REKLAMA
Anywhere logo

Piotr "Peter" Wiwczarek: Nie ma półśrodków

2016-04-18
...
Kiedy ponad trzydzieści lat temu Piotr „Peter” Wiwczarek powoływał w Olsztynie do istnienia deathmetalowy zespół Vader, nikt nie podejrzewał, że stanie się on jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich grup na świecie. Ale tak się właśnie dzieje, kiedy chodzi o ludzi nieuznających półśrodków. Takich, jak Peter.

 

vaderSpośród polskich muzyków największe sukcesy na świecie odnoszą kompozytorzy i wykonawcy muzyki poważnej i filmowej, jazzmani i metalowcy. Jednocześnie próżno szukać metalu w polskich mediach, nawet tzw. rockowe stacje trzymają się na dystans, podczas kiedy w Skandynawii muzyka metalowa uznawana jest za pełnoprawną część świata kultury i powód do dumy. Dlaczego Polska boi się metalu? Widzisz jakąkolwiek szansę na zmianę tej sytuacji?

Zacznę może od pewnego zdarzenia sprzed roku czy dwóch. Zostałem zaproszony jako gość honorowy do klubu Progresja Music Zone w Warszawie na galerię fotografii wykonanych na koncertach blackmetalowych zespołów z Norwegii. Zaproszenie dostałem z ambasady tegoż kraju w Polsce. Na spotkaniu, obok oglądania pięknych, ekspresyjnych zdjęć, można było posłuchać płyt, a także zobaczyć na żywo specjalnie przygotowany kameralny koncert jednego z przedstawicieli norweskiej sceny metalowej. Najciekawszym elementem było jednak przemówienie pana ambasadora Norwegii, uśmiechniętego i niezmiernie pogodnego człowieka, który stwierdził publicznie, iż „Norwegia ma dwa naturalne «czarne» bogactwa. Jednym z nich jest ropa, a drugim właśnie muzyka metalowa”. Kraj ten nie tylko się cieszy i jest dumny ze swoich zespołów, ale również wspiera je oraz tych wszystkich młodych, którzy mają ambicje dołączyć do black metalowej elity. A jak jest w Polsce? Niestety zupełnie inaczej. Mimo ogromnych międzynarodowych osiągnięć takich zespołów, jak Behemoth, Decapitated czy właśnie Vader, próżno liczyć na poparcie nawet lokalnych władz. Wybierając taki rodzaj ekspresji od razu uczyliśmy się działać niezależnie, licząc na wzajemną pomoc sceny metalowej w naszym kraju, a po sukcesach za granicą – na wsparcie i zaangażowanie scen innych krajów. Kiedy w połowie lat 80-tych powstawało w Polsce tzw. podziemie (nazywaliśmy to po prostu „undergroundem”, przez co nie podejrzewano nas o jakieś polityczne zaangażowanie), mieliśmy własną dystrybucję – „tape trading”, czyli wymianę kaset, własną prasę – wydawane w niewielkich nakładach na ksero ziny, czy własną agencję – czyli po prostu organizowanie lokalnych koncertów i zapraszanie się wzajemnie na takowe. To łączyło, potęgowało pasję i uczyniło przez lata polską scenę metalową bardzo mocną i wyjątkową. Dziś zespoły z Polski nie są już traktowane na Zachodzie jak egzotyczny wybryk, a jako prężne i pożądane grupy. Jesteśmy realistami i zdajemy sobie sprawę ze specyfiki samego stylu. Nikt nie oczekuje, by serwowano o poranku w radiu hiper szybkie riffy z piekła rodem (śmiech). Oczekujemy jednak choć zwykłego szacunku dla nas i stylu muzyki, która wiele lat temu przestała być już tylko lokalnym hałasowaniem. Zamiast wsparcia ze strony ludzi odpowiedzialnych za kulturę, dostajemy oszczerstwa i zakazy. Niewielu jest na tyle odważnych prezenterów radiowych (o telewizji już nawet nie wspominam…), by od czasu do czasu pochwalić się i u nas w Polsce dokonaniami rodzimych kapel. No cóż… Szkoda. Obawy czy wręcz strach przed metalem jest tu bardzo mocno ukierunkowany politycznie. Pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów tzw. komuny. Zmienili się ludzie na stołkach, zmieniły się priorytety… Odważni ludzie istnieją w Polsce cały czas, głównie na kartach historii.

Czy da się wyplenić stereotyp metalowca ze społeczeństwa?

Trudno tego dokonać, jeśli nie daje się szansy zagadania, zwykłego kontaktu. Przez długi czas ten, kto słucha metalu, kojarzony był z narkomanem, agresją czy satanistami. Jeśli nosisz skórzaną kurtkę nabijaną metalowymi szpikulcami, długie włosy i koszulkę z trupami, to nie możesz być dobrym człowiekiem, czyż nie? Jak wytłumaczyć ludziom, że to nie metalowcy wypełniają więzienne cele, nie metalowcy tłuką się na dyskotekach w rytm piosenek rodzaju „Majteczki w kropeczki”? Przez lata nakreślono w społeczeństwie odpowiednio spreparowany obraz. Człowiek w skórze – niedobry! Człowiek w garniturze – dobry! Dlatego cieszę się, kiedy mam szansę łamania takich stereotypów przy okazji zaproszenia do audycji czy telewizyjnego programu. Koledzy, z którymi chodziłem na koncerty Iron Maiden, Metalliki czy Kata są dziś nauczycielami, dyrektorami, lekarzami czy też robią kariery prawnicze bądź polityczne. Kto wie czy to właśnie muzyka metalowa nie pomogła im tego osiągnąć?

Vaderowi nigdy nie było łatwo, bo wizerunek z jednej strony pomagał wam w przyciąganiu fanów, z drugiej – odstraszał tych, którzy nie zadali sobie trudu zrozumienia o co w tym wszystkim chodzi. Ile razy lądowałeś na komendzie MO tylko dlatego, że grałeś metal? O co cię oskarżano?vader1

Aż tak źle nie było. Na komendę byłem zapraszany może ze dwa, trzy razy i zawsze w związku z lokalnymi koncertami. A to gdzieś zginęły ręczniki, a to znowu kolegów z zespołu nie chcieli wpuścić na dancing, bo nie mieli krawatów, więc koledzy załatwili sobie krawaty, ale prócz nich na sobie nie mieli już niczego (śmiech). Zwykle kończyło się na ostrzeżeniach, ewentualnie na profilaktycznym strzale pałką po plecach. Bardziej irytującymi były ciągłe kontrole dokumentów na ulicy. Prawie każdy patrol, kiedy widział długie włosy czy skórzane kurtki z naszywkami, zatrzymywał i spisywał delikwenta. A sama muzyka metalowa? W latach 80-tych było to na tyle nowe i dziwne, że tzw. zwykli ludzie traktowali to z bardzo dużym dystansem. W 1986 roku, po słynnym Jarocinie, gdzie kilku idiotów zdemolowało część lokalnego cmentarza i pojawiło się określenie „czarnej mszy”, sprawą na moment zajęto się na skalę ogólnokrajową. Przez kolejny może rok wielu ludzi widziało w każdym długowłosym czciciela diabła, który czyha na niepilnowane dzieci. Dziś możemy się z tego jedynie śmiać, ale w tamtych latach było to wystarczającym powodem do wszczynania bójek przez lokalną huliganerkę przy okazji każdego koncertu rockowego. We wszystkich czasach ludzie z nudów wymyślają sobie niebezpieczeństwa i wrogów. No cóż...

Musiało być ciężko – w czasach, kiedy społeczeństwo było podzielone na tych, co trzymali z władzami i na tych, co wraz z Kościołem stali po drugiej stronie barykady, wy staliście pomiędzy. Albo nawet poza tym podziałem.

My przede wszystkim trzymaliśmy się z dala od polityki. Zupełnie nas to nie rajcowało. Polska w tamtych latach była dość szara i ponura, a muzyka była dla nas odskocznią w inny świat. Świat może wyimaginowany, ale lepszy, bez tej szarości, znudzonych obywateli i wszechobecnego cwaniactwa. Władze nie widziały w muzyce metalowej niczego antysystemowego. Bo jak? Piekło, demony, apokalipsa… A potem doszedł język angielski, równie enigmatyczny dla słuchaczy i dla twórców (śmiech). Tak więc my nie stawialiśmy kolejnych barykad, a raczej usuwaliśmy się w mrok, gdzie byli lojalni koledzy i super muzyka. Im bardziej ludzie oburzali się agresywnymi dźwiękami i uciekali na widok grupy „skórzanych rycerzy”, tym bardziej nas to rajcowało. To był nasz bunt! Bez rzucania kamieniami w milicyjne Nyski czy rozdawania „bibuły”. Byliśmy zwartą, szanującą się grupą kolegów, którzy, jak trzeba było, potrafili się bronić. I słowem, i pięścią. Nasz „Heavy Metal Świat”, jak to śpiewało TSA, był NASZ. Był otwarty dla odważnych, którym nie do końca podobał się świat urządzony przez ówczesne władze. Myślę, że dziś jest podobnie.


Wspominałeś kiedyś, że dochodziło nawet do jakichś egzorcyzmów z ambony w wyniku wspomnianego braku zrozumienia. Niby chciałoby się powiedzieć, że to były ciekawe czasy, gdyby nie to, że nie dalej jak przed rokiem w jednym z klubów w Polsce przed Waszym koncertem też rozsypywano jakąś sól egzorcyzmowaną. Takie przypadki zdarzają się częściej? Za granicą też?

Nigdy nie zdarzyło nam się coś takiego poza Polską. Jedynie raz nie dostaliśmy pozwolenia od władz na koncert i było to w… Dubaju. W naszym kraju natomiast kilka razy przemówił „demon ciemnoty” – ostatnim razem właśnie w Świdnicy w zeszłym roku. Paradoksalnie zadziałało to tylko i wyłącznie na naszą korzyść. Przyszło wiele osób, również ci bojkotujący imprezę, przez co mogli się naocznie przekonać o sile samej muzyki metal – dosłownie (śmiech) – ale też o absurdalności zarzutów. My nie budujemy swojej historii, jak np. nasi koledzy z Behemoth, na sensacjach, egzorcyzmach i świętej wojnie, nawet jeśli atakujemy systemy wartości w naszych tekstach. Ten rodzaj ekspresji zasługuje na równe traktowanie z każdym innym muzycznym stylem. Nikt nie zarzucał Friedkinowi czy Polańskiemu satanizmu po nakręceniu filmów grozy, które dziś są wręcz klasyką gatunku.

vader3Bierzesz na siebie rolę ambasadora Polski za granicą? Fani na świecie kojarzą, że Vader jest z tego kraju? Często cię pytają gdzie leży Polska?

Teraz już nie. Polska – właśnie w dużej mierze dzięki zespołom grającym metal – jest znana i szanowana. Były jednak dni, kiedy musieliśmy tłumaczyć gdzie leży nasz kraj, jeden z największych w Europy i o bardzo bogatej, choć trudnej historii. Byli i tacy, którzy myśleli, że u nas po ulicach chodzą jeszcze białe niedźwiedzie. Bycie „ambasadorem” Polski na scenach świata to spora odpowiedzialność i myślę, że Vader wywiązuje się w tej roli bardzo dobrze. Z zespołu debiutującego w 1993 roku jako przedstawiciel „egzotycznych krajów” staliśmy się szanowaną, oczekiwaną grupą, gdzie na koncertach powiewają biało-czerwone flagi. A byli i tacy, którzy właśnie dzięki nam zaczęli uczyć się języka polskiego.

Politycy cię lubią czy wręcz przeciwnie?

Nie mam pojęcia i szczerze mówiąc – zupełnie mnie to nie interesuje. Nie jesteśmy zespołem bazującym na sensacji, jak to już mówiłem wcześniej. Polityki nie mieszamy z muzyką, a swoje własne przemyślenia miksujemy w tekstach i fantazyjnych historiach. Jesteśmy jak współczesny La Fontaine, który życiowe myśli wplatał między bajki. Dzisiaj politycy to pokolenie słuchające często właśnie metalu. Sam znam kilku takich. Ci, którzy mnie znają, wiedzą też o mojej awersji do polityki i ludzi z nią związanych. Ci, którzy z różnych powodów próbowali atakować mnie czy zespół, jedynie się ośmieszali w oczach swojego elektoratu.

Vader dość szybko zdobył sobie uznanie pośród rodzimych fanów metalu i zaczął skutecznie podbijać świat. Przetarliście szlaki dla innych polskich zespołów, których obecnie jest całkiem sporo. Ale Vader od samego początku spoczywał na twoich barkach, a życie muzyka nie jest łatwe. Nie miałeś nigdy dość? Nie byłeś na skraju rzucenia tego wszystkiego w cholerę i powrotu na przykład do pracy w szkole?

Nie. Zespół był powodem niejednej ważnej decyzji w moim życiu. To nie jest łatwe życie, ale ja też takiego nie oczekiwałem. Potrafię walczyć o swoje, inaczej Vader nie przetrwałby dekady. Grając tak mało popularyzowaną w latach 80-tych muzykę i poświęcając tej pasji praktycznie wszystko, byłem niejednokrotnie szykanowany i narażany na dowcipy i przytyki. Nawet w rodzinie jedynie babcia mi pomagała, widząc moje ogromne zaangażowanie. Robiła to, mimo iż wnuczek śpiewał, a raczej wrzeszczał o diabłach i piekle. Niewielu dawało mi jakiekolwiek szanse na powodzenie. Metal był zupełnie niedochodowy, a ja z jego powodu zrezygnowałem najpierw z medycyny, a potem w ogóle ze studiów, mimo że miałem praktycznie ukończone 4 lata na uczelni. Tu nie ma półśrodków! Wierzyłem w to, co robię i przede wszystkim bardzo to lubiłem. Moja własna rodzina, a więc Marta i dwójka dorosłych już dzieci, Oskar i Agata, zawsze to rozumieli i mimo niełatwego życia zawsze mnie wspierali. To nieprawda, że kiedy rodzi się dziecko, trzeba wszystko rzucić. W 1994 roku, kiedy mieliśmy już dwójkę dzieci w wieku trzech i jednego roku, mieszkaliśmy w dwóch wynajmowanych pokojach w bloku osiedlowym. Mogliśmy liczyć jedynie na siebie. Nigdy nie staraliśmy uzależniać się od innych, choć też zawsze mile przyjmowaliśmy pomoc ze strony babci, oczywiście. Nie mieliśmy pieniędzy, ale kiedy coś zarobiłem, musiałem wydać na dobry wzmacniacz (mam go do dziś), ponieważ to było priorytetem. Poświęcałem się ja oraz cała moja rodzina. Dzięki temu mamy dziś dom, wzajemny szacunek i szczęście.

vader2„Tibi Et Igni” ukazało się w 2014, w zeszłym roku były wznowienia starszych materiałów jako „Geneza Chaosu”, było „Live in Necro Reich”, była też druga część „Future of the Past”, czyli album z coverami starych polskich zespołów metalowych. W tym roku ma ukazać się wasz nowy autorski album. Nie lubisz się nudzić czy ilość wydawnictw to kwestia ekonomii i podtrzymania zainteresowania zespołem? A może to po prostu wymóg wytwórni Nuclear Blast?

Nuclear Blast to świetna wytwórnia nie tylko dlatego, że są wielcy i mają możliwości. To jak druga rodzina, gdzie czujesz się jak wśród swoich. To nie zbieranina przypadkowych ludzi o ekonomicznym wykształceniu. Nie! To fani muzyki, jaką wydają. Gdyby liczył się wyłącznie zysk, zapewne połowa grup nie miałaby podpisanego z nimi kontraktu. Oni wierzą w zespoły, jakie wydają, a lojalność jest tu obopólna. Vader jest zespołem grającym przez ponad trzy dekady, co już jest osiągnięciem, biorąc pod uwagę ciągle zmieniające się gusta, mody i stylistyki. Vader nie musi się ciągle zmieniać – to świat wokół zmienia się tak szybko, że dla kolejnych generacji jesteśmy wciąż czymś inspirującym i interesującym. To nie świat ma zmieniać sztukę, a sztuka świat. Tak zawsze było. Dziś jest trudniej, ponieważ mamy „muzyczny biznes” oraz internet, a te dwa elementy zaczęły żyć własnym życiem i z przedmiotowej roli stały się podmiotem. Swoista niezależność zespołu mocno hamuje drogę do tak zwanej kariery, ale daje swobodę tworzenia czy też interpretacji. Dzięki temu nie jesteśmy bohaterami chwili czy określonego rejonu. Gramy już dla trzech pokoleń i na koncertach to widać. Nie jesteśmy traktowani wyłącznie jako żywa skamielina, a wręcz przeciwnie. To jest bodajże największym osiągnięciem Vadera. Płyty wydajemy regularnie co 2-3 lata. Kiedyś w międzyczasie potrafiliśmy wydawać single, EP-ki czy koncertowe płyty. Ostatnia dekada to jednak wielki kryzys nośników, spowodowany oczywiście dostępem do mp3 i darmowego streamingu, a za tym poszedł brak zainteresowania wydawaniem jakichś pomniejszych produkcji. Dziś jednak widzimy wyraźny powrót popularności płyty winylowej, a nawet kaset, choć traktowane są bardziej jak gadżety niż nośnik muzyki. Powrócił głód na archiwalne nagrania i niewydane w formacie winylowym materiały. Vader akurat ma takich całą masę, gdyż wraz z debiutancką płytą wydaną przez angielską wytwórnię Earache Records w 1992 roku pojawił się CD, który bardzo szybko zdominował cały rynek. Potem przestano tłoczyć czarne krążki. Vader ma bogatą historię i dyskografię, a mając nowy oficjalny sklep online mamy co przypominać młodszym pokoleniom przez kilka kolejnych dekad (śmiech).

Na tegorocznym festiwalu w Cieszanowie macie premierowo zagrać nowy materiał, ale on chyba jeszcze nie jest skończony?

Powiem więcej – on jeszcze nie jest zaczęty. Mamy początek marca, a do studia wchodzimy pod koniec kwietnia. Oczywiście przez te najbliższe dwa miesiące powstaną podstawy praktycznie całego materiału, ale generalnie to właśnie w studio następuje proces twórczy. W taki sposób pracuję od bardzo dawna i chyba tylko pierwszy album był w pełni gotowy zanim wkroczyliśmy do studia w Sztokholmie. Ale tamten materiał powstawał przez dobrych sześć lat. Najważniejsze są pomysły, a te gromadzę w głowie – obecnie pomaga mi w tym technologia – praktycznie non stop. Studio jest jedynie spokojną przystanią, gdzie odcinam się od świata i syntezuję utwory na bazie wspomnianych idei z odrobiną spontaniczności. W czerwcu z całym zespołem określimy koncertowy set i przygotujemy go na nadchodzące letnie festiwale. Nową płytę w szerszym wymiarze zaprezentujemy na listopadowo-grudniowych trasach w Polsce i Europie Zachodniej. Jednak już wcześniej uchylimy rąbka tajemnicy w Cieszanowie oraz na trasie w Rosji i Japonii we wrześniu.

vader4Czy cieszanowski występ będzie wymagał jakichś specjalnych przygotowań, czy wystarczy opanowanie materiału?

Opanowanie materiału w zupełności wystarczy. Reszta to pasja i doświadczenie sceniczne ostatnich lat. Prócz samej muzyki przygotowujemy jednak całe show ze scenografią czy pirotechniką, a to wymaga przygotowań i planowania.

Intryguje mnie jak postrzegają cię ludzie poza sceną i salą prób. Jak reagują ludzie nie interesujący się muzyką metalową, kiedy orientują się, że masz status gwiazdy w swoim środowisku?

Reakcje bywają różne: od spazmów i zachwytów do pogardy i agresji. Całe szczęście nie jestem typem celebryty i mogę sobie pozwolić na w miarę niezły luksus swobody. Bardzo sobie cenię i bronię prywatność, szczególnie w rodzinnym domu. Na ulicy czy na koncertach jestem zawsze otwarty na pamiątkowe zdjęcie, autograf czy zwykłą pogawędkę. Choć tyle jestem winny tym wszystkim, którzy uczynili moje życie wyjątkowym.

Na scenie, w skórze, pośród ognia i z gitarą w ręku jesteś tym samym Piotrem Wiwczarkiem, co w domu? Czy po powrocie do domu zakładasz kapcie i siadasz przed telewizorem?

A skąd wiesz? Podglądałeś? (śmiech) Dom to moja twierdza. Dosłownie i w przenośni. Mieszkam w zupełnie innym świecie niż ten, w jakim przebywam na trasach. W domu cenię sobie spokój, czas dla bliskich czy osobistego hobby. Po wielotygodniowych wyjazdach przez pierwsze tygodnie – o ile mam tyle czasu – nie patrzę nawet w stronę gitary. Nie doprowadzam do sytuacji, kiedy byłbym zmęczony graniem i robiłbym to tylko i wyłącznie z powodów ekonomicznych. Balans jest niezbędny. Na trasach jestem osobą publiczną, mam czas na spotkanie z fanami, wspólne wspomnienia i wymianę wrażeń, wspólne piwko i trzy godziny snu… W trasach jednak nie komponuję. Do tego potrzebuję spokoju i dom mi takowy spokój oferuje. W domu ładuję akumulatory, by je rozładować na maksa na scenach świata. Tak więc dokładnie jak powiedziałeś: kapcie, filmy, domowe prace, pomoc w ogródku i tak dalej. Nawet najwytrwalsi wojownicy potrzebują spokoju od czasu do czasu.

Ciężko wytrzymać z partnerem i ojcem, którego przez większość roku nie ma w domu?

Musiałbyś zapytać o to moją Martę czy dzieci. Przez tyle lat jesteśmy razem, dzieci wyrosły na dobrych ludzi, z których jestem dumny. To chyba najlepsza odpowiedź na twoje pytanie. Czyż nie?

 

fot.: Tomasz Sagan

Galeria zdjęć


REKLAMA