Seks, przemoc i banał. Miłość, śmierć i roboty

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Dawno, dawno temu David Fincher oraz Tim Miller wpadli na pomysł stworzenia serialu animowanego na podstawie komiksów zawartych w kultowym magazynie “Heavy Metal”. Mijały lata i ta intrygująca idea pozostawała jedynie w sferze wyobraźni. Nic nie wskazywało na to, by duet twórców spróbował ponownie połączyć siły, aż do momentu, gdy do akcji wkroczył Netflix. Platforma odpowiedzialna za wiele hitowych tytułów wyczuła następny potencjalny sukces i tak powstała seria “Miłość, śmierć i roboty”, współprodukowana także przez Joshua Donena oraz Jennifer Miller. Choć pierwszy sezon nie ma nic wspólnego z historyjkami opublikowanymi w renomowanym czasopiśmie, to filozofia przyświecająca całości jest dosyć podobna. Osiemnaście kilkunastominutowych odcinków stanowi pokaz umiejętności współczesnych animatorów, opowiadających barwne historie z pogranicza science-fiction, kina akcji i horroru.

Z różnych zapowiedzi wynikało, że zadaniem przedsięwzięcia będzie przybliżenie masowej publiczności konceptu animacji dla dorosłych. Gatunek, który co prawda pojawia się od czasu do czasu w dyskusjach na temat arcydzieł X Muzy, jest jednak dosyć często traktowany z lekkim przymrużeniem oka. Autorzy, tak jak komiksiarze czy kreatorzy gier komputerowych, zwykle muszą godzić się ze skrajnym niedocenieniem ich dorobku.

Powszechnie panujące niepochlebne opinie wynikają ze stereotypowego podejścia publiczności do pokrewnych projektów. Popularne “kreskówki” z etykietką 18+ traktuje się jako krzykliwą rozrywkę dla niedojrzałych widzów spragnionych wulgarności oraz przemocy. Tak więc powstanie całkowicie nowego serialu, firmowanego uznanymi nazwiskami, mogło być idealną okazją do zaprzeczenia niesprawiedliwym osądom. Niestety, okazało się jednak, że ekipa odpowiedzialna za serię, zamiast burzyć szablonowe przekonania, postanowiła je dodatkowo umocnić.

“Miłość, śmierć i roboty” to naszpikowany kliszami przerost formy nad treścią. Wystarczy rzucić okiem na pierwsze trzy odcinki, aby zostać znokautowanym przez grad fabularnych schematów. Przemielone w nieskończoność motywy takie jak: pojedynek krwiożerczych obcych-gladiatorów, ekologiczna zagłada planety czy dzień świstaka osadzony w stereotypowo futurystycznej metropolii, są podane z topornością, która nie zakłada choćby jednej drobnej narracyjnej wolty. Nieporadnie skonstruowane intrygi funkcjonują jako pretekstowe tło dla atrakcyjnej, wizualnej powłoki.

Inny problem tkwi w nadmiernej brutalności poszczególnych scen. Wszyscy, którzy chwalą serial za bezpruderyjność w pokazywaniu krwawych sekwencji, zapominają, że ta estetyczna bezkompromisowość niczemu tak naprawdę nie służy. Rozpruwane bebechy mają bowiem za zadanie przykryć niedostatki scenariusza tanim efekciarstwem. Zalewająca ekran tryskająca posoka sprowadza konflikty postaci do poziomu banalnej bijatyki.

Oprócz galonów krwi twórcy oferują nam także ostentacyjną erotykę. Prawie pornograficzne ciągoty autorów to kolejny element efekciarskiej układanki, przekładającej prymitywne uciechy nad merytoryczną jakość. Fetyszyzacja nieuzasadnionej nagości rzeczywiście potwierdza tezę o “bezmyślnych bajkach dla dorosłych” i przez to szkodzi właściwie całej animacyjnej branży.

“Miłość śmierć i roboty” koncertowo marnuje potencjał na osiągnięcie artystycznego sukcesu. Oczywiście, wynajęta grupa zdolnych animatorów odwaliła kawał dobrej, audiowizualnej roboty, jednak ich ciężka praca została skażona kompletnym brakiem scenopisarskiej wyobraźni. Naprawdę szkoda, że producenci netfliksowej antologii zdecydowali się na promocję pospolitości.

Reklama