FLR – Florencja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Z wakacji zazwyczaj wraca się bardzo trudno. Niełatwo przesiąść się z hamaka na krzesło przy biurku. Zamienić kąpielówki na formalny, niewygodny strój, a leniwe śniadania na tarasie na pochłaniane w porannym biegu kanapki. Jest jednak miejsce, dla mnie szczególne i magiczne, z którego wracam z przyjemnością. Paradoksalnie nie dlatego, że mam go dość, ale dlatego, że daje mi tak dużo energii, inspiracji i siły, że nie mogę się doczekać powrotu do domu i możliwości przekucia tego wszystkiego, co sobie tam obmyśliłem w czyn.

Tak było i tym razem. Portofino znów mnie zaczarowało, przytuliło, kołysało przez wakacyjne dni i wypchnęło niczym mały statek w morze, mówiąc: „Płyń! Zobacz świat! A za rok znów tu przypłyniesz i opowiesz, jak było”. Odlatywałem do domu z Florencji. Przez całą drogę na lotnisko czułem podekscytowanie. Nie zraziła mnie tym razem ani surowość florenckiego lotniska, ani opieszałość obsługi, ani opóźniony lot włoskiego przewoźnika. Czułem, że czeka mnie wspaniały czas i że będzie dobrze. Siedząc w hali odlotów, uśmiechając się do swoich wspomnień, zobaczyłem przed sobą piegowatą dziewczynę, która nerwowo obgryzała paznokcie, co rusz zmieniając ręce, bo jedna z nich była jej potrzebna do podtrzymywania książki. Wychyliłem głowę do przodu, żeby przeczytać tytuł… „Guraisci… Guraisciil tuo… bambino interiore”. O Jezu! Jęknąłem w duchu. Kolejna pseudokołczopropaganda. „Ulecz swoje wewnętrzne dziecko”. Pokręciłem się trochę, żeby złapać wzrok dziewczyny. Spojrzała na mnie przelotnie. Uśmiechnąłem się i przypuściłem atak.

— Ciekawa książka? — zapytałem.

— Mhmmm… nie wiem właśnie… Mam wrażenie, że od dwudziestu stron czytam ciągle to samo — odpowiedziała, odejmując z głośnym cmoknięciem lewą rękę od ust i chowając ją za plecami.

— Czytał Pan? — zapytała z zaciekawieniem, lekko potrząsając grzywką, tak jakby chciała mnie lepiej widzieć.

— Nie! — roześmiałem się. — Nie mogę czytać takich rzeczy.

Popatrzyła z zaciekawieniem.

— Co ma pan na myśli? — zapytała.

Nachyliłem się w jej kierunku.

— Bo wie pani… Z jednej strony jestem pełen uznania dla ludzi, którzy są w stanie wymyślić chwytliwe hasło, które w niewiarygodnie łatwy sposób zagnieżdża się w głowach ludzi, ale z drugiej martwi mnie to, że przez takie hasła robi się ludziom krzywdę. Dla mnie uzdrawianie, tulenie i odnajdywanie wewnętrznego dziecka to nawoływanie do tego, żeby nigdy nie dojrzeć, nie dorosnąć, nie brać odpowiedzialności za własne czyny i słowa. To namawianie ludzi, żeby nie decydowali o własnym życiu. Żyjemy w czasach zdziecinnienia dorosłych, którzy poszukują rodzica, znajdując go w różnego rodzaju politykach-faszystach.

Nic nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie wnikliwie. Po chwili zamknęła książkę, wzięła swoją torbę, wstała, skinęła lekko głową i odeszła. Patrzyłem na oddalający się zarys jej pleców. Może przesadziłem?

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama