REKLAMA
Anywhere logo

Marieta Żukowska: Najgęstsze perfumy

2015-08-17
...
Marieta Żukowska przychodzi nieco rozdygotana (boi się zostawić na kilka godzin córkę), ale mimo tego wciąż wygląda jak promień słońca. Nie wiem jak to robi. Kelner jest tak onieśmielony, że zapomina do nas podejść. Kiedy Marieta opowiada mi o swojej córeczce zdaję sobie sprawę, że przecież powinienem być skrępowany, a nie jestem. Ukradkowe i pełne zazdrości spojrzenia innych gości restauracji dodają mi pewności siebie.
MARIETAMówisz, że twoja córka jest łobuziarą. Ma to po matce?

Myślę, że jestem zupełnie normalnym człowiekiem, Kuba. Takim z krwi i kości, z zaletami i wadami normalnego człowieka. Mam też momenty, w których przekraczam jakieś granice, np. podczas podróży po Azji. Wtedy nie jestem typem człowieka, który bukuje sobie pięciogwiazdkowy hotel. Jak jadę do Kambodży czy Tajlandii – a teraz mam wielką ochotę, żeby zwiedzić Wietnam – to kupuję po prostu bilet lotniczy, a potem niesie mnie wiatr. Jest coś takiego w środku, taki niepokój, który napędza. Pamiętam, jak podróżowałam promem z tysiącami ludzi. To był taki prom, do którego wchodziło się do ładowni, nie było żadnych kajut ani niczego w tym stylu, spało się na słomiankach. Jedyną moją normalnością w tym wszystkim był taki płócienny śpiwór, który wzięłam do Azji. Takie rzeczy nie są mi obce. Nie wiem, czy przez to można mnie nazwać łobuzem. To bardziej chęć przygody i umiejętność znoszenia różnych warunków. Spałam w pięciogwiazdkowych hotelach, ale i w takich za grosze. Czuję się w nich równie dobrze.

Czyli diabełka za skórą nie masz?

Nie, jestem bardzo spokojną kobietą.

Zawsze tak było?

Tak, byłam wzorową uczennicą. 12 lat grałam na skrzypcach. W wieku 13 lat rodzice wysłali mnie do szkoły z inteatem prowadzonym przez siostry zakonne. Nie miałam już wtedy nad sobą rodziców. Sama stałam się rodzicem dla siebie. To był przyspieszony kurs dorosłości. Odbył się właściwie w miesiąc. Do tej pory zadaję sobie pytanie, jak to mi się wszystko udało, że nie miałam w sobie buntu, nie protestowałam, że chcę do domu. Grałam jeszcze na tych skrzypcach, więc musiałam narzucić sobie rygor ćwiczeń. Popatrz, jak młody człowiek potrafi się odnaleźć w danej sytuacji. Potem dostałam się do szkoły filmowej. Zawód aktora to chęć przekroczenia granic, chęć przeżycia wielu różnych żyć w jednym. Mogę zagrać bardzo złe osoby, mogę zagrać wspaniałe i niezwykłe. Mogę w tych złych szukać ich motywacji, mogę próbować pokazać je od drugiej strony.

Wolisz grać złe czy dobre?

Wolę grać prawdziwe. Jeżeli postać jest dobrze skonstruowana to sprawia mi największą przyjemność i budzi we mnie największą ciekawość. Jeżeli staje przede mną wyzwanie zagrania kogoś, kto jest przez ogół społeczeństwa odrzucany za jego wybory, to staram się znaleźć jak najwięcej motywacji dla tychże wyborów. Dlaczego postępował tak, a nie inaczej? Wierzę w to, że każdy człowiek ma dobre i złe cechy. Naturalnie są ludzie, u których ta granica jest przekroczona. Wtedy szukam powodu, dla którego tak się stało i chcę zlokalizować ten punkt złamania. W każdym największym szwarccharakterze następuje ten punkt złamania. Moim aktorskim obowiązkiem jest podchodzić do największego nawet zbrodniarza empatycznie – jeżeli ja w niego nie uwierzę, to widz też nie. Jest taki dość niezwykły dokument, który taką przemianę pokazuje. Filmowcy zapytali w nim takiego bogatego nowojorskiego Żyda jak mu się tam żyje. On odpowiedział, że super, że fantastycznie. Cały czas ma przyklejony do twarzy taki sztuczny uśmiech. Reżyser filmu podpytuje go o różne rzeczy, on opowiada jak osiągnął sukces. Na sam koniec rozmowy pada pytanie o to, jak się czuł, kiedy przepuszczał swoją żonę i dziecko do komory gazowej, bo był jedną z osób współpracujących z SS-manami w obozie. Oczywiście nie wiedział, że to się stanie, w pewnym momencie po prostu zobaczył, że tam idą i nie zareagował. Słysząc to pytanie ten człowiek się rozpadł. W trzy sekundy. Z uśmiechniętego sztucznie człowieka zamienił się we wrak. On niósł ze sobą tajemnicę i tragedię.

Tak naprawdę wszystko zależy od punktu widzenia, jaki obiera scenarzysta. Bardzo często musimy przedstawić pewne rzeczy, żeby opowiedzieć konkretną historię, żeby widz mógł ją prześledzić. Do tego potrzebne są klocki w postaci bohaterów. Muszą być więc czae charaktery i białe. Ja uwielbiam reżyserów, którzy łamią postacie, sprawiają, że nie są takie jednowymiarowe, ale czasami tak być po prostu nie może. Wiesz, takie postacie są ciekawe do grania. W swoim życiu nie pozwolisz sobie na pewne zachowania, a postać daje ci tę możliwość.

MARIETA1

Pomyślałem sobie kiedyś, że gdybym był aktorem, to najlepiej odnalazłbym się w rolach psychopatów. Myślę, że mógłbym lepiej wypaść w roli seryjnego mordercy niż kochanka, nawet pomijając moją fizys.

Uważaj, bo ci ludzie naprawdę zostali skrzywdzeni!

A o te prawdziwe role, o których wspomniałaś, łatwiej w filmie czy w teatrze?

Miałam to szczęście, że na początku swojej drogi dostałam zaproszenie do współpracy ze wspaniałym reżyserem, Mariuszem Grzegorzkiem, który jest teraz rektorem Szkoły Filmowej w Łodzi. Pod jego okiem w teatrze miałam szansę grać naprawdę niezwykłe role – choćby Isobel w „Lwie na ulicy”, za którą byłam wielokrotnie nagradzana. Teatr daje kobietom więcej możliwości przeprowadzenia wielowymiarowych, pięknych ról. Tak mi się wydaje. Ale wierzę bardzo mocno, że w kinie też zdarzają się takie sytuacje. Teraz dostałam propozycję zagrania w nowym filmie, nie mogę jeszcze mówić jakim. Mam tam świetną partnerkę i mamy zagrać dwie siostry. Myślę, że to może być taka rola do przeprowadzenia. Albo tak jak było u Łukasza Barczyka w „Nieruchomym poruszycielu” – to była postać, w której jako aktorka musiałam obijać się o różne historie i wyzwania. Mimo tego w filmie jest tak, że my strzelamy, a Pan Bóg kule nosi. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Teraz pracuję z Olgą Bołądź, Piotrem Głowackim i świetnym operatorem Michelem Coulterem (twórcą zdjęć m.in. do „Nothing Hill” czy „Cztery wesela i pogrzeb”) na planie nowego filmu Krzysztofa Langa na podstawie powieści „Suka” Katarzyny Grygi. Moja postać jest taka fiśnięta, postrzelona, jest człowiekiem z krwi i kości. Potem trafia do korporacji, zaczyna się władza, kasa, pieniądze i możliwości. I ona się zmienia. Dlaczego? Myślę, że pieniądze, luksusy, władza i możliwość decydowania bardzo ludzi zmienia. To taki diabeł, który nas łechta, dowartościowuje, ale również ma to swoje drugie oblicze, przez które tracimy przyjaciół, pozbawiamy się radości życia, a przymusem staje się ubranie bluzki polo z koniem do klubu w Sopocie.

