Anywhere logo

Aleksandra Budka

Igor Herbut: Czarne pudełko z emocją

2017-06-12
...
Gdy pytam go o Grzegorza Ciechowskiego, nie podejrzewam jeszcze, jak wielką jest dla niego inspiracją. Z rozpędu porównuję ich do siebie i nie żałuję swoich słów. Igor Herbut na najnowszej płycie śpiewa o przerażeniu w miłości, mijaniu się, wahaniu, euforii i beznadziei, w końcu o śmierci. Czy ociera się o wrażliwość swojego mistrza? Jego wrażliwość budują także Pollock, łemkowskie serce, podróże i nieustanny rozwój. Album „Tu” zespołu LemON włącza emocje. Liczę, że ta rozmowa także.

Moje postrzeganie sztuki zmieniło się w momencie, gdy poznałam Jacksona Pollocka. Jakiś czas później biorę do ręki wasz nowy album „Tu” i widzę utwór „Pollock” właśnie. I już wiem, że to będzie moja piosenka.

To był deszczowy wieczór w Nowym Jorku, gdzie trochę strudzony moimi demonami i zmaganiami, poszedłem do MoMy (The Museum Of Modern Art – przyp. red.) A tam, wiadomo - Picasso, Warhol, Dali. Szukałem inspiracji i myślałem, że napiszę o tym, jak obraz Dalego odbijał się w oczach pewnej pięknej Indianki. Ale zobaczyłem „Numer 1” Pollocka i on mnie zabrał… Nigdy nie rozumiałem tego, jak ludzie mogą stać przed obrazem kilkadziesiąt minut i po prostu się na niego gapić. Nie rozumiałem tego do momentu, kiedy sam stanąłem przed Pollockiem. Nie ruszałem się, patrzyłem na ten chaos i barwy, czytałem, jak powstał obraz - Jackson stał na płótnie, szusował farbami, wręcz tańczył i tym żył. Ten taniec szamana był podszyty ogromnym warsztatem i świadomością. Każdy kolor, każdy ruch i każdy rozbryzg miały sens. Ten kontrolowany chaos stworzył w mojej głowie coś, czego nigdy wcześniej nie czułem. Zadzwoniłem do studia dwie przecznice dalej. Wielkie okna, fortepian, deszczowa, nowojorska ulica i utwór został po prostu „wypluty” w dwadzieścia minut. Wróciłem do Warszawy, spotkałem się z chłopakami, pokazałem obraz, opowiedziałem im tę historię i razem stworzyliśmy coś, co słyszysz.

Czy ta „pollockowa” technika kontrolowanego chaosu istnieje także w komponowaniu muzyki?

Tworząc tę płytę postawiliśmy na to, że gramy ją na setkę, więc zamykamy się w studiu i po prostu gramy numer od początku do końca. Pozwoliliśmy sobie na trochę więcej - dłuższe, instrumentalne solówki, open-formę i na ten przypadek, na to coś, czego szukamy. Kiedy ktoś gra solówkę, to cały band idzie z nim, bądź nie i to też jest bardzo ciekawe. Myślę, że to jest bardzo mocno zbudowane emocją i po prostu chwilą. I tego szukamy w muzyce. Wydaje mi się, że bardziej to znaleźliśmy niż był taki zamiar. Przypadek jest bardzo często pozytywnym zaskoczeniem.

lemon_1

Mówisz, że jesteś smutny, pozwalasz sobie na ten smutek. A żyjemy w społeczeństwie zaprogramowanym na optymizm.

Nie chciałbym robić z siebie smutasa, bo nie o to chodzi. Jestem melancholijnym gościem i nie potrafię inspirować się radością, pozytywnymi rzeczami, jak chociażby wiosną. Jak będę umiał to robić, to przyjdę do ciebie i powiem - mam to!

Mnie denerwuje, gdy ludzie każą mi się uśmiechać. Tak jakby uśmiechanie się i szczęście było społecznym nakazem.

Szczęście każdy ma gdzie indziej. Ja mam je w rozwoju, kiedy mogę robić muzykę ze świetnym bandem, bo bez nich nie ma LemON. Często nie musimy ze sobą rozmawiać, chociaż gadamy dużo, siadamy do numeru i po prostu to gdzieś wypływa, to jest. Nam chodzi mocno o rozwój. Ta nowa płyta dla niektórych jest naszą pierwszą, dla wielu być może jesteśmy debiutantami. Na nasze koncerty przychodzą teraz inni słuchacze. A fani, którzy już nas znają, też w jakiś sposób się z nami rozwijają. Oczywiście, zdarzają się ludzie, dla których płyta „Tu" jest totalnie bez sensu.

A może jest bluźnierstwem przeciwko staremu LemON?

