad jednym numerem, ale „Początek” tak naprawdę powstał w 3 godziny. Mogę chyba zaufać panom, którzy narobili tych nieśmiertelnych przebojów i pokusiłbym się o zgodę na taką teorię, że przebojowa piosenka musi powstać szybko – odblokowuje się jakiś czakram i wylewasz na papier to, co masz w sobie czy przekładasz to na akordy, melodie, a jeżeli próbujesz do tego podejść intelektualnie, to nie będzie to miało takiego wpływu ludzi.

Czy Niemen odnalazłby się w dzisiejszym świecie, a ty odnalazłbyś się w czasach Niemena?

Myślę, że tak. Niemen byłby wielką gwiazdą. Mimo zalewu plastikowej muzyki myślę, że ludzie doceniliby jego ogromny talent i odnalazłby się w każdych czasach. Jak w filmie Allena „O północy w Paryżu”, wszyscy tęsknimy za czasami, których nie było nam dane doświadczyć. Więc ja kiedyś strasznie chciałem być francuskim muszkieterem, bo miałem 8 lat i czytałem „Trzech muszkieterów”, a potem żałowałem, że nie urodziłem się dużo wcześniej i nie załapałem się na lato miłości i cały ruch hipisowski. Więc jakbym mógł się z Niemenem zamienić, to pewnie zderzyłbym się jak z betonowym murem z szarą, komunistyczną rzeczywistością, która Niemena otaczała, ale myślę, że muzyka była jedną z tych rzeczy, dzięki której można było od tej rzeczywistości uciec i znaleźć punkty wspólne z resztą świata.

Ile w komponowaniu jest talentu, a ile szczęścia?

 
Reklama

Mam za krótkie doświadczenie w komponowaniu – nie licząc płyty „Pistolet”, napisałem tak naprawdę 2 płyty, miałem okazję także popisać kilka utworów z okazji jakichś duetów czy Męskiego Grania. Jednak napisałem jeszcze zbyt mało piosenek, żeby stwierdzić: Tak, chodzi o to albo o tamto.

W takim razie wena to mit czy fakt?

Wena to na pewno fakt, natomiast ona sama nie wystarczy. Jeśli siadasz codziennie od 10. do 17. z długopisem i kartką, to jeżeli ta wena przyjdzie o 13.05, to jesteś przygotowany i napiszesz to, co masz napisać, a jeśli zajmujesz się czymś innym, to nawet jeżeli ta wena przyjdzie, to jej nie zauważysz, przemknie jak wiatr. Trzeba pracować jak najwięcej, wtedy jest szansa, że kiedy przyjdzie moment weny, to ją uchwycimy.

Na popularność artysty składa się też wizerunek, dziś chyba trudno sobie wyobrazić artystę wyprzedającego koncerty czy sprzedającego płyty, takiego, który otrzymuje nagrody, a który nie dba o to, jak ta muzyka jest opakowana. Na tym też trzeba się skupiać, ty także o ten wizerunek dbasz.

Myślę, że zawsze trzeba było się na tym skupiać, ja po prostu przez jakiś czas tego nie dostrzegałem, mimo że byłem fanem najpierw Queen, potem wyznawcą Bowiego, co zostało do dziś. I jak spojrzymy chociażby na Freddiego Mercurego i Davida Bowiego, to obaj bardzo dbali o to, jak ta muzyka była opakowana. To są rzeczy nierozłączne. Popatrzymy na lata 90. – grunge, Nirvanę, Pearl Jam, Soundgarden. Z jednej strony myślisz sobie – chłopaki grają w wyciągniętych flanelowych koszulach – a z drugiej strony to właśnie to miało wpływ na modę, wszyscy potem chcieli tak wyglądać, więc jedno wynika z drugiego. Teraz też żyjemy w epoce obrazkowej, nie ma czegoś takiego jak  mniej ważny koncert, bo na każdym koncercie wszyscy mają telefony komórkowe i gdziekolwiek by się nie zagrało, materiał może trafić na YouTube. Moja kilkuletnia współpraca z Moniką Brodką pomogła mi otworzyć oczy na  ten aspekt sztuki, bo ona zawsze dbała o wizualną stronę koncertów, oprócz tego, że sama miała ciekawe, odjechane i oryginalne stroje, to też dbała o to, żebyśmy my, czyli zespół jej towarzyszący też nie wyglądali jak psu z gardła.

To ona jest autorką konceptu okładki twojego albumu „Złoto”.

Tak. Cały ten koncept, żeby na mojej głowie pokazać morze czy góry, wykorzystując zdjęcie, na którym Yulka Wilam oblepiła mnie zlotem, to był pomysł Moniki.

 
Reklama

Jak procentowo wygląda skład artysty?

70% to woda, reszta jakieś związki węgla, kości, mięso. Tak wygląda artysta. (śmiech)Artysta to dziwne słowo, nigdy się nie zastanawiałem, co ono znaczy. Głupio o sobie mówić, że jest się artystą, bo samo to określenie wydaje mi się nobilitujące, więc lepiej powiedzieć to o kimś niż o sobie. Artysta musi być człowiekiem wrażliwym, który ma wewnętrzną potrzebę tworzenia. Nie wiem, czy artystą jest człowiek, który po prostu tworzy, czy artystą jest człowiek, który tworzy dobre rzeczy, czy artysta to po prostu człowiek, który zajmuje się jakąś dziedziną sztuki, czy artysta to jest człowiek, który tworzy faktycznie sztukę, czy osiągnął jakiś poziom. To pytania trochę na granicy językoznawstwa i filozofii.


Reklama

A gdzie obok tych mięśni, kości i serca jest miejsce na ego artysty?

Ego w zasadzie zajmuje chyba 90% artysty. Więcej niż woda. Nie wiem, jak u innych, ja na pewno mam dosyć poważnie rozdęte ego. O tyle dobrze, że mam tego śladową świadomość, więc raz na jakiś czas próbuję je odpompować, przekłuć ten balonik, zanim stanie się uciążliwy dla innych. Może to być uciążliwe dla innych, ale chyba jest niezbędne, żeby robić to, co się robi, bo jednak wychodzę, żeby być na froncie sceny, światło idzie na mnie. Jak mówił Michnikowski: „Komplementów, nawet bzdurnych, strasznie się przyjemnie słucha”, więc przyjemnie jest słyszeć, kiedy ktoś cię docenia, a z drugiej strony trzeba uważać, żeby to ego nie wyrosło za bardzo, bo wtedy można stracić kontakt z rzeczywistością i z oczu zejdzie ci to, co jest w życiu ważne, więc ego jest potrzebne, ale też groźne.

A co jest w życiu ważne?

Muzyka, miłość, seks, jedzenie. Chyba tyle. No, może jeszcze literatura i sztuka. (uśmiech)

 
Reklama

Idzie wiosna, jak będzie wyglądał nowy sezon Zalewskiego?

Jestem w trakcie trasy koncertowej, która odbywa się głównie wiosną. Pomyślałem sobie, że troszkę za mało emocji mam w życiu, więc dorzucę sobie coś takiego, przez co nie będę mógł spać tygodniami, więc wymyśliłem, że zagram solo na Torwarze. 26 kwietnia będę więc występował zupełnie sam w wielkiej hali, grając na szeregu rozmaitych instrumentów, zapętlając to na różnych looperach i tworząc na żywo piosenki. Scena będzie na środku, żeby można było mnie dokładnie widzieć. Będą też operatorzy, wielkie telebimy, żeby było widać, kiedy wciskam odpowiednie guziki i pętlę te kolejne rzeczy.

Powstanie z tego materiał wideo?

Może się uda. Żeby była jasność, ja nigdy nie korzystam na koncertach „SOLO ACT” z żadnych półproduktów czy przygotowanych wcześniej podkładów, więc wszystko, co publiczność usłyszy, będzie powstawało wtedy na żywo. Jeśli coś krzywo zapętlę albo źle zagram, to słuchacze będą musieli to wytrzymać aż piosenka się skończy. Odeśpię to, zacznie się maj, majówki, juwenalia, tego typu imprezy, a  potem przychodzi lato i są różne festiwale, więc też cały będę grać. Środki tygodnia, bo wtedy mam trochę więcej czasu, spędzam na tworzeniu materiału na następny krążek, bo kiedy „emocje już opadną jak po wielkiej bitwie kurz”, to pewnie w październiku wejdę do studia i zarejestruję materiał na nową płytę, która wyjdzie prawdopodobnie z początkiem roku przyszłego. Chciałbym dobrze się do tego przygotować.

 

fot.: Szymon Szcześniak

fot.: Dominik Malik

 
Reklama

Reklama