REKLAMA
Anywhere logo

Grzegorz Kapla

Mateusz Damięcki: Pasja, która cię wybiera

2017-06-19
...
O tym, dlaczego trzeba odbierać każdy telefon, co się może zdarzyć, jeśli temperatura spadnie poniżej czterdziestu stopni i trochę o tym, po co warto żyć. Z Mateuszem Damięckim rozmawia Grzegorz Kapla.

Ufasz zbiegom okoliczności? Szansom, które podobno każdemu się mogą przytrafić, ale nie każdy będzie gotów, żeby z nich skorzystać?

Całe moje życie jest uzależnione od takich zbiegów okoliczności. Gdybym nie odebrał kiedyś jednego telefonu – i to w ostatnim momencie, bo dzwoniący już zamierzał zrezygnować, to był ostatni sygnał – to moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Odebrałem. Okazało się, że jakaś pani druga reżyser chce zobaczyć mnie na żywo. Widziała dotąd tylko moje zdjęcie w agencji. Zresztą to było jedno jedyne moje zdjęcie na tablicy pośród dwustu innych męskich zdjęć… Ja byłem wtedy jeszcze dzieckiem, właściwie może młodym mężczyzną, 17 lat miałem. Zobaczyła to zdjęcie i tylko dlatego, że zdążyłem podnieść słuchawkę, pojechałem na zdjęcia próbne do Moskwy. Wtedy zaczęła się moja fascynacja Rosją. I moja dorosła aktorska kariera.

Mówiłeś już wówczas po rosyjsku?

Nie. Znałem wtedy dwa słowa – "спасибо" i "га́лстук", to znaczy „dziękuję” i… „krawat”. No i mało tego, że to były tylko te dwa słowa, to jeszcze myliłem je w różnych sytuacjach. Ale po miesiącu pobytu na planie filmowym w Saraktasze, uralskiej wiosce pomiędzy Azją a Europą, udzieliłem po rosyjsku godzinnego wywiadu! Można powiedzieć, że nauczyłem się języka rosyjskiego w ciągu zaledwie 5 dni, kiedy nie mieliśmy zdjęć, bo na zewnątrz było ponad -40°C i kamera po prostu przestała pracować. Producent stwierdził, że nie ma czasu ani pieniędzy, żeby transportować nas do Moskwy, więc zostaliśmy na Uralu, zamknięci i odizolowani od świata w maleńkim hoteliku. Przez te pięć dni trzeba było sobie radzić. I wtedy się nauczyłem.

damiecki_4

Gorzej z czytaniem...

No tak, bukwy poznałem trzy lata temu, a jeżdżę do Rosji 20 lat. Dziś scenariusze powoli już czytam. Rosja jest moją pasją. Kiedy się ma 17 lat, człowiek jest otwarty na świat i chłonie wszystko, co go otacza, to musi wybrać jakiś temat, bo jeśli nie, to się w tym pogubi. Zresztą uważam, że to pasja wybiera ciebie, nie ty pasję. Rosją wybrała mnie.

Naprawdę ten czas nastoletni jest jedynym, kiedy człowiek tak chłonie świat?

Potem, z powodu różnych życiowych kwestii, jest trudniej. Zaczynają się studia, zaczyna się dorosłe życie. Nie wiem, na czym bym się skupił, gdyby nie ten jeden telefon. To przez niego nauczyłem się języka rosyjskiego, poznałem Rosjan, i mimo że jest to mało popularny pogląd, wciąż ich lubię.

Dlaczego mało popularny?

Bo kiedy słyszysz „rosyjski”, „Rosja”, to zawsze przechodzi cię jakiś dreszcz. Odczuwasz rodzaj niepokoju…

No tak. Żyjemy, pracujemy, chodzimy spać pod bokiem rosyjskiego niedźwiedzia, wszyscy mamy tego świadomość.

Gdybyśmy codziennie o tym myśleli, to byśmy zwariowali. Ja poskromiłem ten lęk, wyobrażenie na temat rosyjskiej bestii, kiedyś na dalekiej, najdalszej Północy. Gdzieś na lodołamaczu „Lenin” w porcie Murmańsk. Albo może w Magadanie, na Wschodzie, gdzie naprawdę wrony zawracają i bliżej do Japonii niż do jakiejkolwiek innego zamieszkałego lądu. Odkryłem, że nie taki diabeł straszny, kiedy już go poznamy. Klucz do odpowiedzi na pytanie, czym jest Rosja, stanowi język. Jeżeli poznasz język tego, kogo się boisz, odkrywasz, że rzeczywistość ma bardzo wiele twarzy.

Wydaje mi się, że lęk przed Rosją wynika z faktu, że demokracja się tam nie przyjmuje, w tej europejskiej wersji, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Ale dlaczego chcemy, żeby Rosja była taka, jak sobie ją wyobrażamy?

