REKLAMA
Anywhere logo

Filipińczycy i ich geniusz

2017-06-17
...
Dla angielskiego fotografa Richarda Rigby’ego Filipiny były krainą pełną tajemnic. W swoim domu w Amsterdamie długo zastanawiał się, jak tamtejsza ludność była w stanie reagować z taką godnością i niezłomnością na potężne klęski i katastrofy, które wielokrotnie nawiedzały jej kraj.

Po lekturze książki Thomasa Grahama pt. „Geniusz biednych”poświęconej Filipinom ciekawość Richarda była już nie do opanowania, szybko więc spakował swoje rzeczy i wyruszył w trzytygodniową podróż, nie myśląc przy tym o ani jednej atrakcji turystycznej. Zamiast nich wolał zobaczyć wielkomiejskie slumsy oraz położone z dala od metropolii rolnicze osady. Wszystko po to, by jak najlepiej zrozumieć, co czyni Filipińczyków tak niezwykłą nacją. Oto kilka z wielu niezwykłych historii, których wysłuchał.

filipiny_1 

Wódz De La Cruz, 60 lat, Zambales

„Pewnego popołudnia wyczuliśmy w powietrzu obrzydliwy odór i zaczęliśmy się droczyć – kto puścił ten wiatr? A stało się to, gdy niebo ogarnął deszcz pyłu, a rzeki zaczęły parować. Po krótkim czasie zrozumieliśmy, że doszło do erupcji wulkanu.”

W wyniku tej katastrofy wioska Yangil straciła wszystko, również najważniejsze zabytki, będące ucieleśnieniem kultury tworzonej przez zamieszkujące ją plemię. Dopiero po kilku latach życia w ośrodkach ewakuacyjnych społeczność osady powoli zaczęła powracać w swoje rodzinne strony, aby zacząć wszystko od nowa. „Przedtem byliśmy całkowicie samowystarczalni, bo w miesiącach letnich gromadziliśmy zapasy na cały rok. Po wybuchu gleba utraciła swoją żyzność, przez co nie mogliśmy już produkować niczego.” Ratunkiem dla plemienia ma być formuła przedsiębiorstwa społecznego. Ostatnio społeczność Yangilu nawiązała współpracę z organizacją MAD (Make A Difference), w wyniku czego wioskę odwiedzają turyści w ramach „zanurzania się” w kulturze Filipin. „Cudzoziemcy wydają się zainteresowani naszym sposobem życia, naszą muzyką, jedzeniem, a nawet faktem, że wciąż polujemy z użyciem łuków i strzał” – tłumaczy De La Cruz. Z racji, że goście wymagają punktualności, wódz po raz pierwszy w życiu zdecydował się kupić nowoczesny zegarek na rękę. „Mam go zdjąć do fotografii?” – pyta. I choć początkowo miałem nadzieję na zrobienie idealnie „egzotycznego” zdjęcia, niechętnie odparłem De La Cruzowi, by zostawił zegarek na ręce. Skoro plemię Yangil poszło z duchem czasu, to i ja muszę.

Bernard, 33 lata, Sagay City

„Wiem, że łowienie ryb za pomocą dynamitu to coś złego, ale perspektywa pozostawienia mojej żony i dzieci bez środków do życia wydawała mi się jeszcze gorsza.”

Spodziewałem się, że Bernard uzasadni mi swoją decyzję o rezygnacji z tego „biznesu” obawą o wyniszczenie linii brzegowej – sam pewnie obrałbym taki tok rozumowania. Ale jego motywy były znacznie bardziej osobiste. „Na połowy wypływał ze mną mój kuzyn. Pewnego dnia podpłynął zbyt blisko dynamitu. Wybuch w ułamku sekundy pozbawił go twarzy i jednej nogi. Zmarł niedługo potem na łodzi, gdy próbowaliśmy przedostać go na wybrzeże. Miał 17 lat.” Poznałem Bernarda niedługo po przyjeździe do Sagay City, był naszym przewodnikiem. Potem w jakiś cudowny sposób napotykałem go w najróżniejszych miejscach: najpierw jako właściciela niewielkiego sklepu całodobowego, potem jako kierowcę wózka trójkołowego, a wieczorami niemal we wszystkich barach karaoke, które odwiedziłem. Tu trzeba dodać, że Bernard chlubi się mianem mistrza karaoke Sagay City 2009. Blizny na jego twarzy wiele mówią o trudnej przeszłości, ale błysk w oku wskazuje, że jego przyszłość może rysować się w jaśniejszych barwach. Ostatniego dnia zabiera mnie do wioski Gawad Kalinga, którą nazywa teraz swoim domem, po „500 godzinach harówki”, czyli budowania domu. „Niedawno się wprowadziliśmy” – mówi z wielką dumą, pokazując mi 30 metrów kwadratowych jasno pomalowanego pomieszczenia z wysokim sufitem. Na razie całe wyposażenie domu to mały stół przy oknie. „Teraz musimy pooszczędzać, żeby dorobić drugie piętro, tak żeby dzieci miały osobny pokój do spania.” 

filipiny_2

Junalyn, 19 lat, Bohol

„Nigdy nie zamykamy drzwi, dzięki czemu możemy dzielić się tym, co mamy.”

„Byłam w domu i śpiewałam, gdy ziemia zaczęła się gwałtownie trząść. Nie było czasu na myślenie, po prostu wzięłam mojego 4-letniego kuzyna i schowaliśmy się pod stołem, przykrywałam go swoim ciałem. Okna trzasnęły i po chwili moje nogi były mocno poranione. Wołaliśmy o pomoc i nagle wyciągnął mnie mój ojciec. Wtedy runął dach i usłyszeliśmy, że mamy uciekać.” Rodzinna wioska Junalyn znajdowała się w epicentrum potężnego, niszczycielskiego trzęsienia ziemi, którego siła wyniosła 6,4 w skali Richtera. Niecałe dwa miesiące później, ledwie po tym, jak mieszkańcy zaczęli odbudowywać swoje życie, to samo miejsce nawiedziła kolejna potężna katastrofa. Tym razem był to tajfun Yolanda. Od tamtego wydarzenia minęło dwa i pół roku. Dziś siedzimy przed jednym z jaskrawo pomalowanych budynków wybudowanych przez wolontariuszy, a Junalyn opowiada mi historię o odrodzeniu: „Ludzie z różnych środowisk pomogli nam odbudować naszą społeczność, w duchu bayanihan (filipińskie określenie solidarności – red.). Dziś mamy solidne, kolorowe domy. Nie zamykamy drzwi, by dzielić się tym wszystkim, co mamy. Obecnie szkolę się do zawodu nauczycielki, ponieważ chcę uczyć nasze dzieci, że jeśli utrzymamy naszą wiarę, razem możemy przezwyciężyć każdą niedolę”. Tego samego wieczoru rodzina Junalyn ugościła mnie na kolacji, dała mi największe łóżko i przyjęła w swoim domu jak bliskiego krewnego. Czy sam potrafiłbym potraktować u siebie kogoś zupełnie obcego z taką samą bezwarunkową miłością?

Tekst Richard Rigby (tłum. Paweł Durkiewicz)

Zdjęcia Richard Rigby

Galeria zdjęć


REKLAMA