REKLAMA
Anywhere logo

Joanna Kulig: Trzeba słuchać swojej intuicji

2016-02-08
...

Jej historia jest iście filmowa. Wszyscy mówią o niej: „Prosta dziewczyna z Muszynki”. Debiutowała w „Szansie na sukces” i „Idolu”, ale – zamiast gwiazdą popu – została aktorką. I to jaką! Wygrywa casting za castingiem. Za chwilę na ekrany wchodzi kolejny międzynarodowy film z jej udziałem, „Niewinne” w reżyserii Anne Fontaine. Jak ona to robi?

 

Pływałaś dzisiaj?

Nie, dzisiaj nie pływałam.

kulig1Jak dbasz o formę, oprócz tego, że uskuteczniasz spacery z mężem?

Ostatnio trochę się opuściłam, ale to jest jak w sinusoidzie – góra-dół, więc teraz musi być tylko lepiej. Zawsze jednak staram się ruszać, chodzę regularnie na spacery, ostatnio nawet biegałam. Trzeba się znowu zmobilizować, ale ta jesień tak działa na człowieka (Joanna przeciąga się). Nawet za dużo nie jeżdżę na rowerze, ale przecież zimno jest, szybko się marznie!

A więc nie masz reżimu, żeby utrzymać nienaganną sylwetkę?

Właśnie z tym, żeby robić coś tak naprawdę regularnie, bywa ciężko. Głównie z powodu trybu pracy – kiedy kręcimy kilkanaście godzin spędza się na planie, więc czas, który zostaje nie jest łatwo zagospodarować. Chyba że jest transport o 6:00 rano i o 5:00 idę biegać, ale takie coś dawno mi się nie zdarzyło (śmiech). Taki reżim dobrze działa na człowieka, ale regularność to nie jest mój mocny punkt. W szkole ciężko chodziło mi się na wuef, na studiach notorycznie zasypiałam na zajęciach sportowych. Może pewnego dnia będę mogła powiedzieć sobie: „No, Aśka, jest dobrze, ćwiczysz!”.

Myślałam, że w szkole byłaś przodowniczką, także na wuefie.

Rzeczywiście, dobrze się uczyłam, ale z wuefem kombinowałam zwolnienia. Lubiłam pograć w piłkę z kolegami, ale nie w szkole. Jeżeli chodzi o szkołę teatralną, to byłam raczej z tych słabszych. Później to się trochę odmieniło, ale przez pierwsze dwa lata było cienko (śmiech).

Pierwszy występ w filmie zaliczyłaś jeszcze na studiach – to się nie zdarza słabym studentom.

Później szło mi lepiej. Debiutowałam w „Środa, czwartek rano” Grzegorza Packa, to było po trzecim roku studiów. Dyplom robiłam w Teatrze Starym, bo na czwartym roku dostałam już pracę, więc zaliczono mi to jako pracę dyplomową. Byłam na roku z Kasią Maciąg i Olgą Bołądź... To było osiem lat temu! Ale ten czas leci!

Postaci, które grasz, są niezwykle energetyczne. Teraz spokojnie sobie siedzisz, mówisz o lenistwie. To znaczy, że kiedy schodzisz z planu, wyłączasz tryb „turbo”?

Nie wszystkie moje postaci są energetyczne, w „Kobiecie z piątej dzielnicy” Pawła Pawlikowskiego postać Ani była bardziej wyciszona. W „Moralności pani Dulskiej”, gdzie pierwszy raz grałam z moją panią profesor, Anną Polony, z którą zresztą teraz będę grała w Teatrze Telewizji w „Domu kobiet”, grałam nie Hesię, tylko Melę – schorowaną flegmatyczkę. To było dla mnie duże wyzwanie , bo jestem osobą żywiołową, dużo gestykuluję, a tam musiałam być bardziej statyczna. Robiłam wtedy takie ćwiczenie, które doradziła mi pani Polony, żeby spróbować bardzo powoli chodzić. I rzeczywiście, nauczyłam się spowalniać swoje ruchy i za każdym razem, kiedy chciałam przyspieszać, mówiłam sobie: „Nie, nie, to nie ta rola!”. To było świetne zadanie aktorskie. Ale rzeczywiście, gram więcej ról energetycznych. Reżyserzy najczęściej jednak obsadzają aktorów po warunkach, energii, bo to zawsze naturalniej wychodzi na ekranie. W teatrze jest więcej formalnych ról, w filmie to zupełnie nie przechodzi.

kulig2Wspominałaś, że wypracowałaś sobie sposób gry, w którym nie zatracasz się w postaci.