Myślałaś kiedyś może o swoim dzieciństwie w Żywcu, o szkole z inteatem i szukałaś w tamtejszej sobie jakichś elementów, które pchnęły cię do aktorstwa?MARIETA2

Myślę, że to w ogóle jest dość niezwykłe. Urodziłam się w górach, 12 lat grałam na skrzypcach. Mój tata był fizykiem jądrowym, zajmował się czwartym stanem skupienia, czyli plazmą, i był patentodawcą. Mama była nauczycielką. Niezły miks. A potem przeprowadziłam się do Łodzi i zdałam na rok do Jana Machulskiego. Mimo tego, że bardzo kocham muzykę klasyczną, to, że daje przestrzeń, harmonię i powiązanie z naturą, nie chciałam zostać muzykiem. Widziałeś taki film „Pianistka” Hannekego? Tak to właśnie jest. Temu idealnemu pięknu muzyki towarzyszy ciągła presja, egzaminy, konieczność bycia najlepszym. Potwoy stres. Z aktorstwem jest trochę inaczej. Nie jest poukładane. Można szukać inspiracji wszędzie i dać sobie dozę błędu. Taką otwartość na sytuację. Moim studentom często mówię, żeby się inspirowali wszystkim. Jeśli dostają rolę, czytają scenariusz, to niech szukają pomysłów wszędzie, niech rozwijają się intelektualnie do granic możliwości. A jak wyjdą na plan zdjęciowy, niech zapomną o wszystkim, oddają się intuicji i energii momentu. Nie możesz sobie roli wymyślić i ułożyć w głowie. Rola tworzy się wraz ze wszystkim ludźmi, którzy są na planie. Tworzy się razem z sytuacją, że nie macie czasu, że robi się film na wariata. To wszystko tworzy efekt końcowy. W teatrze jest inaczej. Masz trzy miesiące na to, żeby zrobić rolę w hermetycznym środowisku. Spotykasz się z reżyserem, z aktorami, z którymi pracujesz. W trzy miesiące jesteście w stanie do czegoś dochodzić. A im lepszego masz reżysera i aktorów, tym większą szansę, że to się uda.

Tego się nauczyłaś w filmówce czy to przyszło wraz z doświadczeniem?

Bardzo szybko zaczęłam pracować. Jak jeszcze studiowałam w Łodzi, to na trzecim roku dyrektor teatru wyciągnął mnie do pracy, więc mogłam spotkać się z Mariuszem Grzegorzkiem, który moim zdaniem jako twórca jest niezwykle ciekawy. Potrafi stworzyć swój świat i nadać mu wiele warstw. Od niego nauczyłam się, że świat nie jest taki jednowymiarowy. Nauczył mnie szukania czegoś innego, nieoczywistego, zaskakującego. Życie nas zawsze zaskakuje. Możemy sobie pisać scenariusze – dzisiaj spotkam się z Kubą, potem pójdę na obiad – a życie zrobi swoje. Myślę, że w filmie powinno być podobnie. Im więcej zaskakujących, nieoczywistych rzeczy, tym lepiej.

Czy to prawda, że wszystkim studentom łódzkiej filmówki przychodzi podczas studiów pracować w knajpach?

Nie, mi się to nie zdarzyło. Miałam to szczęście, że szybko wylądowałam w teatrze, a potem dostałam rolę w serialu, co mi dało finansowy oddech. A jeszcze potem przyszedł film. A może miałam to nieszczęście, że nie pracowałam w barach? Może to jest super doświadczenie? Wydaje mi się, że to olbrzymia skarbnica doświadczenia – spotykać ludzi, obserwować . To może być świetny prezent od losu. W barze masz czas na obserwację, możesz więcej zobaczyć. Ale z drugiej strony musisz pracować, więc może jednak nie masz tego czasu...

Chyba że jesteś jednocześnie studentem filmówki i robisz sobie szybkie notatki na serwetce.

Szybkie notatki do scenariusza. Ostatnio sobie siedziałam w jakiejś restauracji, piłam kawę i słuchałam co mówią obok. Pomyślałam: „Rany boskie, że ci scenarzyści nie piszą takich tekstów, jakie te dwie panie obok tutaj nadają”.

