REKLAMA
Anywhere logo

Mateusz Borek: Mecze Premier League i musicale na West Endzie

2017-05-15
...
Jest niewielu polskich dziennikarzy sportowych, którzy sami stali się gwiazdami. A najbardziej rozpoznawalną z nich jest Mateusz Borek, człowiek instytucja, który zaczynał od gry na skrzypcach i zebrał od życia kilka piątek w plecy, które pozwoliły mu na dojście do miejsca, w którym jest teraz.

Jak wyglądały twoje sportowe początki? Kiedy na WF-ie kapitanowie wybierali drużyny, to Mateusz Borek był do nich wybierany od razu?

Był. Albo był kapitanem.

Czyli na WF-ie prymus?

Gorzej było z zachowaniem, ale jeśli chodzi o WF, to zawsze było dobrze. W podstawówce byłem w reprezentacji szkoły w nożną, ręczną, koszykówkę, badminton, szachy i łyżwy. Często spędzałem czas u babci, która mieszkała 200 metrów od lodowiska, więc na tym lodzie człowiek spędzał po 7 – 8 godzin. Zresztą hokej to był chyba pierwszy sport, nawet przed piłką, który mnie inspirował. Jeszcze te słynne transmisje trzecich tercji Pucharu Izwiestii z niezapomnianym Stefanem Rzeszotem przed mikrofonem... A my, oprócz tego, że spędzaliśmy dużo czasu na lodowisku, to jeszcze sami je wylewaliśmy pod blokiem. Prowadziło się węża z drugiego piętra, potem się rodzice denerwowali, że duże rachunki za wodę. Gdzieś załatwialiśmy bramki, siatki, i oprócz tego, co robiliśmy na treningu, graliśmy w hokeja do późnych godzin wieczornych. W Dębicy było co robić zimą. Ale tego talentu było trochę za mało na zawodowy sport.

borek_4

Ale próbowałeś? Myślałeś w ogóle o tym?

Myślałem. Chyba gdzieś w ósmej klasie podstawówki pojechaliśmy na turniej międzyszkolny i trafiliśmy na drużynę opartą już na konkretnym klubie sportowym. To było pierwsze doświadczenie wielkiego boiska. Wydawało się nam wtedy, że jesteśmy dobrzy, że umiemy, że potrafimy, bo w jakiejś wewnętrznej rywalizacji radziliśmy sobie bardzo dobrze. Dostaliśmy „piątkę” od tej drużyny i zrozumiałem, że już nawet w wieku 14-15 lat ludzie, którzy już trenowali od lat 5 w normalnych warunkach po 8 – 10 razy w tygodniu, uciekli nam daleko. Sport zawsze był obecny w moim życiu, kochałem go, był pierwszą pasją, ale nigdy nie byłem człowiekiem skoncentrowanym wyłącznie na sporcie. W domu była walka – moich rodziców sport kompletnie nie pasjonował. Oglądali mecze czy wielkie wydarzenia tylko przy okazji Mistrzostw Świata czy Igrzysk Olimpijskich i występów Polaków. Tata miał ambicję, żebym był muzykiem. To było jego niespełnione marzenie. Pamiętam dziś, że był mecz 8. grupy III ligi – Wisłoka Dębica – Piotrcovia Piotrków Trybunalski. Warunkiem zgody rodziców na pójście na mecz była moja obecność na egzaminie w szkole muzycznej dwie godziny wcześniej. Niestety okazało się, że mam dobry słuch, zdałem i musiałem do tej szkoły przez wiele lat chodzić. Oczywiście polubiłem to, zwiedziłem pół świata, bo potem miałem przez kilka lat przygodę z dużym zespołem folklorystycznym, sponsorowanym wtedy przez Kombinat Rolno-Przemysłowy Igloopol. Naszym szefem był Edward Brzostowski, wtedy nota bene prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, który miał dobre układy z Pagartem, więc wzorem Mazowsza czy Śląska jeździliśmy na wielkie festiwale zagraniczne. Z miesięcznego tournée po Francji przywoziłem 300 dolarów, a moja mama jako szefowa hotelu zarabiała 10 marek miesięcznie. Jako 16-17 letni chłopak przez miesiąc koncertów zarabiałem dwie roczne pensje mojej mamy. Takie były realia.

Rodzicom mogło się zatem podobać muzykowanie syna. Grałeś na instrumencie czy śpiewałeś?

Grałem na skrzypcach. Do 19. roku życia. Wtedy złożyłem je w futerale, bo nie czułem tego. Dla mnie była to fajna przygoda, rozszerzenie mojej wiedzy, wrażliwości, poznanie innego środowiska. Ale pojechałem kiedyś na koncert Yehudiego Menuhina czy Grappellego i zrozumiałem w trzeciej minucie, że nigdy nie będę instrumentalistą na najwyższym poziomie.

Czyli kolejna „piątka” w plecy?

Czyli kolejna piątka w plecy. Muzyka mnie jednak dużo nauczyła. Kiedy ktoś mówi przy stole nazwisko „Mahler” czy „Bartók”, to nie zastanawiam się, w którym klubie on gra, tylko wiem, o co chodzi i potrafiłbym sobie zwizualizować muzykę, o której mowa. Potem pojawiły się inne pasje: kino, teatr, literatura, bo mój tata był przez kilka lat dyrektorem Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Jeździłem więc na wszystkie przedstawienia, na festiwale. W zasadzie dziś też mam taką przypadłość, że jak nie pójdę raz, dwa razy w miesiącu do teatru, to czuję takie odmóżdżenie.

Jak właściwie nazywa się twój zawód? Dziennikarz? Komentator?

Chyba dziennikarz sportowy... Zawsze mówiłem, że jestem skromnym reporterem z Dębicy. Można powiedzieć, że komentator sportowy to ten najwyższy poziom w radio czy telewizji. W gazecie rozumienie funkcji komentatora ma nieco inną semantykę, ale jeśli chodzi o komentatora telewizyjnego czy sportowego, to uważam, że to najwyższe stadium zawodowe. Jesteś na stanowisku, słyszysz w słuchawkach: „pięć, cztery, trzy, dwa, jeden” i za chwilę zostajesz sam z dźwiękiem trybun. Od ciebie zależy, w jaki sposób jako dobry narrator zbudujesz tę historię. Natomiast dziennikarz jest pojęciem szerszym. Zawsze dobrze się czułem w roli reportera. Od tego zaczynałem. Zawsze kręciło mnie robienie dłuższych form telewizyjnych. Kiedyś, jak jeszcze pracowałem w Canal+, praktycznie każdego grudnia i stycznia wyjeżdżałem na kilka tygodni – Belgia, Francja, Niemcy Holandia – i spotykałem się z polskimi zawodnikami. Już wtedy, w latach 90-tych poprzedniego stulecia, starałem się ich pokazać z trochę innej strony. Bardzo mi odpowiadała rola newsmana. Pełniłem ją przez lata w „Przeglądzie Sportowym” i innych gazetach. Myślę, że od dłuższego czasu mogę się też uważać za moderatora, bo jednak tych dużych, publicystycznych programów studyjnych poprowadziłem już w swoim życiu kilka tysięcy. Do tego dochodzą duże studia, czy przy okazji meczów, czy przy okazji wielkich walk bokserskich i MMA. Zostałem w dziennikarstwie wychowany tak, że przeszedłem przez wszystkie stadia. 

Bardzo często ludziom wydaje się, że komentowanie meczu to po pierwsze bułka z masłem, a po drugie, że to jest fantastyczna robota. Przyjeżdżasz sobie pod stadion, wchodzisz, przybijasz piąteczki, witasz się z piłkarzami, z trenerami, z działaczami, wchodzisz na wyznaczone miejsce, zakładasz słuchawki, masz kawkę... Zaczyna się mecz, oglądasz, opowiadasz o tym, co widzisz i dobrze się bawisz. Ja się założę, że to nie jest taka prosta sprawa. Więc jak to wygląda od początku, od momentu, w którym dowiadujesz się, że będziesz komentował mecz Polska – Niemcy?

Akurat trafiłeś na takiego rozmówcę, w którego przypadku zgadza się wszystko co zawarłeś w tej tezie, której chciałeś, żebym zaprzeczył. Mnie mój zawód bawi. Przychodzę do pracy pobawić się słowem i fajnie spędzić czas w miejscu, które mnie kręci, do którego i tak bym przyszedł, tylko musiałbym zapłacić za bilet.

I pewnie byś tyle nie mówił w trakcie meczu.

Tak. Moja mama zawsze mówi, że raz w miesiącu powinienem na kolanach iść do Częstochowy podziękować za to, że robię to, co kocham. Wielu ludzi na świecie chodzi do pracy tylko dlatego, że są odpowiedzialni za swoją rodzinę, że chcą ich utrzymać... Ja przychodzę... nawet ciężko mi powiedzieć, że do pracy. Zaczynam dzień od poczytania kilku stron, które mnie interesują, wykonuję parę telefonów do ludzi z mojego środowiska. Potem zwykle idę porobić coś dla siebie. To nie jest tak, że dowiaduję się, że będę komentował mecz Polska – Niemcy i nagle zaczynam się przygotowywać. Jeśli komentator na pewnym poziomie musi przygotowywać się od początku do meczu Polska – Niemcy albo do meczu Ligi Mistrzów, to nigdy nie powinien wykonywać tego zawodu.

borek_3

Komentator powinien być na bieżąco.

W zasadzie przed meczem myślisz tylko, na czym się skoncentrować, co jest w tym rozdaniu niestandardowego, kto może zagrać na której pozycji, co taki wariant taktyczny albo personalny może zmienić w strategii trenera... To na pewno nie jest czas, żeby zajmować się generaliami, uczyć twarzy piłkarzy, których za chwilę masz komentować. Na najwyższym poziomie każdy normalny, dojrzały komentator praktycznie nie potrzebowałby numerów zawodników na plecach i byłby w stanie zawsze powiedzieć, kto do kogo zagrywa piłkę.

Chociażby po sylwetce.

Chociażby. Każdy inaczej się rusza, każdy inaczej biega, jeden jest bardziej zgarbiony, drugi odchylony. 

Pomagają też dziwne fryzury piłkarzy.

Albo buty. W dniu meczowym jest też moment na ułożenie sobie tego w głowie. Ja zawsze duży nacisk stawiałem na higienę życia podczas turnieju czy przed ważną transmisją. Nie mówię, żeby robić to samo, co piłkarze, ale staram się dzień przed takim meczem dobrze zjeść, dobrze się wyspać, wstać rano, zrobić coś dla siebie, poćwiczyć, przejść na spacer, zjeść fajny obiadek. Potem obowiązkowo drzemka, bo mam to z domu, że codziennie muszę spać po obiedzie. Jak nie śpię, to jestem zmęczony. Mimo że czasami pracuję po 18-20 godzin, to wolę 45 minut przespać się po obiedzie i wrócić na kolejne godziny, niż tak ciągnąć dzień. Potem o 17 czy 18 małe ciasteczko, kaweczka i wychodzę na stadion uśmiechnięty, naładowany energią.

Komentatorzy chyba nie mają takiego problemu jak piłkarze, że kiedy kończy się kariera (chociaż u komentatorów może ona trwać bardzo długo), to nie ma co ze sobą zrobić?

Wiesz co, ponieważ jedną z moich szkół, które kończyłem, była amerykańska Wyższa Szkoła Biznesu w Nowym Sączu, więc szybko mnie nauczono pojęcia dywersyfikacja portfela. 

Ale nie skończyłeś tej szkoły, prawda?

Nie skończyłem, bo to była droga szkoła. To była szkoła, która powodowała, że moi rodzice – bardzo bogaci intelektualnie, ale niezbyt zasobni finansowo – musieli sobie wszystkiego odmawiać, żebym do niej chodził. To był też trochę czas głupot, młodzieńczego buntu. To nie jest tak, że miałem złe oceny. Miałem dobre, tylko trochę za bardzo kochałem życie, miałem dużo nieobecności i po jednej czy drugiej ostrej wymianie zdań z rodzicami wyjechałem do Londynu. Pracowałem trochę fizycznie w kuchni hotelu Plaza na skrzyżowaniu Oxford Bridge Street. Dwa razy w tygodniu uciekałem przed Immigration, bo nie było tak jak dzisiaj, że Polak mógł sobie pojechać do Wielkiej Brytanii i pracować. Ale po pół roku siadłem sobie w ciszy w mieszkaniu na King’s Cross, gdzie mieszkałem z kilkoma Polakami. Oni mieli często proste cele – żeby dotrwać do 28. roku życia, żeby ich już nie ścigało wojsko. Przy jakiejś dobrej balladzie Iggy’ego Popa pomyślałem – co ja tu robię? Miałem predyspozycje do wykonywania dobrze paru rzeczy, dobrze się uczyłem, więc co tu robię? Wróciłem do Polski, zacząłem następną uczelnię i wszystko się zaczęło. Bardzo szybko wyjechałem z Dębicy – w wieku 19 lat. Pracowałem na początku w branży consultingowej w Price Waterhouse, potem w nieruchomościach. Musiałem zarobić trochę pieniędzy, żeby móc zacząć bawić się w dziennikarstwo. Dopiero jak człowiek zaczął pracować w tym zawodzie z pieniędzy uzbieranych w innych pracach, to dostał pierwszy kontrakt i wtedy można się było stuprocentowo skoncentrować na swojej pasji, która zamieniła się automatycznie w pracę.haha

Tam w Londynie Mateusz Borek narodził się po raz drugi?

Nie. To był bardziej Mateusz Borek, który zrozumiał, że ciężko robić coś, czego się nie kocha. Bo człowiek się męczy. Nawet jak zarabiałeś w funtach i mogłeś sobie pozwolić, żeby wpaść na mecz Premier League. Ja akurat wydawałem wszystkie pieniądze na mecze i musicale na West Endzie. 

I wciąż, codziennie musiałeś iść na zmywak.

Tak. Na początku zmywak, potem stałem się już asystentem kucharza i miałem szansę kroić warzywa, ale to wciąż nie było urzeczywistnienie moich marzeń. Trochę na to czekałem, ale potem bardzo szybko dotarłem potem na szczyt. Może dzięki temu, że Polsat otwierał nowe kanały sportowe. Dostałem propozycję przejścia z Canal+. W zasadzie nie dyskutowałem o pieniądzach, tylko zadałem dwa pytania – czy będę robił mecze Polaków na mundialu i czy zobaczę finał. Jak otrzymałem odpowiedź pozytywną, to błyskawicznie podpisałem umowę. Kiedyś sobie wyobrażałem, że wielkim sukcesem i spełnieniem będzie dla mnie, jak przed czterdziestką uda mi się skomentować mecz Mistrzostw Świata, a tutaj nagle w 1998 roku komentowałem Mundial we Francji, mając 25 lat. Na turniej do Azji pojechałem – i zrobiłem jego finał – w wieku lat 28. Potem usiadłem na trybunie w Yokohamie po finale i zastanawiałem się – co dalej? Wtedy wpadł mi w ręce ten wywiad z Zidanem, który mówił, że nie jest problemem gdzieś dojść. Problemem jest utrzymać się, nie spaść, bo masz więcej do stracenia i zyskania. Opowiadając o mistrzostwie świata Francuzów w 1998 roku, zwrócił uwagę na to, że mentalnie, mistrzostwo europy dwa lata później kosztowało zespół 10 razy więcej, bo oni do Mistrzostw Europy przystępowali już jako mistrz świata, który musi się obronić i jeszcze raz pokazać swoją sportową wartość. Więc tak naprawdę jeśli zdobywasz jakiś poziom, szacunek kibiców, to chodzi o to, żeby nie spadać. A wiadomo, że młodzież będzie się pojawiać, że będą zdolne jednostki i jak któregoś dnia zrozumiem, że jest dużo lepszych ode mnie, że coś się we mnie wypaliło, coś skończyło, że nie mam już tej iskry i że mnie to nie bawi, to sam pewnie spakuję torbę i powiem „dziękuję”. Na razie bardziej starałem się skoncentrować na tym, że żeby sobie zapewnić w życiu inne źródła utrzymania, zbudować kilka alternatywnych miejsc, które będą mi przynosić pieniądze, a najmniej o kasie rozmawiam w swojej pracy. Jeśli zapytacie kogoś z Polsatu, to wam powiedzą, że Mati praktycznie przez 17 lat nie przyszedł po podwyżkę. Ba ja to lubię, bo ja to kocham, bo to mnie nakręca, bo to mi daje jakiś życiowy drive, bo może to mi pozwala zachować dłużej taką chłopięcość. Zawsze mówię, że to jest zawód fajny dla chłopców, nie dla mężczyzn, bo jednak to jest życie na walizkach, od wydarzenia sportowego do wydarzenia, to jest non stop poznawanie ludzi. Bardzo często wielu kolegów w moim wieku, z którymi byłem na studiach czy w szkole, jest już zdecydowanie poważniejszych, ułożonych. No bo za 6 lat będę miał lat 50, a w głowie wciąż jest 18.

Wróćmy do twojej rodzinnej Dębicy. Nigdy tam nie byłem, a kojarzy mi się z motoryzacją.

Szkoda, że nie byłeś, bo to piękne miasto. Zawsze rodzili się tam ambitni ludzie, chociażby Krzysztof Penderecki – najwybitniejszy dębiczanin. Do mojego liceum chodził Tadeusz Łomnicki. Zawsze był u nas duży, dobry sport, czy boks, czy zapasy. Wielu mistrzów, wielu medalistów Mistrzostw Świata, Mistrzostw Europy, Igrzysk Olimpijskich. Była piłka na dobrym poziomie, była siatkówka na niezłym poziomie, był kiedyś hokej drugoligowy, dwa zespoły folklorystyczne, duży ruch, powiedziałbym, taki amatorski, artystyczny. Na czterdziestotysięczne miasteczko to całkiem nieźle. Kiedyś był wielki biznes państwowy: Wytwórnia Urządzeń Chłodniczych, Stomil Dębica, który robił opony i Kombinat Rolno-Przemysłowy Igloopol. Dzisiaj jest dużo dużych firm, prywatny biznes i miasto się fajnie rozwija. Nawet tam miałem okazję wpaść dwa tygodnie temu.

Właśnie, Dębica kojarzy mi się z oponami, opony mi się kojarzą z motoryzacją. Ty, kiedy wybierasz sobie auto, zwracasz uwagę na to, żeby dało się na przykład napchać do bagażnika dużo sprzętu sportowego?

Tak, ja lubię auta. Dla mnie samochód jest zawsze też taką przenośną szafą.

borek_2

No właśnie. Jesteś cały czas w trasie, więc musisz mieć zawsze wszystko ze sobą.

Nie mam już dzisiaj fazy na sportowe auta, na ściganie się, kabriolety. Bardziej SUV czy większe limuzyny, bo jednak jak otworzysz bagażnik mojego BMW, to znajdziesz kilka par butów, i eleganckich, i normalnych, i sportowych. Jest tam piłka, są garnitury i rzeczy sportowe, są książki i skarby kibica, są notatki z wielu meczów. Bagażnik jest naprawdę cały zajęty i jego pojemność jest dzisiaj ważnym dla mnie kryterium wyboru samochodu.

A co oprócz pojemności bagażnika? Za tobą stoi BMW. Czarne, ładne. Podoba ci się?

Tak. BMW generalnie podoba mi się od dawna. Jak ci powiedziałem, że stawiam w życiu na prawdę, to moja historia z BMW Zdunek to potwierdza. Nie było tak, że agent Mateusza Borka szukał partnera i BMW Zdunek się zgłosiło. Historia była przypadkowa. Jechałem przez Warszawę swoim BMW. Swoim, nie ich. Miałem wtedy taką fazę, żeby auto okleić matem, zrobiłem sobie czarne felgi. Auto wyglądało generalnie dobrze. 

Szpan.

Rzucało się w oczy. Tak, taki trochę szpan młodzieńczy. Miałem wtedy ciemne szyby, bo nie było jeszcze tego przepisu, że może być tylko ileś tam procent zaciemnienia szyb. I nagle jedzie po mojej prawej stronie inne BMW i ktoś mi pokazuje, żebym otworzył szybę. Otwieram. Facet mnie poznał i zapytał, czy mój. Odpowiadam, że tak. Przedstawił się, powiedział, kim jest i zapytał, czy mógłbym zjechać na pobocze. To był Tadeusz Zdunek. Poszliśmy sobie więc na małą kawę i zapytał, czy bym nie chciał z nim tutaj popracować, związać się jakąś szerszą, fajną, dłuższą współpracą. To było naturalne.

Dobrze jest mieć dobry samochód.

Ja sam i tak swoje pieniądze na to wydawałem, a przy okazji coś fajnego mi się przytrafiło. Zrobiliśmy ze sobą parę fajnych rzeczy, lubimy się, szanujemy, trwa to od kilku lat. Co roku praktycznie na jeden telefon dogadujemy się na przedłużenie umowy, bo obie strony są z tej współpracy zadowolone. W swoim życiu, nawet kiedy uczestniczę w projektach biznesowych, bo sporo pracuję także jako konferansjer, robię tylko te rzeczy, gdzie czuję ludzi, czuję firmę i mam szansę się w tym sprawdzić i zrobić to dobrze. Miałem wiele takich projektów, gdzie proponowano mi bardzo dobre pieniądze, ale nie miałem do nich przekonania. W takich przypadkach po prostu odmawiam, bo uważam, że czasami trzeba na to, na co naprawdę czekasz, poczekać dłużej. Wcześniej czy później przyjdzie. Tak, jak nie chcę się męczyć na co dzień, tak nie chcę się męczyć w pracy i w żadnym projekcie, w którym uczestniczę.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA