Fryzjer damsko-męski

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wybrałem się ostatnio do domu towarowego „SKARBEK”. Ten relikt PRL-u, stojący w samym centrum Katowic i niezmiennie należący do Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem”, jest istnym rezerwatem epoki gospodarki planowanej i reglamentowanej żywności, dziś funkcjonującym pośród szklanych domów zachodniego korpo. Mimo tego, że w zbiorze śląskich nieruchomości, „SKARBEK” na sto procent ma założoną teczkę Tajnego Współpracownika, wciąż niezmiennie zachwyca swoją odważną bryłą i nietuzinkową elewacją, niestety co rusz zakrywaną wielkoformatowymi reklamami imperialistycznych produktów.

Zaraz po otwarciu ogromnych szklanych drzwi do moich uszu dotarł głos dochodzący z głośników. Głos do złudzenia przypominający nieżyjącego już Jana Suzina: „Zapraszamy państwa na pierwsze piętro, dział konfekcji. Tam szeroki wybór odzieży damskiej i męskiej znanych marek krajowych i zagranicznych”. „Serio?” — pomyślałem. Po chwili udałem się na piętro drugie, gdzie — jak poinformował mnie głos pana Jana — mogę nabyć kosmetyki i perfumy Polleny, jak również znanych marek zagranicznych. Tam poprosiłem panią ekspedientkę o wodę toaletową WARS Classic. Pani była trochę zdziwiona, pewnie z tego powodu, iż mając zaledwie 48 lat, byłem najprawdopodobniej najmłodszym klientem domu towarowego, który pojawił się tam od czasu wyboru Mazowieckiego na premiera.

Woda toaletowa WARS jest trochę jak DT „SKARBEK”. Z wierzchu jest przykładem tego, jak utalentowanych mieliśmy kiedyś ludzi odpowiedzialnych za sztukę użytkową. To naprawdę piękne opakowanie. Cieszy oko (przynajmniej moje), jest nietuzinkowe, bardzo estetyczne, odważne w formie, ale nie przesadzone. Pewnie zapytacie, jak zapach? No cóż. Jakby to ująć, żeby nie urazić? Może tak. WARS pachnie inaczej niż perfumy, do których jestem przyzwyczajony. WARS pachnie… zakładem fryzjerskim damsko-męskim. Nie dzisiejszą kliniką estetyki włosa pod szyldem Jean Pierre Jeunet Antoine Majkowski, ale właśnie zakładem fryzjerskim.

Pamiętacie, jak tam wtedy wyglądało? Pan fryzjer w białym kitlu i sandałach na nogach wychodził z zaplecza, kiedy tylko dzwonek uderzony drzwiami zwiastował nasze przybycie, tzn. nas i doprowadzającej nas tam matki. Na ścianie wisiały zdjęcia wycięte z zagranicznych gazet, np. z niemieckiej Burdy i oprawione w ramki, przedstawiające modnie obciętych przystojniaków z lat 75-80. Na blacie stał kubek z jakąś mętną bryją, podobno odkażającą tkwiące w nim brzytwy, a do odrzwi przytwierdzony był skórzany pasek służący do ich ostrzenia. Pan fryzjer sadzał nas na specjalnym poddupniku, który dodawał nam wzrostu, a następnie zabierał się do strzyżenia. Wodził wtedy człowiek palcem po zdjęciach na ścianie, pokazując mistrzowi, która fryzura, naszym zdaniem, najbardziej oddawałaby naszą naturę i charakter, a i tak ten wiecznie podchmielony chuj opierdolił na pazia. Na koniec psikał cię perfumą z dyfuzora do złudzenia przypominającą właśnie WARS Classic.

Przy tej okazji przypomina mi się pewne zdarzenie, którego doświadczyłem w liceum za sprawą mojego kumpla. Kolega był heavymetalowcem (jak każdy z nas w tamtych czasach, szczególnie tu na Śląsku). Postanowił kiedyś, że pójdzie do zakładu fryzjerskiego i pokaże fryzjerowi, przyniesione przez siebie zdjęcie wycięte z gazety. Na zdjęciu widniał przepiękny i jeszcze młody Jon Bon Jovi. Pokazał pani fryzjerce, a jakże, i powiedział: „Tak poproszę”. Po jakiś dwóch godzinach spotkałem kolegę schodzącego ulicą Kościuszki w stronę centrum, który wrzeszczał na całego: „Ja tę kurwę zabiję!”. Muszę przyznać, że miał trochę racji. Nie wyglądał jak Jon Bon Jovi, a raczej jak Dee Snider z Twisted Sister.

Na koniec powiem wam, że woda toaletowa WARS Classic, która kosztowała mnie całe 10 złotych, sprawiła mi niezwykłą przyjemność, przenosząc mnie w lata dzieciństwa. A tego ponoć nie da się nabyć za żadne pieniądze. A to nieprawda.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama
[instagram-feed]

Reklama