Może scenarzyści za rzadko wychodzą z domu?

Może. Często jest tak, że mamy w głowie takie klisze, którymi się posługujemy. Ja też je mam, staram się z nimi walczyć. Mamy je i narzucamy je na ludzi i sytuacje, zamiast pozwolić życiu płynąć i je obserwować. Stajemy się niewolnikami życia, narzucając wszystkiemu nasze ego. Jestem teraz na takim etapie, że staram się wycofać moje ego i po prostu istnieć. Po prostu przebywać, czerpać przyjemność z tego, że mogę tu siedzieć i pić kawę z tobą.

MARIETA3Co miałaś na egzaminach wstępnych?

Nie miałam takich historii z odcinaniem krawata albo „zaskocz komisję”. Nie musiałam grać zsiadłego mleka ani kamienia, tylko słyszałam te historie. Wydaje mi się, że to tylko naddawanie znaczenia tym egzaminom i potwierdzanie w ten sposób tezy, że tak trudno się do filmówki dostać. Wiesz czym się zdaje egzaminy do szkoły filmowej? Swoją prawdą. Elastycznością i umiejętnością dostosowania swojego ciała do emocji, do wydobywania ich z siebie. Na egzaminie mówiłam Fredrę, i to męski tekst ze „Świętoszka”. Mówiłam też tekst Wisławy Szymborskiej „Jestem tabletką na uspokojenie”. Takie wybory nastolatki. Mówiłam też kilka innych rzeczy, ale nie pamiętam już dokładnie. Miałam też piosenkę, do tekstu Osieckiej, „Czae perfumy”. W następnym etapie komisja daje już zadania aktorskie. Teksty potrzebne są na pierwszym etapie, potem są już małe etiudy. Komisja sprawdza jak jesteś elastyczny, jak pomysłowo potrafisz rozwiązać sytuację, jaki po prostu jesteś. No i jaki pan, taki kram, członkowie komisji wybierają według swoich gustów, a o gustach się nie dyskutuje. Mnie wybrał Jan Machulski. Pewnie gdzieś tam czuł, że będę w jakiś sposób predysponowana do tego zawodu.

Pytam o te rzeczy, bo szukam w tobie cały czas genezy tego aktorstwa. Teraz muszę siłą rzeczy spytać dlaczego zdecydowałaś się na Fredrę i Szymborską.

Wzięłam to na czuja, intuicją. Jak masz te kilkanaście lat, to nie kalkulujesz. A mnie nikt nie przygotowywał przecież do egzaminów. Ja po prostu zawsze chciałam być aktorką. Kontakt ze sceną, koncerty, to mi na pewno pomogło, ale gdzieś wewnętrznie czułam, że aktorstwo to moje miejsce. Czułam, że w tym będzie mi dobrze. A gdzie jest ta geneza? Może w tym, że z moim ojcem czytaliśmy dużo książek, wierszy. Dużo mi mówił, dużo sam recytował, oglądał ze mną dużo spektakli Teatru Telewizji. Oglądaliśmy też takie wieczoe programy z Bogusławem Kaczyńskim. Oglądaliśmy opery. Kontakt ze sztuką w moim domu był cały czas. A moja mama czytała ze mną – uważam to dzisiaj trochę za fiśnięcie mojej mamy – „Przewodnik operowy”. Każdego wieczora tylko na to czekałam. A wiesz, to nie są takie normalne bajki. Operetki to jeszcze, ale opery to już są przecież pełne tragicznych wydarzeń. Słuchałam tego w napięciu, jak przy najlepszych thrillerach. Rodzice czasami pozwalali nam oglądać „Miasteczko Twin Peaks” i przy „Przewodniku” tak samo się czułam. On otwierał ten niedozwolony, tajemny świat. Więc to wszystko chyba dzięki moim rodzicom. Chociaż mój tata obraził się na mnie kiedy dostałam się do szkoły filmowej. Obraził się, że nie zostałam muzykiem. 12 lat pracy ze skrzypcami na nic! Później oczywiście mu przeszło i mnie wspierał, ale jego pierwsza reakcja była właśnie taka. Zresztą do szkoły filmowej zdawałam po kryjomu...

