REKLAMA
Anywhere logo

Nawet największe koksy płaczą

2017-06-14
...
Kleszcza i Dino wiele różni, ale łączą ich co najmniej dwa wspólne albumy. Najnowszy, zatytułowany „Cyrk na QŁQ”, kontynuuje psychodeliczną podróż, która rozpoczęła się na debiutanckim krążku, ale jednocześnie pokazuje nowe oblicze duetu. Dla nas Kleszcz i Dino opowiadają o pracy nad albumem, makijażu i zastanawiają się, czy Kleszcz jest romantykiem.

„Cyrk na QŁQ” to wasza druga wspólna płyta. To już nie przelewki. Rynek się już do was przyzwyczaił. A wy do niego? Nic was nie dziwi?

Dino: Na początku nie zakładaliśmy, że w ogóle coś się stanie. Zaczęliśmy robić muzykę, bo ja byłem zajarany wokalami Kleszcza, a on był zajarany moimi podkładami. Zrobiliśmy jeden czy dwa kawałki dla testu, żeby sprawdzić, jak nam się będzie współpracowało. I nagle mieliśmy pierwszą płytę. A potem drugą.

Kleszcz: Cały czas dzieją się nowe rzeczy, w większości niespodziewane. Nie liczyliśmy na to, że wydamy płytę i nagle, jak za pstryknięciem włącznika światła w pokoju nasze życie się zmieni, więc w tym przypadku nie dostaliśmy niczym w twarz. Uczymy się rynku. Z boku wszystko wygląda inaczej, a teraz powoli się w niego wtapiamy.

kleszcz_dino_1

Mam wrażenie, że przy waszym debiucie odbiorcy nie byli do końca na was przygotowani. Teraz są chyba bardziej chłonni.

Kleszcz: Zdecydowanie. Druga płyta jest bardziej uniwersalna – tak została skonstruowana przez melodie, przez różnorodność utworów. Ale swoją obecność zaznaczyliśmy pierwszym albumem, więc teraz jest łatwiej. Przetarliśmy jakieś szlaki, ludzie nas kojarzą.

Przed dwoma laty przywitaliście słuchaczy psychodelicznym zaskoczeniem. Teraz spodziewali się oni kontynuacji tej stylistyki, a tymczasem album jest bardziej różnorodny.

Kleszcz: Nowy album jest bardziej kolorowy. Pierwsza płyta na pewno była utrzymana w bardziej mrocznym klimacie, ale wydaje mi się, że w obu przypadkach udało nam się utrzymać tę baśniowo-bajkową konwencję. To, że jest więcej koloru w melodiach, że nie ma tyle tego mroku, chyba nie jest minusem. Wszystko zweryfikuje czas, ale czuję, że jesteśmy na dobrej drodze. Po odbiorze, komentarzach, ilości wyświetleń wydaje mi się, że ludziom się podoba. Na pewno znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że po drugiej płycie spodziewali się totalnego mroku. Ale nie chcieliśmy tak robić, bo w zasadzie czemu mielibyśmy robić drugi krążek dokładnie takim samym schematem jak pierwszy? Wzięliśmy więc go na czuja. Wyszło bardziej uniwersalnie. To nie był celowy zabieg.

Dino: W każdym razie zależało nam na utrzymaniu indywidualności. Nie chcieliśmy, żeby „Cyrk na QŁQ” był taką samą płytą jak reszta płyt na rynku. Chcieliśmy być inni. Jak wcześniej sugerowaliśmy się psychiatrykiem, mrocznymi szpitalami i tego typu zdjęciami, tak teraz wyobrażaliśmy sobie szalony cyrk.

Kleszcz: Nie przebranżowiliśmy się, nie zrobiliśmy zwrotu o 180 stopni. Cyrk jest bardziej kolorowy od psychiatryka, więc na płycie też to słychać. Dzięki temu możemy trafić do większego grona słuchaczy. To jednak wyszło samo z siebie. Pracujemy w taki sposób, że tworzymy bazę utworów, a potem ją przesiewamy na podstawie tego, co nam pasuje do koncepcji. Czasami podpowiedzą nam chłopaki z MaxFlo, ale zawsze mniej więcej wiemy, co chcielibyśmy zrobić.

Projekt tej płyty zaczyna się od skojarzeń graficznych – poprzednio psychiatryk, teraz jakiś odjechany, chory cyrk. Początek zawsze jest taki?

Dino: Tak. W ten sposób powstaje ogólny koncept. Wyobrażamy sobie różne rzeczy, czasami siedzimy i opowiadamy sobie różne pomysły na klipy albo inne rzeczy, które mamy w głowach. Przez jakiś czas rysowaliśmy je sobie nawet na kartkach. Kiedy mamy jakiś pomysł, który obaj uznajemy za fajny, to kierujemy się nim również pod kątem muzyki i wokali. Nie ma jednak standardowego sposobu tworzenia. Czasami jest pomysł, potem powstaje muzyka i na końcu Kleszcz dopisuje swoje partie, ale mamy też na płycie jeden numer, „Ziemski teatr”, do którego najpierw Łukasz Palutek nagrał gitarę, potem Kleszcz dopisał swoje zwrotki, a mój podkład powstał na końcu.

Kleszcz: Siedzieliśmy z Palutkiem na jam session i stwierdziliśmy, że zrobimy razem coś fajnego. Przez bite pięć godzin wymyślaliśmy melodie i jaraliśmy się, że mamy to. Byliśmy pewni, że to jest owoc dzisiejszego spotkania, miałem już nawet gotowe jakieś pół zwrotki, a Palutek poukładał naprawdę faje riffki. Ale nie. „Ziemski teatr” powstał w 10 minut, na pełnym spontanie, na sam koniec spotkania. Palutek zagrał coś i nagle wiedziałem, że to jest to. Napisałem od razu pierwszą zwrotkę. Resztę tekstu pisałem przez tydzień. Tak to jest – przez kilka godzin myśleliśmy, że właśnie coś zrobiliśmy, ale dopiero ostatnie 10 minut postawiło kropkę nad „i”.

kleszcz_dino_2

Zaczyna się zatem od wizualizacji. Aspekt wizualny waszej twórczości jest bardzo ważny – grafiki i teledyski są dopracowane, a sami również macie zdecydowany i charakterystyczny image sceniczny. Nie boicie się, że słuchacze będą mieli wrażenie, że wizualia idą przed muzyką?

Kleszcz: Przerost formy nad treścią? Nie wiem, co sobie ludzie pomyślą. Dla mnie ważne jest to, jak to wszystko u nas powstało. A wizualizacje powstały później, po muzyce. Kiedy robiliśmy klip do „Czary Mary”, pomalowany miał być inny ziomek, ale skończyło się na tym, że to ja miałem makijaż. Miała to być jednorazowa sytuacja, ale spodobało się nam i zobaczyliśmy, że działa, pobudza, przyciąga uwagę. Traktuję to też jako formę artyzmu, przez którą wyrażamy siebie. Kiedy idziemy w makijażu ulicą, ludzie udają, że nic się nie dzieje. To zabawne.

Dino: Wszyscy starają się mieć poważne miny. Patrzymy na nich, a oni udają, że nas nie widzą. Za wszelką cenę chcą utrzymać powagę.

Kleszcz: Mijasz typa, patrzy na ciebie, niby jest okej, ale po kącikach jego ust widać, że stara się zachować poważną minę.

Dino: Malowanie twarzy to nie jest ani zła rzecz, ani nic nowego. Makijaż jest po prostu dołączony do muzyki, a nie muzyka do makijażu. Nie chodzimy tak na co dzień.

Kleszcz: To też sprawia, że ludzie dają się porwać. Mamy takich fanów, którzy mają pozytywną korbę, na koncerty przychodzą pomalowani, przebrani. To mega sprawa. Wczoraj na spotkanie przyszedł koleś-słoń. Przebrał się w jakąś piżamę w słonia, na czole miał trąbę. Jak widzisz coś takiego, to dostajesz w ryj pozytywną energię i bardzo fajnie się nakręcasz.

Wasza nowa płyta nazywa się „Cyrk na QŁQ”. Czemu na jednym „kółku”?

Kleszcz: Metafora dotyczy nośnika. Wyobraź sobie, że tym kółkiem jest płyta CD. Możesz też zrobić krok dalej i stwierdzić, że cyrkiem jest planeta Ziemia. My jesteśmy cyrkiem, planeta jest kółkiem. Muzyka jest cyrkiem, płyta jest kółkiem.

Powiedzieliście na początku, że „Cyrk na QŁQ” konstruowaliście z większej puli utworów. Ile ich tam było?

Dino: W tym przypadku było ich 17 lub 18.

Dlaczego zatem odpadły te, które odpadły?

Kleszcz: One nie były złe, ale wspólnie stwierdziliśmy, że nie do końca pasują do koncepcji. Jeśli chcieliśmy zachować ciągłość i spójność konwencji, to musieliśmy z kilku zrezygnować. Chłopaki z MaxFlo też zasugerowali, żebyśmy z niektórymi rzeczami poczekali. Przy pierwszej płycie było tak samo – na albumie było 16 pozycji, a łącznie mieliśmy ich 21. Nie ma co upychać na siłę. Lepiej wybrać te bardziej konkretne rzeczy. Przypuszczam, że przyjdzie dzień, w którym wypuścimy jakąś mocno limitowaną EP-kę albo wpuścimy te nagrania w sieć.

Wróćmy jeszcze do płyty. Może to mylne wrażenie, ale wydaje mi się, że w tych pozornie wesołych tekstach słyszę między wierszami jakiś ukryty romantyzm i dekadencję.

Dino: Przecież Kleszcz to romantyk. To chyba widać.

Kleszcz: Cieszę się, że tak to odbierasz. Przypuszczam, że słuchając tego samego numeru, ktoś inny mógłby wyciągnąć inne wnioski. Faktycznie lubię się czasem zatrzymać i pomyśleć, i nie ukrywam, że jest to widoczne na płycie. Jest ten dekadentyzm, bo przecież kurde, on nas dotyka.

kleszcz_dino_3

„Ziemski teatr” nie jest skocznym i pogodnym tekstem. „Bajka o kolorach” jest niby śmieszna i wesoła, ale morał z Babą Jagą jest nieco gorzki. Nawet „Żyletą tą” przecież traktuje o miłości.

Kleszcz: No tak, stary, przecież nasze życie się kręci wokół miłości. Mogłem teraz pierdzieć o cukrowej różowej wacie, ale chciałem ugryźć to inaczej. Chcąc nie chcąc, zawsze o to zahaczysz – czy chodzi o miłość do swojej drugiej połówki, czy do swojej pasji... A to, że dodatkowo gniecie cię jeszcze rzeczywistość, powoduje takie, a nie inne emocje. Wszystko leci z serducha.

Czy to się nie kłóci z waszym wizerunkiem?

Kleszcz: Mam to w dupie. Lubię ten wizerunek. Może by się to wszystko kłóciło, gdybym wyskakiwał z tortu z balonami napompowanymi helem i rapował, że fajnie jest na łące. Ale tak nie jest.

Więc jak to jest, czy Kleszcz jest romantykiem?

Dino: Oczywiście, przecież to słychać.

To może być poza. W życiu prywatnym pod makijażem może być przecież cynicznym sukinkotem.

Dino: Kleszcz to głaz, który nie daje po sobie nic poznać. I na płycie to słychać.

Kleszcz: Wszyscy jesteśmy romantyczni. Nawet największe koksy płaczą. Masz gościa dwa na dwa, a on nawet muchy nie skrzywdzi. Pytanie o to, jak bardzo się z tym uzewnętrznisz. Ja się z tym nie obnoszę, ale jeśli pytasz, czy jestem romantykiem, to odpowiadam: jestem, bo każdy po części jest.

Galeria zdjęć


REKLAMA