Anywhere logo

Garść niepoprawnych politycznie refleksji o rodzicielstwie

2017-06-22
...
Mam dwójkę dzieci. syna i córkę. Oboje są dla mnie jednakowo ważni. Gdybym musiał sprzedać nerkę któregoś z nich, żeby spłacić kredyty, miałbym nie lada dylemat! (Jeżeli ten żart kogoś zniesmaczył, proszę nie czytać dalej. Dalej będzie tylko gorzej).

Moje dzieci są już duże. Jedno zaraz wyfrunie z gniazda, drugie jest nastolatkiem. Moim zdaniem zrobiłem je w optymalnym wieku. Po trzydziestce. Ojciec w tym wieku jest jeszcze na tyle młody, że może bez obciachu z własną córką i jej znajomymi bawić się na wspólnej imprezie. Jednocześnie jest już na tyle dojrzały, że na tej samej imprezie nie zorganizuje konkursu pod hasłem „Kto wypije najwięcej”.

Oczywiście można zrobić dzieciaka w wieku szesnastu lat i wtedy przed trzydziestką latorośl jest już odchowana. Znowu można imprezować. To bez wątpienia plus. Ale są też minusy. Odprowadzanie własnego dziecka do żłobka, aby potem zdążyć na klasówkę z polskiego, to marny pomysł. Kompletna dekoncentracja w szkole i w efekcie zaniżona średnia.

Można mieć też dziecko później. Wyszumieć się do osiemdziesiątki i wtedy zabrać się za przedłużanie gatunku. Tylko jak już te niedowidzące i przygłuche plemniki dotrą po roku do komórki jajowej i dziecko się urodzi, to zamiast grać w piłkę, dzieciak będzie się bawić z tatą w „ciepło-zimno, gdzie jest taty respirator?”. A umówmy się, dla dziecka to nudna zabawa.

Tak czy siak, uważam, że niezależnie od wieku, wychowanie jest piekielnie trudną sprawą. Bo nie widać od razu efektów. Wychowujesz, dopieszczasz, inwestujesz, a tu któregoś dnia twój osiemnastoletni syn wchodzi do domu i mówi, że Korwin-Mikke ma rację. A ty zastanawiasz się, gdzie popełniłeś błąd. Może za dużo na niego krzyczałeś w dzieciństwie? Może bez sensu siedział za karę w piwnicy? Może niepotrzebnie czytałeś mu do snu „Mein Kampf”. Nie wiesz. Nie pamiętasz. To było dawno.

W wychowywaniu syna i córki istnieją pewne różnice.

Synowie są nieskomplikowani. Dopóki nie zainteresują się seksem. Wcześniej ojcowie są dla nich idolami. Rozmowy o kosmosie, puszczanie latawców, wspólne sikanie do celu. Po pierwszym wkroczeniu syna w bajkowy świat onanizmu tatuś-idol zamienia się w tatusia-rywala. Zamykanie się w pokoju na klucz, dwugodzinne branie prysznica i późne powroty do domu oddalają dziecko od ojca. Oczywiście są tatusiowie, którzy próbują w tym momencie wkupić się w łaski: „Synu, jak będziesz chciał zaszaleć, daj znać. Pójdziemy na najlepsze panny w mieście. Ja stawiam. Tylko nie mów matce… Wiesz jak ona nie lubi, kiedy wracamy późno do domu”. A potem zostaje już tylko rywalizacja:

– Synu, zaraz zobaczysz, jaki będę miał czas na setkę kraulem.

– Tato, daj spokój, masz pięćdziesiąt dwa lata.

– Nie chrzań! Zmierzyłeś czas? Ile wyszło?

– Dwadzieścia sekund wolniej ode mnie!

– Synuś, gdyby nie ten grubas przede mną, byłbym szybszy. Dobra, teraz sztanga! Zaraz ci pokażę, gdzie raki zimują… O Jezu, moje serce!

I ojciec umiera na zawał. Syn staje się wtedy jedynym samcem w domu, a ojciec klasyczną ofiarą sztafety pokoleń.

Z córkami jest inaczej. Są bardziej skomplikowane. Na początku córeczki tatusia, przytulają się, siadają na kolanach. I nagle, tak około czternastych urodzin, wszystko się zmienia. Wracają ze szkoły, trzaskają drzwiami do swojego pokoju i koniec. A ty jesteś zdezorientowany.

– Kochanie, czy coś się stało?

– Zamknij drzwi!

– Może coś zjesz?

– Wyjdź!

– Zrobię naleśniki, chcesz?

– Jesteś żałosny!!!

I cisza na pół roku.

I tu nie chodzi o to, że coś źle zrobiłeś. Nic z tych rzeczy. Po prostu nagle jako ojciec przestajesz się liczyć. Jesteś starym zgredem i analogowym idiotą, który nie kuma skomplikowanych relacji na fejsie i snapczacie. Zaczynasz się czuć jak na rollercoasterze, ponieważ jednego dnia twoja córunia to delikatny motyl, a drugiego potwór z „Obcego”. I nie wiesz, czy do niej podejść z siatką na motyle, czy paralizatorem. W dodatku nie możesz się z nią porozumieć bez Google Translator, bo komunikuje się z tobą monosylabami: „yhy”, „o dżizasss”, „o boszzzz”. Aż pewnego ranka podczas jazdy samochodem nagle ni stąd, ni zowąd słodko zagaduje: „Tatuś?”. Ty w szoku gwałtownie hamujesz, ktoś wjeżdża ci w tyłek… i znowu na pół roku jesteś w jej oczach idiotą. Sfrustrowany wyjeżdżasz w Bieszczady i giniesz pożarty przez niedźwiedzia, stając się odwiecznym elementem łańcucha pokarmowego.

Żeby było jasne. To nie są przemyślenia sfrustrowanego papy. Jestem szczęśliwy, że mam dzieciaki i nie zamieniłbym ich na żadne Lamborghini (akurat tyle mnie przez te lata kosztowały). Chcę tylko nazwać rzeczy po imieniu. Żeby potem ktoś zainspirowany idyllicznymi zdjęciami Lewandowskich z ich Royal Baby nie mówił mi, że nie ostrzegałem.