No właśnie. Natura, świat, zawsze dąży do pewnego rodzaju harmonii…

I różnorodności.

Dlatego z jednej strony zawsze będziemy mieli Stany Zjednoczone, a po drugiej zawsze będziemy mieli Rosję.

Skąd u ciebie zaangażowanie polityczne?

Nie jestem zaangażowany politycznie, jestem zaangażowany przede wszystkim społecznie. Jako człowiek, jako obywatel. Jestem dumny, że jestem obywatelem Polski, do momentu, kiedy mogę być Polakiem z otwartą przyłbicą i pełną odpowiedzialnością. Kiedy zaczyna mi być wstyd z jakiegoś powodu, to – jak każdy – mam prawo się wypowiedzieć, i to właśnie robię. Ale nie twierdzę, żeby to było zaangażowanie polityczne. Nie pisałem w moim wierszu o partiach politycznych, ale o tym, co mnie martwi w moim kraju. Wiersz każdy może interpretować po swojemu. Fantastyczne jest, że dzięki internetowi każdy może taką deklarację przeczytać. Ale każdy odczytuje ją przecież po swojemu. Nie to, co autor miał na myśli, tylko to, co chce w niej przeczytać sam. Odczułem ogromną potrzebę takiej ekspresji. Uległem jej. Napisałem, co napisałem, puściłem w świat i pojawiły się komentarze. Wiele osób życzyło mi śmierci. Chciały mnie powiesić na różnego rodzaju drzewach, co, biorąc pod uwagę zdeterminowane działanie pana ministra Szyszki, może być groźbą nie do spełnienia. Możemy się wypowiadać, więc korzystajmy z tego prawa.

damiecki_2

A z aktorstwem też tak jest jak z pokusą pisania, że musisz coś wypowiedzieć?

W aktorstwie – czy to przed kamerą, czy w teatrze – nie posługujemy się swoimi słowami. Możemy je interpretować na własną modłę, oczywiście przy zaangażowaniu reżysera, czy w ogóle wszystkich twórców danego przedsięwzięcia, ale mówimy słowa, które napisał ktoś inny. Mamy więc ograniczoną możliwość ekspresji.

Ale pytam o tę potrzebę, nie o możliwość ekspresji. Rozumiem, jak jest z potrzebą pisania, natomiast jak jest z aktorstwem?

Pisanie jest jednorazowe. Potem rzucasz to w przestrzeń i ma swoje życie... Z aktorstwem jest inaczej, bo jak gram przedstawienie 110 razy, to mimo tej prawdy, że każde przedstawienie jest inne, ponieważ za każdym razem przychodzi do nas inna publiczność, to w 90 proc. spektakl technicznie rzecz biorąc nie jest dla mnie tajemnicą… Jestem profesjonalistą i pracuję z profesjonalistami, ale daj Boże, żeby przedstawienie mimo wszystko, zawsze było takie samo. Ale te 10 proc. to możliwość dyskursu z widzem. Widz, zanim przyjdzie na przedstawienie, chce wiedzieć czego się spodziewać. Jeśli chce popłakać, idzie na tragedię, ale jeśli miał ciężki dzień w robocie, żona „zdzieliła go wałkiem”, kiedy wychodził z domu, to chciałby się rozerwać. I wtedy wie, że idzie na komedię.

A co decyduje o tym, jakie role wybierasz, a jakich nie?

Zacząłem pracować, kiedy miałem 5 lat. Wtedy, muszę przyznać, nie byłem za bardzo świadomy tego, co robię na scenie. W teatrze przy Sali Kongresowej graliśmy „Pastorałki”. Świadomie zacząłem pracować, kiedy miałem lat 10. Dziesięcioletnie dziecko jest nadal dzieckiem, ale to nie oznacza, że nie może poczuć odpowiedzialności za to, co robi. Pamiętam jak dziś, w przerwie zdjęć podeszła do mnie pani Anna Seniuk, która była później moją wspaniałą nauczycielką akademicką, i powiedziała: „Jeżeli się nie nauczysz tekstu, to będziemy robić bardzo dużo dubli. W związku z powyższym, może się okazać tak, że ja nie zdążę na samochód, który ma mnie odwieźć na pociąg, który z kolei ma mnie zawieźć do Warszawy, a wieczorem mam tam przedstawienie”. Wtedy zacząłem rozumieć swoje zadanie. Zdałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny, nie tylko za siebie, ale za innych. W pracy. Jako młody, mały, ale już aktor. I przez te lata – 26 lat – zawsze się zastanawiam: „Kurczę, co jest najważniejsze, żeby zrobić dobry film czy dobrą sztukę?”. I już wiem, że przede wszystkim chodzi o tekst, a dopiero później jest casting, czyli wybór aktorów. Bo najpierw trzeba mieć świetny materiał. Z niego może powstać – albo dobra rzecz, albo niedobra, bo nawet dobry materiał można schrzanić. W drugą stronę to tak nie działa. Aby ze złego tekstu zrobić coś dobrego, trzeba być geniuszem. Więc decyduje tekst. To, co zostało zapisane przez człowieka, który znał się na swojej robocie. Gdy pracowaliśmy nad „Onieginem” w Teatrze Studio, Krzysztof Stelmaszyk bardzo często powtarzał w czasie prób o jednym: Jjeżeli zaczniecie łamać genialny tekst Puszkina, tłumaczony przez Ważyka i Tuwima, to polegniecie. Jeżeli zaczniecie iść wbrew tekstowi, spotka was <<klątwa geniusza>>”.

Zrobi się z tego pastisz...

Nikt nie zrozumie, co miałeś na myśli, jeśli nie będziesz się trzymał metrum, napisanego przez człowieka, który jest od ciebie mądrzejszy. Tak jest w przypadku Mickiewicza, Słowackiego, i tak samo w przypadku Puszkina. Jeżeli zapominasz o tym, że człowiek, który to pisał, znajdował ogromną radość w zabawie rytmiczno-językowej i naprawdę zrobił to dobrze, jeżeli zaczynasz działać wbrew temu, to widz nie będzie miał zielonego pojęcia, co do niego mówisz. A te teksty są genialne. Grałem w „Kordianie”, grałem teksty Puszkina i czytałem w Akademii Teatralnej Mickiewicza na scenie i wiem, że to są teksty, których nie da się przecenić.

Sądzisz, że „Pan Tadeusz” przemówi do współczesnych Polaków?

Żyjemy w niezwykłych czasach postmodernizmu, który zaskakuje mnie za każdym razem. Dla mnie Puszkin był zaskoczeniem. Na początku ktoś powiedział, że to będzie ramota, bo my w takich prawie prywatnych kostiumach staliśmy na scenie, przed stuosobową publicznością, utworzoną razem ze sceną gdzieś na foyer na jednym z poziomów Pałacu Kultury. Ktoś mówi: „Nie, tego nie będzie się dało oglądać. Tekst? Sam tekst?”. I okazało się, że zaczęły przychodzić tłumy hipsterów. Byliśmy pewni, że w pierwszych rzędach będą siedziały starsze panie i będą zasypiały w trakcie spektaklu nie ze złej woli, tylko z monotonii tekstu. Tymczasem poszło zupełnie inaczej!

To miłosna historia, do bólu organiczna. Na każdego z nas to jakoś czeka, będzie czekało, spotka, spotkało...

Ale tak samo jest z „Panem Tadeuszem”. Jak dasz sobie czas, żeby chwilę odpocząć od tempa życia w naszym świecie. Jeśli wchodzisz w ten rytm, w tę żyłę, i płyniesz z prądem, to nie masz na to czasu.

damiecki_3

Na trzynastozgłoskowiec...

Nie, nie masz. Ale jeśli w tym momencie sięgasz do „Pana Tadeusza”, zdajesz sobie sprawę, że masz ogromną przyjemność. Ten tekst nie jest ci potrzebny na później. Że ten tekst jest ci potrzebny tu i teraz, żeby przez chwilę odpocząć, żeby się przenieść w inne miejsce. Dlaczego tak bardzo wszyscy stawiamy na tego Prousta cały czas?

Bo jest nowocześniejszy?

Ale każdy z nas to robił. Każdy musi zaliczyć”"W poszukiwaniu straconego czasu”, „zamykać oczy i czuć ten zapach”! Ale spróbuj Mickiewicza w którymkolwiek momencie: mówisz: „Dobra, zaczynam tutaj: <> albo <>”. I zobaczysz, jaka jest tam melodia, tam jest dźwięk, tam jest zapach, tam jest smak, tam jest wszystko.

Powinieneś być ambasadorem polszczyzny, a jesteś ambasadorem ONZ.

Tak, jestem ambasadorem ONZ, ale w pewnym sensie polszczyzny też, ponieważ, siłą rzeczy, nie będę mówił o jakichś agendach zagranicznych, bo każdy kraj, który należy do ONZ, w ramach globalnych problemów ma swoje własne problemy.

A to też był taki telefon jak ten z tą sławną rolą?

Nie stałem w kolejce do bycia ambasadorem ONZ. Zapytano, czy nie zechciałbym się zaangażować w dobrej sprawie ochrony środowiska. Wydało mi się to słuszne, ponieważ zawsze lepiej działa się w grupie niż w pojedynkę. Poza tym to naturalne uzupełnienie działań, które o lat podejmuję, właśnie na rzecz spraw, o których mówią Zrównoważone Cele Rozwoju ONZ. Propozycja wsparcia ONZ pojawiła się w czasie, gdy miała miejsce premiera „Mapy ginącego świata” – czteroodcinkowej serii dokumentalnej, której jestem gospodarzem, poświęconej ochronie zagrożonych gatunków fauny i flory. Byliśmy z ekipą filmową na Sri Lance, w Kenii, na Madagaskarze i w Wietnamie. Nakręciliśmy materiał, który pokazuje wstrząsające zjawiska, rujnujące całe ekosystemy. Chcieliśmy przybliżyć widzom tak egzotyczne i – wydawać by się mogło – abstrakcyjne z naszej polskiej perspektywy tematy jak mafijny niemal system zabijania słoni, by pozyskać kość słoniową, czy maltretowanie niedźwiedzi księżycowych, by pobrać żółć z ich woreczka żółciowego i wątroby z powodu rzekomych właściwości leczniczych. Jaki to ma związek z nami, Polakami? Ma, i to duży, bo to my jesteśmy konsumentami dóbr, których produkcja napędza dramatyczną i nieodwracalną degradację środowiska naturalnego. Dlatego, choć są to odległe miejsca, trzeba sobie uświadomić, że nasze wybory mają ogromne znaczenie. Możemy przykładać do tego rękę lub wręcz przeciwnie – pomagać ratować przyrodę, póki jeszcze można ją ocalić. Chcę ludziom uświadamiać, że człowiek i natura to jeden wielki połączony organizm. Że jeśli wyrządzimy szkodę w jednym miejscu, jej konsekwencje, prędzej czy później, spadną na nas. Na tym właśnie polega moje ambasadorowanie przy ONZ Global Compact.

Petycje a propos kosmetyków krążą, ale nie odniosą skutku. Musielibyśmy przestać używać kosmetyków, a to jest utopia.

Nie, nie, to nie jest tak. Zawsze mamy wybór. Możesz pojechać na jedną z dwóch ulic, które w stolicy proponują elementy wystroju wnętrz. Wszyscy z Warszawy wiedzą, o które ulice chodzi. Załóżmy, że chcesz kupić piękną, drewnianą podłogę. Bez najmniejszych problemów dostaniesz tam klepkę czy deski z palisandru albo hebanowca, prawda? Zanim jednak kupisz rzadkie drewno egzotyczne, żeby się pochwalić przed znajomymi, zadaj sobie pytanie – skąd ono się wzięło i czy warto? Drzewo dalbergii, które kupujesz w formie klepki albo listwy, rosło na Madagaskarze ponad tysiąc lat! I kiedy taka górująca nad pozostałymi drzewami dalbergia zostaje ścięta, to w promieniu kilkuset metrów kwadratowych wszystko ginie z powodu intensywnej ekspozycji na słońce – kolejne partie lasu dosłownie wysychają, odsłaniając coraz niższe partie dżungli, aż do dna, do samej ziemi. Tak umierają całe ekosystemy, tak umierają płuca świata. Najłatwiej jest powiedzieć – to nie moja sprawa, przecież to nie ja ściąłem to drzewo, ale jest dokładnie na odwrót. To ja, kupując to drewno, przykładam rękę do wymierania roślin i zwierząt. A skala tego zjawiska na Madagaskarze, co widziałem na własne oczy, jest zatrważająca. Dlatego trzeba ludziom uświadamiać, że ich wybór naprawdę wiele znaczy. Można kupić równie piękne i trwałe polskie drewno z legalnych źródeł i ocalić resztki tropikalnych lasów, które są płucami naszej planety i domem dla często unikalnych gatunków fauny i flory.

Ale jeżeli przestaniemy ścinać drzewa na Sumatrze, to ileś tam tysięcy ludzi straci wtedy pracę i czym się wtedy zajmą? To nie jest takie łatwe.

No i właśnie w naszych filmach odpowiadamy też na takie pytania. Co stanie się z tymi ludźmi i co zrobić, żeby mieli pracę i nie umarli z głodu. To oczywiście nie jest proste, ale jest możliwe.

Będą kolejne filmy?

Tak, mamy kolejne pomysły. Mówię o sobie, reżyserce Marcie Kądzieli i producencie Radku Niziołku – grupie osób, z którymi od kilku lat współpracuję. To nie jest walka z wiatrakami. I znajdziemy widownię, choć w dzisiejszym świecie odbiorca jest bardzo wymagający. Pamiętamy o tym i przygotowujemy produkt naprawdę atrakcyjny i niczego nie robimy na „odwal się”. Tylko wtedy ludzie będą chcieli nas oglądać i przy okazji nauczą się czegoś o świecie i o samych sobie. Taką mamy ambicję.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA