REKLAMA
Anywhere logo

Dziewczyna nie stąd

2016-10-07
...
Temperaturę mamy prawie jak w Saint-Tropez… +28 stopni w słońcu! Biegnę zdyszany na spotkanie z Aleksandrą Kędzierską-Fontaine, moja bohaterka już na mnie czeka, cicho podśpiewuje. Na początku widzę jej rozwiane blond włosy. W ręcznie tkanej, ażurowej, wielokolorowej sukni wygląda jak kobieca emanacja wolności. Autorka „Dziewczyny z walizką”.

Co pani śpiewa?

„Czarodziejkę nie stąd”!  Kompozytor filmowy  Marek Kuczyński napisał muzykę. Najpierw powstał singiel i teledysk – we Francji jest już znany, promujemy go także tutaj, nad Wisłą. Do końca roku chcemy zrealizować cały muzyczny album: po francusku, angielsku i po polsku – to będzie europejska płyta, pełna emocji, miłości, przyjaźni, z silnym erotycznym ładunkiem. Ale najpierw zostanie wydana książka „Dziewczyna z walizką”. Czuję się trochę dziwnie, bo od szesnastu lat nie byłam w Polsce tak długo jak teraz!

To sentyment czy potrzeba powrotu w rodzinne strony?

Zostawiłam tu, w Sopocie, mamę, brata, ojczyma.  Najzwyczajniej, po ludzku tęsknię za nimi. Czuję potrzebę, by ich zobaczyć od czasu do czasu. Mam też w Polsce paru znajomych i przyjaciół.

Copyright_Fontaine_1

Skąd pomysł na tytuł książki?

Ta walizka to chyba najbardziej realistyczny rekwizyt, najmocniej związany z moją rzeczywistością. (śmiech).  I to już od najmłodszych lat,  a właściwie od momentu emigracji. Oczywiście walizki się zmieniają, ale ich podstawowa zawartość się nie zmienia. A właścicielka zmieniła się tylko trochę. (śmiech) Moja walizka od czasu do czasu ginie, najczęściej na lotnisku w Kopenhadze. Na szczęście w końcu się odnajduje. Pod takim samym tytułem, „Dziewczyna z walizką”, powstał niedawno  film o mnie zrealizowany dla TVP Polonia przez Pawła Zbierskiego. Także tutaj chcemy zrobić z Pawłem adaptację teatralną „Dziewczyny z walizką”, niewykluczone, że również  w wersji francuskiej. W takiej sztuce oprócz dialogów, powinno być dużo scenicznego ruchu, dużo choreograficznej pracy, no i w związku z tym sporo tańca.

Polska Wikipedia nie wyszukuje pani nazwiska. Za to francuska już tak.

Najwyższa pora, żeby to zmienić! (śmiech) To trochę oczywiste, bo przecież karierę zrobiłam najpierw tam, a nie w Polsce. Taka była kolej rzeczy w moim przypadku. Byłam jeszcze dzieckiem, młodą dziewczynką, kiedy rodzice zawieźli mnie samochodem do Austrii na studia i tam zostawili.

Wiele postaci już pisało książki. Kucharze, aktorzy, sportowcy, ale… tancerki? Skąd pomysł na taki – nomen omen – nowy rozdział w pani życiu?

Tak, jestem tancerką, ale nie oznacza to, że codziennie ubieram się w pióra, a potem usypiam w rytmach Josephine Baker. Jestem przede wszystkim wolną kobietą, która niczego się nie boi. Taniec to zaledwie malutka cząstka mnie, która, owszem, dała mi podstawy do tego, aby robić karierę w innych dziedzinach. Taniec dał mi siłę ducha, doświadczenie, wolność i odwagę do działania w innych, czasem zupełnie odmiennych dziedzinach. Tak jak mamy 10 palców u rąk, u mnie taniec to jeden z nich, reszta to aktorstwo, pisanie, muzyka, reżyseria, prowadzenie firmy, robienie reportaży.  Tancerka jest zamknięta tylko wokół tańca. Można tak żyć, ale ja chyba przedwcześnie umarłabym na nudę. (śmiech). Potrzebuję tych wszystkich bodźców, aby być szczęśliwą.

IMG_2702

Śpiew, balet, proza – pięć srok łapanych za ogon jednocześnie…

To myślenie stereotypowe i infantylne. Żyję z mojej sztuki i nigdy nie musiałam robić niczego innego. Ale podobno, żeby tak funkcjonować, trzeba posiadać to coś. Tak zwany talent. Z nim człowiek się rodzi, tego się nie da wypracować, kupić za żadne pieniądze.

Dzieciństwo to w pani książce dość mroczny, smutny okres. Także obraz gdańskiej baletówki nie jest pozytywny.

Już we wczesnym dzieciństwie miałam takie marzenie - wyjechać stąd możliwie szybko i możliwie jak najdalej. I tak też się stało. Objechałam kawał świata. Podróże dają mi niezbędny dystans do miejsc, krajobrazów, do ludzi. Dzięki podróżom w nowy sposób patrzę dziś także na Polskę oraz na Paryż, w którym spędziłam połowę życia. Za sprawą podróży spojrzałam na przeszłość z nowej perspektywy.  Bez nich nie była bym w stanie tworzyć sztuki.

Czy był jakiś wyraźny impuls skłaniający panią do emigracji?

Przyszedł taki moment – jeszcze w dzieciństwie – gdy dość intensywnie odczuwałam pewną blokadę, jakieś ograniczenie. Czara goryczy w końcu się przelała, gdy publicznie kiedy byłam jeszcze na studiach w Austrii – w jednym z wywiadów – skrytykowałam metody pracy pedagogicznej praktykowanej w Polsce wobec adeptów sztuki tanecznej. Niedługo potem byłam już w Barcelonie, by za chwilę bez trudu pokonać dwieście rywalek i stać się Bluebell Girl paryskiego „Lido”. Nieczęsto zdarza się, by dwudziestoletnia dziewczyna z obcego kraju mogła uzyskać specjalny status Artystki Republiki Francuskiej, a potem francuskie obywatelstwo.

Bluebell w Paryżu jest niczym gwiazda rocka, prawda?

Nawet więcej! Rockmani nie dostają kwiatów, a my tak i to na pęczki! Trudno potem się od tego odzwyczaić. No i każdy chłopak marzy, aby pokazać się lub chodzić z Bluebell Girl, to taka Top Model, ale z gracją. (śmiech)

Chiny, Karaiby, Dubaj, Katar, Liban, Singapur… Co skłania do kolejnych podróży?

Ciekawość. Za każdym razem mam gwarantowaną jakąś nową niespodziankę. (śmiech) Chętnie podróżuję, pod warunkiem, że nikt nie będzie chciał mnie na siłę zatrzymać. Z Makao musiałam dosłownie uciekać, korzystając z pomocy lekarza psychiatry i specjalnego zaświadczenia.

Co się wtedy stało?

W skrócie wyglądało to następująco - dostałam wysypki, przez co nie mogłam spać, jeść ani grać. Troje lekarzy Azjatów nie potrafiło ustalić, co mi dolega. Kilka razy wzywałam do hotelu ekipy dezynfekujące cały pokój i łóżko. Wyglądali jak z filmu – w kombinezonach, z wielkimi odkurzaczami na plecach i rurami w rękach. (śmiech) W końcu koleżanka wysłała mnie do amerykańskiego lekarza buddysty, a ten stwierdził, że mam alergię na Makau – dokładnie tak to nazwał – i polecił jak najszybsze opuszczenie kraju. Dał mi zaświadczenie, bez którego nie mogłabym opuścić Chin i zespołu. Tak miałam dość latających karaluchów i brudu, że zareagowałam alergicznie, jednak miałam także za sobą ważne doświadczenie życiowe.

A może ta podróż to ucieczka przed jednostajnym – przez to nieco nudnym – życiem?

Podróż jest dla mnie sposobem pełnego istnienia, ale lubię poczucie, że mam nad podróżą pewną kontrolę. Ideałem jest połączenie sztuki z podróżą. Dlatego wraz z przyjaciółmi znad Sekwany rozważamy kupno trzydziestopięciometrowej barki, która mogłaby pływać po całej Europie wraz zainstalowaną na niej sceną teatralną. Na barce byłby teatr, galeria sztuki, miejsce spotkań. Mamy już akceptację mera jednej z dzielnic Paryża dla tego pomysłu. Chcę pokazać, że mimo niewątpliwego kryzysu, jaki przeżywa nasz kontynent, ciągle jest możliwa wielka sztuka, która łączy ludzi bez względu na bariery kulturowe czy językowe. Chcę wierzyć, że właśnie sztuka uratuje Europę. I że to najlepsza odpowiedź na terror wszelkiej maści. Dlatego też niezwykle inspiruje mnie postać Elizabeth – żony zapomnianego polskiego malarza Alberta Lipczyńskiego. Lipczyński – emigrant z Prus i Wolnego Miasta Gdańska do Liverpoolu, był niegdyś wystawiany razem z van Goghiem i Picassem, o czym zapewne tutaj w Polsce mało kto wie. Zwłaszcza, że Elizabeth i Albert dobiegli kresu swoich dni w Sopocie w epoce PRL-u w kompletnej nędzy i zapomnieniu. Z brytyjskim pisarzem Davidem Bighamem, malarzem Stevem des Landesem oraz polskim scenarzystą i reżyserem Pawłem Zbierskim budujemy sojusz na rzecz europejskiej produkcji kinowego filmu fabularnego o Lipczyńskich pod roboczym tytułem „Obcy wśród swoich”. Chcemy ten film – wcześniej czy później – zrealizować.

Copyright_Fontaine_2

W „Dziewczynie z walizką”, oprócz fascynacji wielkim światem artystów, opisuje pani również wiele przerażających doświadczeń: alkohol, kokaina, złość, nienawiść, hazard. Jest brawura, upiorny strach i nieustanne ocieranie się o śmierć.

Nie mam złudzeń co do współczesnej bohemy artystycznej, podobnie jak do, tak zwanej, klasy politycznej, która dziś kompromituje się w skali globalnej. Jednak proszę zwrócić uwagę, że w książce obecna jest także wielka tęsknota. Taka trochę dziecięca tęsknota za przekroczeniem horyzontu, za nowymi doświadczeniami, które może jednak przyniosą katharsis. Kiedy postawiłam w mojej książce ostatnią kropkę, uświadomiłam sobie, że przetworzyłam literacko tylko maleńką cząstkę własnego  życia. W gruncie rzeczy doświadczyłam na tyle więcej, że tymi historiami można by obdzielić kilka życiorysów!  Wiele więc wskazuje na to, że nie jest to moja ostatnia książka.

Ile w tych opowieściach literackiej kreacji, a ile realnych doświadczeń?

Interpretację pozostawiam czytelnikowi. Pierwsza książka miała w dużym stopniu opierać się na moich własnych doświadczeniach. Pisanie pozwalało ułożyć je wszystkie w głowie. Z drugiej strony chciałam podzielić się moim światem, nie dla każdego dostępnym.

Chciałbym się jednak dowiedzieć, kim jest ten poznany w samolocie rudy Jaś, swojski warszawiak? Albo raczej - kto jest pierwowzorem tego bohatera?

Też chciałabym wiedzieć.  Przecież to tylko literatura. Mówiłam już, że oprócz naszych bardzo smutnych i bolesnych doświadczeń jest w nas, ludziach, także dziecięca tęsknota za przekroczeniem horyzontu.

 

Tekst:  Rafał Klimowicz

Galeria zdjęć


REKLAMA