REKLAMA
Anywhere logo

Alaska, czyli niekończąca się przygoda

2016-04-07
...
Tomasz Bobrowski, podróżnik, który widział niejedno, Alaskę wspomina z zachwytem. Nie zmienia tego czas, tęsknota pozostaje cały czas taka sama.

 

alaska2Czy w Alasce można się zakochać?

Zawsze przyciągały mnie miejsca niezmienione przez działalność człowieka: trudno dostępne góry i lasy, rejony Arktyki czy Antarktyki. Alaska taka właśnie jest. Nieskażona cywilizacją. Tam znajduje się najwyższy szczyt Ameryki Północnej – Denali (6194 m), który zdobyłem w maju 2009 roku. Zdobywcy Korony Ziemi są zdania, że jest trudniejszy niż Mt. Everest, a to ze względu na położenie – warunki pogodowe są tam zmienne, wręcz nieprzewidywalne.

Nigdy nie zapomnę pierwszego spotkania z Alaską w 1999 roku, kiedy małą Cessną 180 „Beaver” wylądowaliśmy na jeziorze w Górach Brooksa, kilkaset mil od najbliższej osady ludzkiej. Wtedy uświadomiłem sobie, że tak właśnie Ziemia wyglądała klika, może kilkadziesiąt milionów lat temu. Tygodniami wędrowałem po górach, a nie znalazłem żadnego śladu człowieka. Tylko dzika przyroda, karibu, wilki i niedźwiedzie grizzly. Wróciłem tam w 2008 roku.

Prawdziwej Alaski nie poznamy podróżując samochodem. Aby poznać piękno jej surowej flory i zakochać się w tym miejscu, trzeba przemieszczać się małymi samolotami, którym do startu i lądowania wystarczy mały zbiornik wodny lub sto metrów w miarę równego terenu. Potem – idziemy pieszo albo spływamy kajakiem. Zimą zaś najlepszym środkiem transportu jest skuter śnieżny lub psi zaprzęg.

Co zachwyciło cię tam najbardziej? Było tak, jak się spodziewałeś?

Na pewno nie zrobiły na mnie wrażenia amerykańskie miasta, jak Anchorage czy Fairbanks. To północ Alaski była dla mnie największym zaskoczeniem. Góry Brooksa to chyba najpiękniejsze góry świata. Zalesione południowe zbocza i trawiaste, kolorowe w nocnym, arktycznym słońcu zbocza północne – tam chce się wracać. Za pierwszym razem przez tydzień wędrowaliśmy od linii wododziału Oceanu Arktycznego i Pacyfiku w dół, od jeziora Summit Lake, na którym wylądowaliśmy awionetką. Szliśmy doliną rzeki North Fork Koyukuk River, śladami Roberta Marshalla. Nie sposób tu nie wspomnieć o słynnych „tussocks”: wielkie kępy trawy, wyrastające w tundrze, po których nie da się chodzić – są niestabilne i w połowie w wodzie. Żeby się przez nie przedostać potrzebna jest olbrzymia ilość energii. Dotarliśmy do przełomu pomiędzy górami Frigid Crags i Boreal Mountain, które tworzą Bramy Arktyki (Gates of Arctic). Tam czekały na nas pontony, którymi przez kolejny tydzień spływaliśmy rzeką do Bettles. Po drodze widzieliśmy dziesiątki karibu, łosie, niedźwiedzie grizzly i wilki.

Za drugim razem eksplorowaliśmy północne zbocza, gdzie został utworzony chroniony obszar ANWR (Arctic National Wildlife Refuge). Z Fairbanks do Arctic Village dostaliśmy się miejscowym samolotem, a stamtąd – Cessną. Po pół godziny lotu pilot wylądował na kamiennym brzegu rzeki. Granice lasu przekroczyliśmy już na drugi dzień, później przeszliśmy przez przełęcz na północne zbocze gór. Po sześciu dniach trekkingu doszliśmy nad rzekę Canning River. Kajaki i żywność dostarczano nam samolotem. Następnym etapem był spływ w kierunku Oceanu Arktycznego. Wpłynęliśmy na zieloną, płaską przestrzeń północnego wybrzeża Alaski (Costal Plain). W pamięci zawsze pozostanie zielona tundra pokryta dywanem kolorowych kwiatów i wspaniałe, tajemnicze góry w tle. Najgorsze były chmary komarów, z powodu których co roku latem setki tysięcy karibu migruje z południa na północne zbocza, gdzie jest chłodniej i wietrznie.

Odwiedziłem też najbardziej na północ wysunięty punkt całego kontynentu amerykańskiego – miasteczko Point Barrow, zamieszkałe głównie przez Eskimosów. Jest tam wojskowa baza, wykorzystywana w czasach zimnej wojny jako ośrodek wczesnego ostrzegania. W miejscu, gdzie stykają się Morze Beauforta i Czukockie, znajduje się charakterystyczny łuk zrobiony z kości wieloryba. W miejscowym ośrodku kultury można obejrzeć prezentacje eskimoskich zespołów artystycznych. Na ulicach i placach widać dużo porzuconych wraków samochodów i innego sprzętu, które straszą szpetotą przez dwa letnie miesiące w roku, zanim spadnie pierwszy zimowy śnieg i wszystko to zakryje. 

alaska_glCiekawi mnie sprawa niedźwiedzi. Dużo ich tam jest?

Alaska to kraina niedźwiedzi. Na wybrzeżu Oceanu Arktycznego, wraz z pojawieniem się paku lodowego, pojawiają się niedźwiedzie polarne. Miasteczko Barrow zatrudnia nawet osobę odpowiedzialną za ostrzeganie mieszkańców na wypadek pojawienia się białych intruzów w okolicy. Natomiast w głębi lądu królują niedźwiedzie czarne i grizzly. Te zwierzęta są terytorialne, pojedyncze osobniki rezerwują dla siebie olbrzymie obszary. Jest tam takie jedno miejsce, Brooks Falls, chyba jedyne tego rodzaju na świecie, gdzie regularnie w lipcu każdego roku ściągają dziesiątki, a może nawet setki grizzly z całej okolicy. Dziesiątki ustawiają się na progu wodospadu i łapią w locie skaczące ponad próg wodospadu ryby. Te bardziej aktywne robią to bezpośrednio w wodzie, gdzie w tym czasie kłębią się ich setki. Zobaczyć to niedźwiedzie show to było moje marzenie, które spełniło się podczas mojej drugiej podróży.

Nie dojedzie się tam samochodem. Najpierw – lot niewielkim rejsowym samolotem do King Salomon, przeprawa na pobliskie jezioro, skąd startują samoloty na pławach. Po 30 minutach lotu lądowanie na jeziorze. Niedźwiedzie są tam praktycznie wszędzie, nawet obok parkujących na wodzie samolotów. Biletu nie da się kupić bez potwierdzonej rezerwacji w Brooks Lodge (od 700 dolarów za noc) lub miejsca na kempingu (12 dolarów). Do wodospadu trzeba iść 2 kilometry przez las. W każdej chwili mogą pojawić się grizzly. Znajduje się tam nawet trybuna obserwacyjna! Ja naliczyłem tam 16 jednocześnie polujących grizzly.

Gdzie jeszcze byłeś?

Podczas pierwszego pobytu na Alasce postanowiłem, że na pewno tam wrócę i zdobędę Denali. Jedenaście lat później, 26 maja 2010 roku, postanowienie to zrealizowałem. Z Anchorage, mekki wspinaczy, pojechałem pociągiem do miasteczka Talkeetna. Z miejscowego lotniska leci się małym samolotem, który ląduje na lodowcu, w pobliżu bazy na wysokości około 2800 m. Z lądowiska wspinałem się na nartach zaliczając kolejne obozy, aby siódmego dnia zdobyć szczyt. Kolejne marzenie się spełniło. Alaska to kraina spełnionych marzeń.

Z pozostałych miejsc, które odwiedziłem warto wymienić Park Narodowy Denali, pomimo że przewijają się tam tłumy turystów i wszystko jest mocno skomercjalizowane. Przez teren Parku jest wytyczona droga długości 92 mil. Utwardzona jest tylko do 15 mili. Dotąd można dojechać samochodem. Dalej jeżdżą tylko autobusy wahadłowe. Są tam trzy typy autobusów: Tour Bus – droższy, z kierowcą-przewodnikiem, który komentuje na bieżąco trasę oraz Shuttle Bus i Camper Bus, które są tańsze. Wszystkie zatrzymują się na każde żądanie pasażerów, jeśli tylko któryś zauważy coś interesującego. Najczęściej są to zwierzęta: niedźwiedzie, lisy, łosie itd. Przez dziesiątki lat funkcjonowania systemu przyzwyczaiły się do obecności autobusów i bez obaw podchodzą do drogi. Przejazd przez park do Wonder Lake i z powrotem trwa około 12 godzin! Nie ma żadnych wytyczonych tras dla turystów. Ma to na celu zapobieżenie koncentracji ludzi. Cały ten olbrzymi obszar jest podzielony na sektory. alaska3Władze Parku pilnują, aby w poszczególnych sektorach nie przebywało więcej niż 10 osób dziennie. Pierwszego dnia pojechałem autobusem Camper do obozowiska przy jeziorze Wonder Lake, gdzie spędziłem noc, oczywiście w namiocie. Rankiem drugiego dnia autobusem Shuttle pojechałem w kierunku powrotnym, ale poprosiłem kierowcę, aby się zatrzymał w sektorze, do którego musiałem otrzymać zezwolenie na pobyt. Aby je zdobyć, musiałem wcześniej zrobić rezerwację, a przed samym wejściem odbyć dziewięćdziesięciominutowe szkolenie i wypełnić test sprawdzający wiedzę, m.in. z zachowania się na wypadek spotkania z grizzly. Tam też dowiedziałem się, że biwakując należy stosować zasadę trójkąta 50 metrów – namiot musi być oddalony od miejsca, gdzie przechowujemy żywność minimum 50 m (w namiocie nie wolno mieć niczego do jedzenia) i do miejsca, gdzie przygotowujemy posiłki również 50 m. Jeszcze zanim odbierze się zezwolenie, trzeba odebrać specjalny plastikowy pojemnik na żywność, który jest odporny na niedźwiedzie.

Z duszą na ramieniu wędrowałem przez ponad 6 godzin, zanim doszedłem do czoła lodowca, gdzie rozbiłem namiot i sam spędziłem noc. Kolejnego dnia zrobiłem sobie wycieczkę na pobliski szczyt i pod wieczór dotarłem do drogi, gdzie złapałem ostatni autobus. Tym, którzy wybierają się do Parku Denali i mają ze sobą namiot, polecam spędzenie pierwszej nocy na polu namiotowym Wonder Lake, skąd – przy odrobinie szczęścia – można podziwiać największą górę świata – Denali (6000 m wysokości względnej, Mt. Everest od podstawy ma tylko nieco ponad 4000 m). Przy okazji koszty są dużo mniejsze. 

Jak przetrwać na Alasce? I w co warto się uzbroić?

Lato na Alasce jest krótkie, ale w miarę ciepłe. Na południe od gór Alaska Range mamy klimat morski, dużo opadów deszczu, temperatury w okolicach 15-20˚C, na północy natomiast – klimat kontynentalny. W dolinach gór Brooksa temperatura dochodzi czasami nawet do 30˚C, ale bywają dni, kiedy nie przekracza 7. Ogólnie mówiąc, pogoda jest bardzo zmienna. Latem warto zabrać ze sobą odzież outdoorową, głównie przeciwdeszczową z membraną, cienki śpiwór puchowy (zabezpieczony przed wilgocią), lekki namiot i sprzęt do biwakowania. Żywność liofilizowaną można kupić lub zamówić na miejscu, ale z reguły zapewniają to przewodnicy. Doskonale orientują się, ile jej potrzeba na daną eskapadę, z uwzględnieniem rezerwy bezpieczeństwa. Przekraczanie strumieni i rzek odbywa się w butach, które potem już są cały czas mokre, dlatego warto wziąć ze sobą lekkie wodery. Ja zabrałem buty od wojskowego zestawu przeciwchemicznego OPT1 – są lekkie i tanie. Sprawdziły się znakomicie, szczególnie na kajaku. Bardzo ważną rzeczą są środki na komary, których na Alasce latem są miliony. Zwykłe nie działają. Trzeba zaopatrzyć się w środki „army type”, gdzie zawartość środka czynnego DET przekracza 90%. Do tego koniecznie trzeba mieć ze sobą siatkę na głowę, można ją kupić po drodze. Jak wieje w plecy to przed twarzą mamy czarną chmurę owadów, które chronią się przed wiatrem i jednocześnie wpadają nam do nosa i ust.

 

tekst: Danuta Awolusi

fot.: Tomasz Bobrowski

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA