Biszkopty, serki waniliowe, galaretka, truskawki

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Biszkopty, serki waniliowe, galaretka, truskawki. Mama robi najlepszy sernik na zimno w mojej historii. Podobnie pewnie, jak i wasza mama. Każda mama robi coś wyjątkowego i choćby było to obiektywnie zupełnie zwykłe, zostawiając ważne wspomnienie, staje się tym niepowtarzalnym i wyjątkowym. Sernik ten pachnie latem, towarzyszył mi przez trzydzieści lat podczas większości różnych świąt, okresów wakacyjnej laby, mniejszych i większych radości. W moje dwudzieste-dziewiąte imieniny, umówiłyśmy się z mamą, że będzie go robiła na imieniny już zawsze.

Tradycje tworzy się łatwo, wystarczy się na coś umówić. Jeśli są to rzeczy, do których w większej grupie chętnie wracamy, to już zostajemy wchłonięci przez oczekiwania, potwierdzenia i pieczętowanie naszej rutyny albo ewentualne rozgoryczenia związane z tradycji nieprzestrzeganiem.

Święta – coroczne szykowanie, strojenie domu, gotowanie tej samej ilości potraw, najlepiej tych samych, które robiła babcia. Gonitwa prezentowa, a później już tylko czekamy, aż wszyscy przyjdą, a jeśli kogoś zabraknie, to już nie będzie to samo i wszystkim będzie przykro. No, chyba że wujek Janek się z ciocią Krysią nie lubił, to może nawet się ucieszy. Ale zazwyczaj wszelkie zaburzenia tradycji kłują prosto w serce.

Kiedyś spotykałam się ze szwedem. W Szwecji do kościoła się raczej nie chodzi. Polacy czasami chodzą, ale często zapominają po co. Znajomi zapytali kiedyś w okolicach kwietnia, dlaczego jego rodzina idzie z koszykiem do kościoła. Dowiadując się, że w koszyku niosą kiełbasę, chleb i barany z cukru zupełnie zgłupieli, a tym bardziej, gdyż nikt nie potrafił im odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to niosą. Tradycja i już – krzyczał ojciec.

I już tak zostaje.

 
Reklama
 
Reklama

W pewnej rodzinie cyklicznie gotowano szynkę, zawsze tak samo ukrojoną, tak samo przyprawioną, sznurkiem owiniętą. Ktoś z pokoleń najmłodszych zapytał kiedyś, dlaczego tej szynki jest zawsze pół. Czy to jakaś smaku zależność? Nikt nie potrafił odpowiedzieć, ale wszystkie kobiety cięły szynkę z przekonaniem, że tak trzeba, że tylko tak to może wyglądać i smakować. Kiedy dotarło to pytanie do babci, to powiedziała, że szynka jest tak cięta, bo kiedyś się po prostu do gara nie mieściła.

O genezę naszych tradycji rzadko kto pyta, ale efekt wszyscy dobrze znają i żyć sobie bez niego nie wyobrażają. Ja, choć tradycja sernikowa trwa od trzech dni, też już inaczej bym nie chciała i w przyszłym roku będę czekać na ten sernik zapewne. Tak samo, jak potrzebuję ostatniego dnia grudnia spisać i przeanalizować wszystko to, co w przeciągu minionego roku wydało mi się najważniejsze. A we wrześniu plan na cały kolejny nowy rok zrobić i odświeżyć tablicę marzeń. Pierwszego września muszę w świeczki na torcie dmuchać, przynajmniej tak uważałam do momentu, kiedy nowa osoba w moim życiu tortu nie dostarczyła. Płakałam przejęta, myśląc, że już koniec z moim marzeniami, a przyjaciółka walnęła mnie w łeb, pouczając, że od dmuchania się życzenia nie spełniają.

No i tak też sobie tłumaczę, że kiedy tradycji nie przestrzegam, to świat się nie wali, chociaż długo nie mogłam sobie wyobrazić, jakbym mogła pańskiej skórki nie zjeść w święto zmarłych, czy wosku nie lać w Andrzejki. A ci znajomi co ze mną nie wyrastali, na imprezy w ten dzień mnie ciągną, zamiast w domu, w ciemnościach się zaszyć i przy świec świetle wierzyć w magię.

Bo najstraszniej jest, kiedy osoby, z którymi tworzysz tradycję, odchodzą. Nauczyłam się więc przez lata, by samemu je kreować, samemu ich przestrzegać i tylko innych do nich zapraszać. O tradycjach opowiadać i przekazywać dalej, by stawały się drobnymi uzależnieniami. Mam ich codzienne mnóstwo – dziś jest na przykład płynny poniedziałek, dzień, w którym nie jem, a tylko płynne rzeczy spożywam a najlepiej tylko wodę, choć dziś biorąc pod uwagę, że ten poniedziałek jest końcem imieninowych dni, zjadłam ów sernik, o którym mowa i popiłam winem, które jakby w płynność się wpisuje. Każdego pierwszego dnia miesiąca się ważę i mierzę, każdego wieczoru stosuję rytuał azjatyckiego cukru, który polega na pięciu krokach oczyszczania. Pięć kroków mam jeszcze w trakcie przygotowań do roli. Codziennie rano twarz zimną wodą sto razy polewam (choć jeszcze nigdy nie doszłam do stu). Wiosną jem akacje prosto z drzewa, kiedy nikt nie patrzy. Okresowo łykam bajkalinę. Nałogowo planuję. I można by takie rzeczy mnożyć w nieskończoność.

Bo z tych tradycji to się chyba ważność życia składa. Jakiś porządek się tym codziennym myciem zębów układa. Każdy ma jakąś swoją powtarzalność. Jakiś swój sernik, co bez niego w życiu ani rusz.

Reklama