To nie tak. Mamy świadomość tego, co zrobiliśmy, a ja niczego się nie wstydzę. Więc nie powiem, że tamto jest złe, a dopiero teraz jest dobrze.

Jednak w obliczu nowej płyty i nowej trasy „Scarlett” traci znaczenie.

Tworząc tę płytę, ustaliliśmy koncepcję i zrobiliśmy to po raz pierwszy. Zamknęliśmy się w pudełku. Jego lewa strona to był Beskid Niski, tam żyliśmy razem jako band. Prawa to industrial, czyli Nowy Jork, tam powstawały teksty. Nastąpiła pewna wolta, ale nie jest to bluźnierstwo i odcinanie się od tego, co było, bo mamy świadomość skąd jesteśmy. Ta płyta jest bardziej intymna, tak jak i trasa, podczas której graliśmy prawie wyłącznie płytę „Tu”. I oczywiście na pierwszych koncertach ludzie krzyczeli – „Scarlett, Scarlett!”. Powiedziałem jasno - nie to chcemy wam dać. To nie jest jakaś megalomania, tylko pewna rozmowa między słuchaczami, a nami. Jeżeli chcesz dostać to, co mamy do przekazania i do powiedzenia, to wspaniale. Spróbuj z nami w to wejść, zrozumieć.

Zaufaj nam.

Na pewno też. Zresztą z tym zaufaniem jest tak, że pomimo różnych skrajnych decyzji, może błędów, mamy dość duży kredyt zaufania od słuchaczy, więc to nas bardzo cieszy.

Wielokrotnie już zostało powiedziane, że smutne piosenki pisze się dużo łatwiej, dużo szybciej. Ale czy śpiewanie ich na koncertach to rozgrzebywanie ran?

Aby być prawdziwym, musisz te bebechy wyciągnąć na wierzch. I może to przeżywanie z powrotem tego, o czym się pisało, ale jest w tym prawda. Ja na ostatnich koncertach po prostu odjechałem. W „Ostatnim walcu” czy „Pollocku” właśnie - nie było mnie. Wiem, że ta energia w ludziach też mocno się rozpaliła. Przy tej płycie i trasie trochę też o to chodziło. Żeby ten ciężar rozłożyć na wszystkich. No i chodziło o tę intymność.

LemON_okladka

Czy rozmawianie o intymności w muzyce nie jest zbyt intymne?

Dlatego trudno rozmawiać o muzyce. Zappa powiedział kiedyś, że to tak, jakby tańczyć o architekturze i miał rację. Dlatego koncert traktuję właśnie jak rozmowę między słuchaczami a muzykami, bo my też przeżywamy na nowo numery. To nie rozdrapywanie ran. Szukamy siebie, interpretujemy nawzajem, chociaż sam nie chciałbym tego robić. Często mam zamknięte oczy, z różnych powodów. Jest to forma obrony, ale też forma głębszego wejścia w muzykę. Zdarzało się jednak tak, że śpiewałem coś dla mnie ważnego i zaobserwowałem, że ktoś mnie rozumie. Pamiętam starszą parę trzymającą się za ręce, ich miłość była aż widoczna fizycznie. Ale obok widziałem gościa, który był zaryczany. To bardzo do mnie wraca. Zatykam się i myślę. Wtedy właśnie zamykam oczy.

Co jest blizną po skomponowanej smutnej piosence?

Smutna piosenka jest blizną. Nikt by mi nie uwierzył, gdybym powiedział, że nie piszę o swoim życiu. Trzeba być więc prawdziwym i pisać o rzeczach ważnych. Na płycie „Tu” poruszamy różne tematy. Przede wszystkim traktuje ona o niemożności komunikacji. Pomiędzy kobietą a mężczyzną, tak jak w utworze „Tu”, w którym masz jasno wyrażoną klaustrofobiczność wspólnego mieszkania. Ale w drugim numerze „Myśl” ta koncepcja jest rozszerzona – pojawia się społeczeństwo i nasze poglądy.

Na dobrą sprawę bycie muzykiem oznacza emocjonalną destrukcję.

Nie zawsze. Każdy muzyk ma może dwie, a może i kilka osobowości. My piszemy o tym, co nas otacza i o tym, jacy jesteśmy. Każdy czerpie z czegoś innego. Jest wielu artystów bardziej poukładanych w głowie ode mnie, a piszą przepiękne emocjonalne teksty o miłości i uczuciach. To na pewno talent.

W takim razie muzyki słuchać trzeba czy należy?

Trzeba i należy. Żyjemy w czasach, kiedy nam się nie chce i wolimy przesłuchiwać płyty, a nie ich słuchać.

Wybiórczo.

Bardzo. Za pomocą streamingu wybieramy jeden numer i często oceniamy band lub cały dorobek poprzez singiel czy jakąś historię. Żeby w muzykę wejść i ją zrozumieć, trzeba popełnić trud. Sama nazwa naszego zespołu - LemON - to nie cytryna. „Lem” znaczy „tylko”, „on” – „włącz”. „Tylko włącz”. Więc o to chodzi, żeby właśnie w tym ferworze walk i biegu, nie wiem, za czym, za monetą…

Za szczęściem?

Może… Tak, jak mówiłem, szczęście jest różne. I niepojęte. Więc w tym biegu fajnie byłoby złapać oddech na to, żeby posłuchać tej płyty. Album to jest jedna rzecz - spójne myśli, nieprzespane noce, wiele historii, to droga. I bardzo by mi zależało, żeby ten człowiek wziął płytę, posłuchał jej i wtedy wyraził opinię. Jeżeli to nie jest dla ciebie – w porządku. Dzięki, że znalazłeś czas, żeby to zrobić. Jeśli jest to dla ciebie, to super, witaj. Ale często jest też tak, że na nasze koncerty przychodzą ludzie, którzy nas nie znają albo usłyszeli cokolwiek i mówią: „nie wiedziałem, że tak gracie”. I to jest super. To nas bardzo cieszy i pozwala robić to dalej, bo jeszcze długa droga przed nami.

Skoro padło już nazwisko Pollocka, to ja próbuję znaleźć artystów, których mogłabym postawić gdzieś w twoich okolicach. Może Grzegorz Ciechowski?

Jest dla mnie jednocześnie wspaniały i niedościgniony. To jak pisał, jak przekazywał muzykę jest dużą inspiracją. Gdyby tak chociaż odrobinę się do niego zbliżyć… Do tego, jak myślał i jaki miał warsztat – to byłoby piękne.

lemon_2

Jesteś trochę do niego podobny i nie mam na myśli twojej fizjonomii. Ocierasz się o jego wrażliwość i katastrofizm w tekstach.

Rozmawiałem nie raz z ludźmi, którzy z nim pracowali lub przyjaźnili się. Zresztą książka „Lunatycy” towarzyszyła nam przy powstawaniu płyty. Kocham jego wrażliwość i to, co robił.

„Co jeśli jest tak, że właśnie wszyscy umieramy w tej chwili” – myślę, że Grzegorz mógłby to napisać.

Nie wiem, czy mógłby. Ten utwór powstał po wypadku samochodowym. Podczas jazdy, kiedy sunęliśmy po śliskiej powierzchni pod TIR-a, miałem wrażenie, że czas zwolnił na tyle, że mógłbym wyjść z samochodu i go obejść. To uczucie rozszerzyłem do tej myśli: ,,Co jeśli jest tak, że właśnie wszyscy umieramy w tej chwili, a czas tak zwolnił, że obecnie przeżywamy ten moment, w którym całe życie przelatuje nam przed oczami?”. „Full Moon” to fajny numer. Riff jest Piotrka „Rubensa” Rubika, naszego gitarzysty. Mocno pędzi w zwrotce i chociaż metrum się nie zmienia, to zmienia się czas. I wydaje się, że razem z tym tekstem wszystko zwalnia.

Wydajesz się ogromnym introwertykiem, choć na scenie ukazuje się ekstrawertyk. Skąd ta skrajność?

Nie lubię szufladek i gradacji, jestem, jaki jestem. Nie chciałbym się do nikogo dopasowywać i naginać. Robię wiele błędów, pewnie ciężko się ze mną pracuje. A z drugiej strony jak chcę, to potrafię. Jestem dziwny. Ale jestem w tym prawdziwy. Kocham scenę, tam jestem sobą.

Czy to właśnie na niej jest „tu” Igora Herbuta?

Nasze „tu” krążyło gdzieś przy łemkowskiej chacie, po Nowym Jorku i studiu CUSTOM34, a także we wcześniejszym graniu, które również miało na nas wpływ. Gdzie jest moje „tu”? Chciałbym wierzyć, że będę się nad tym zastanawiał cały czas. Będę go szukał, sprawiał ludziom przyjemność i dobro muzyką. To dla mnie ważne, żebym nie zwariował, może dla kogoś też takie będzie? Może znajdzie w tym siebie? Może zechce spróbować to poznać?

Co zostanie, jeśli, tak jak śpiewasz, „właśnie wszyscy umieramy w tej chwili”?

Nie wiem, co zostanie. Einstein powiedział, że czwarta wojna światowa będzie na patyki i kamienie. Nie chciałbym więc, żebyśmy dążyli do autodestrukcji, a do rozwoju. Brakuje nam rozwoju i tolerancji.

Zawsze pozostanie też muzyka.

Mam taką nadzieję.

Zdjęcia: Zuza Krajewska

Galeria zdjęć