Czyli masz jednak diabełka pod skórą.

Buntownika bardziej.

Fredro też nie jest taki znowu grzeczny.

Zdecydowanie. Jest nawet niegrzeczny.

Co czujesz jak wychodzisz na scenę? Światło, gorąc od reflektorów...?

Gorąc od reflektorów uwielbiam. Teraz mam to szczęście, że wszystkie spektakle, które gram, zaczynają się ode mnie. Ja zaczynam. Muszę skupić energię na temacie, na swojej postaci, żeby zacząć przedstawienie!

I co? Jak to wygląda? Wchodzisz na tę dziewiczą scenę, na której tego wieczora jeszcze nie było żadnego aktora. Są tam tylko elementy scenografii i rekwizyty. Publiczność czeka. I wchodzisz ty.

To jest mieszanka adrenaliny, radości, stresu, niewiadomego. Jak takie najgęstsze perfumy, które pachniałyby drewnem, benzyną, lasem, morzem, sopockim wiatrem, bo on jest specyficzny. To rodzaj napięcia, energetycznej kuli. Moment niewiadomego, który jest otwarciem, a jednocześnie panowaniem nad innymi. Wiesz, że teraz ty skupiasz na sobie ten moment uwagi, zaczynasz spektakl, magię. Uwielbiam to. W ogóle się nie denerwuję.

MARIETA4

A czego w tym zawodzie nie lubisz?

Ja bardzo lubię ten zawód.

Nie powiesz mi chyba, że jest idealny.

Najpierw powiem, że bardzo go lubię, jest moją pasją. Daje mi taką radość... Ostatnio Piotr Głowacki powiedział mi, że najpierw trzeba się cieszyć, mieć bazę do grania. A potem na tę bazę nakładać emocje negatywne albo pozytywne swojej postaci. A wiesz czego nie lubię? Kiedy po trzech godzinach na scenie, kiedy muszę zagrać dziewięcioletnią dziewczynkę, która jest duchem, funkcjonuje w dwóch światach, doświadcza ekstremalnych sytuacji, łez, płaczu, histerii, nie jestem w stanie potem w garderobie po prostu zmyć makijażu i zadowolona wrócić do mojego dziecka. Muszę godzinę albo dwie spacerować, żeby ze mnie to wszystko zeszło. Nie lubię tego, że przez stres moich postaci pewnie szybciej się starzeję, niż moje rówieśniczki. To bycie na scenie czy na planie to adrenalina na poziomie nieludzkim. Żeby przetworzyć emocje na siebie musisz uruchomić cały organizm, żeby funkcjonował jak twoja postać. Kiedy musisz zagrać emocje agresji, złości seryjnego mordercy, to musisz je gdzieś w sobie wytworzyć. Więc nie wiem czy tak fajnie by było, gdybyś grał psychopatów. To nie jest zawód bez kosztów. Nie ma nic za darmo. Ma swoje ciemne strony. Ekstremalne emocje w tobie zostają. Aktorzy mają różne sposoby na rozpuszczenie ich w sobie. Moim najlepszym jest bieganie – fizyczne zejście z tego. Albo długie spacery. Mam też takie swoje ćwiczenia medytacyjne, które mi rozluzowują całe ciało.

Po kilku rozmowach z aktorami zacząłem się zastanawiać, czy rozmawiałem z nimi, czy ze zlepkiem postaci, które grali.

Ostatnio ktoś mi zadał pytanie: „Marieta, co się z tobą dzieje?”. Zdziwiłam się. „Jesteś taka inna!”. A przygotowywałam się właśnie do filmu. Ta energia, to inne myślenie już się na mnie nałożyło jak płaszcz. Teraz wydaje mi się, że rozmawiasz ze mną, Marietą, ale gdybyśmy rozmawiali podczas zdjęć, to mogłabym się zupełnie inaczej zachowywać. Herbert kiedyś powiedział, że człowiek żyje zmianą. Super jest żyć zmianą. Są rzeczy, które nas pionizują i są niezmienne, jak prawa w testamencie, ale moim ostatnim odkryciem jest, że im więcej zmian w życiu, tym więcej zmian w nas. Każda rola to doświadczenie skompresowane w jakimś czasie. Ile więcej przeżyć jest w nas z każdą rolą? A jeszcze przecież mamy własne życia! Jestem zatem Marietą wraz ze zlepkiem moich postaci.

Jak się zmieniłaś jako aktorka po narodzinach córki?

W moim życiu wszystko się akurat w tamtym czasie wywróciło do góry nogami. Córka dała mi totalny luz do zawodu. Kiedyś zawód był moim dzieckiem. Kiedy szłam na plan zdjęciowy w kinie, teatrze czy serialu, to zawsze byłam oddana tym rolom bezgranicznie. Żyłam tylko nimi. A teraz granie jest dla mnie przygodą, szansą na spotkanie fascynujących ludzi, z czego może powstać magia, ale też nie musi. Paradoksalnie ta magia się wydarza, bo nie ma takiego ścisku i oczekiwania.

MARIETA5
Pomyślałem sobie, że skoro kreowanie roli polega na braniu różnych elementów z rzeczywistości i lepieniu ich ze sobą, to narodziny dziecka mogą spowodować, że kobieta będzie jeszcze bardziej chłonna na te wszystkie emocje.

Masz totalną rację. Robi się taka wielka, niestworzona przestrzeń, że czuję się lepsza, szczęśliwsza, mam większy power do tego zawodu i nie mam ograniczeń. Poród dla mnie był jednym z najpiękniejszych, najbardziej mistycznych wydarzeń, jakich można doświadczyć w życiu. Serio. To było coś niezwykłego. Pamiętam, że podczas porodu następuje taki moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że, cholera, nie możesz się już poddać. To ta chwila, kiedy już nie mogą zrobić cesarki i kobieta nie może odpuścić. A często właśnie wtedy kobiety się poddają. Jest więc ten moment, w którym jesteś pewnego rodzaju stwórcą. Rodzisz i od ciebie zależy, czy twoje dziecko przeżyje, czy nie.

Pierwszy moment, w którym matka jest naprawdę odpowiedzialna za dziecko.

Dokładnie. I wtedy wiesz, że nie ma już ucieczki. To już sprawa zbyt wielkiej wagi. To nie jest rola, która nie wyszła czy mandat za złe parkowanie. To jest nowe życie. Nie możesz skapitulować, powiedzieć: „Przepraszam, nie dam rady, do widzenia”. Jak się przejdzie ten moment, to dostaje się siłę do życia, do pracy, do wszystkiego. To wartościuje kobietę. Wyciąga na wierzch ukrytą siłę kobiecości.

Jako aktorka, a być może jeszcze jako studentka, pewnie wymarzyłaś sobie jakąś rolę, o której myślisz, że jest tobie przeznaczona, że byłabyś w niej idealna. Czy ta rola się zmieniła po narodzinach córki?

Mam tak z Isobel w „Lwie na ulicy”. To jest rola, która ewoluuje wraz ze mną od czasów studiów. Gram to już dziewiąty rok i, o dziwo, ludzie dalej chcą to oglądać i dalej jest full na widowni. To sukces całego zespołu. Myślę, że Isobel się zmieniła. Wszystko się zmieniło! Pamiętam pierwszy spektakl po narodzinach córki – miała chyba wtedy pięć czy sześć miesięcy. Była w pokoju teatralnym dla artystów, karmiłam ją jeszcze. Była takim cudem, życiem, które patrzyło na mnie i miało w oczach: „Mamo, nie idź, zostań, powinnaś być tu ze mną cały czas”. Była z nią tam moja mama. Wychodziłam na scenę i myślałam: „Jezu, jak mam zagrać teraz tę postać? Ja nie wiem! Jaką inną motywację mam teraz znaleźć dla tych decyzji mojej bohaterki jako matka, jako inna kobieta?”. Zadawałam sobie dużo pytań o to, jak mam ją zagrać, jak mam ją zmienić. I pewnie się zmieniła, ale to już widzowie muszą rozgryźć jak.

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA