Błędy poza mną, czyli poza kim?

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

W sytuacji, gdy stoi się pod ścianą ludzie szukają rozwiązań, chcą ścianę przeskoczyć. Też tak robiłam pod ścianą, ale teraz mam przed sobą mur! Wszystko przez to, że przy tych poprzednich ścianach od razu szukałam rozwiązań, jakichś tajemniczych drzwi, pomocnej dłoni, albo czegoś, z czego dało się zrobić prowizoryczną drabinę.

To totalnie bez sensu.

Gdybym się wtedy przy tych mniejszych ścianach zatrzymała, znalazła chwilę na zastanowienie, wtedy nie dotarłabym do muru, który teraz otacza mnie z każdej strony, mur nie do przeskoczenia. I cóż, nie pozostało nic innego, jak przysiąść i pooglądać te wszystkie cegły, które stworzyły ten mur. Mur niedopowiedzeń, niewykrzyczanych słów, mur z udawanych uśmiechów, mur wszystkiego, z czym człowiek się nie zgadzał, ale nie miał odwagi się do tego przyznać. Patrzę na cegły z wstydu, z próżności, z braku odwagi, z udawania przed sobą samym, udawania przed wszystkimi wokół. Patrzę na te wszystkie sytuacje, w których wiedziałam, jak powinnam się zachować, ale poszłam za tłumem. Patrzę na siebie i swoje decyzje, które nijak miały się do tego, kim teraz jestem. Trochę zaczynam sobie wyrzucać, trochę zaczynam się zastanawiać jakim cudem przetrwałam bez większego uszczerbku na zdrowiu. Patrzę na cegły zbudowane z wątpliwości, z niewiary, z braku pewności siebie, z chęci, z ich braku, z działania bezsensownego, bez planu i jeszcze na te cegły zbudowane z zaniechania.

Tych cegieł, z których układamy swoje mury, przy których w końcu przyjdzie nam usiąść i ryczeć jest wiele, mnóstwo się powtarza. Dociera do nas, że uczenie się na błędach, to nie jest zrobienie błędu

i pójście dalej. Uczenie się na błędach to jest spojrzenie na ten błąd, wzięcie go w dłonie, przyjrzenie się mu, zwrócenie uwagi na mechanizmy, które nas do tego błędu doprowadziły, a nie ucieczka po fakcie i obietnica, nigdy więcej. I tak zaczynamy krok po kroku, myśl po myśli, burzyć mur. Czasem wyciągamy telefon i rozmawiamy z niektórymi osobami, bo tylko dzięki rozmowie uda nam się niektóre cegły zburzyć. Czasem odpalamy fajkę i w sumie, odpalając papierosa od papierosa, kończymy ostatnią już paczkę, kończymy z nałogiem.

Zaczynamy widzieć siebie po prostu, a nie jedynie maski, w których się zapomnieliśmy, z którymi tańczyliśmy całe życie, nie znając kroków. Zaczynamy te kroki poznawać, zaczynamy poznawać siebie i w końcu mur kruszeje. W końcu widzimy to, co było wyraźnie i co najważniejsze patrzymy na przeszłość bez żalu. Dostrzegamy też, że gdzieś tam przed nami tworzy się całkiem ciekawy krajobraz. I chociaż początkowo wszystko wygląda jak porozrzucane puzzle, to dzięki takiemu rozprawieniu się z sobą jesteśmy w stanie te nasze puzzle poukładać.

Sami zamykamy się w klatce udawania. Stajemy się tym, kim chce nas akurat widzieć partner (on/ona), brat, matka, ojciec, nauczyciel, profesor, kochanek, koleżanka, przyjaciel. Stajemy się avatarami siebie. I tak oczywiście, że nie jesteśmy tacy sami dla każdej osoby, ale ta osnowa, ten kręgosłup, to „coś”, powinno być niezmienne. Niestety milion kwestii doprowadza nas do rozdrabniania się i do niechęci pamięciowej. Udajemy, że nie pamiętamy, że jeszcze wczoraj naszym ulubionym winem było to białe, skoro dziś jesteśmy w towarzystwie, które preferuje czerwone. Oportunizm w skali mikro, przeradzający się w makro mur dziwnych decyzji. Mur, który każe nam coś ze sobą zrobić, a tym czymś jest przyjrzenie się sobie, próba zrozumienia siebie.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama
[instagram-feed]

Reklama

Reklama