Każdy aktor czuje potrzebę, żeby po odegraniu postaci, jak to się mówi, wskakiwać w swoje buty. U mnie dosłownie skoncentrowało się to na kostiumie. Miałam wręcz taką manię: jak znajdowałam u siebie jakąś rzecz z planu, na przykład wróciłam w skarpetkach postaci, to musiałam to szybko oddać. Teraz już takiej paranoi nie mam. Przecież należy to rozdzielać w głowie. Ale i tak nie lubię gromadzić rekwizytów postaci. Bardzo rzadko zdarza mi się, że jakaś część kostiumu tak bardzo mi się spodoba, że ją odkupuję. Większość wyrzucam ze swojej przestrzeni, muszę mieć wokół siebie klarowność, że to jest moje – moje ubranie, moja szafa, to, co lubię. Zresztą ostatnio sukcesywnie zaczęłam dążyć do minimalizmu. Może dlatego, że bardzo dużo podróżuję i często cały mój świat musi zmieścić się w walizce. Tu Paryż, tam Londyn, za chwilę film z Anne Fontaine na Mazurach, mnóstwo razy musiałam się przepakowywać. Opracowałam sobie taki system, że potrafię błyskawicznie się spakować. Ta walizka to taki mój mikro-dom. A w kwestii postaci, którą gram, ważne dla mnie jest to oddzielenie. Oczywiście aktor jest instrumentem, wnosi swoją energię, co można zaobserwować szczególnie w teatrze. Ale ważne jest, żeby po zejściu z planu czy ze sceny dać sobie czas wyciszenia. Po tym czasie emocje odpływają, ludzie odpływają, człowiek zostaje sam ze sobą i może normalnie funkcjonować. Tym, co bardzo przydaje się do odróżnienia postaci ode mnie, jest właśnie kostium. Szczególnie wtedy, gdy rola obsadzona jest po warunkach, wówczas kostium jest tą „czwartą ścianą”, czymś co oddziela.

Interesujesz się modą?

Mam bardzo dużo zainteresowań: muzyka, teatr, uczę się języków. Moda nie jest akurat dziedziną, którą szczególnie eksploruję. Wiadomo, że poprzez to, co robię, poznaję projektantów, którzy mają bardzo artystyczne podejście do swojej materii. To też jest sztuka, co prawda trochę inna, bo to są konstrukcje, kolory, ale sztuka, która też przenika się z filmem. Projektanci mody jednak różnią się trochę od zawodowych kostiumografów. W filmie inaczej myśli się kostiumem, on jest stricte podporządkowany postaci. To jest mi bliższe. Dlatego kiedy kreuję postać, ściśle współpracuję z kimś, kto robi kostiumy czy scenografię, bo to wszystko na tę postać wpływa. Wydaje mi się, że w modzie przedmiotem jest samo ubranie. Moda sama w sobie nigdy nie była moim celem. Bardziej jako środek do celu, jakim jest muzyka czy aktorstwo. „Historią moda jest, moda jest historią”, jak to było w „Operetce” Gombrowicza.

W pracy wystarczy ci tych przebrań?

Tak, dokładnie. Aktorzy bardzo dużo się przebierają. Ja w ogóle lubię wszystko robić szybko, nie tracić czasu, więc chcę, żeby ubranie było proste, aby można było szybko je włożyć i już robić swoje rzeczy – spotykać się ze znajomymi, czytać... W teatrze tego jest tak dużo, że potem potrzebne jest oczyszczenie, prosta materia.

Od niedawna grasz w „O mnie się nie martw”. To twoja pierwsza główna rola w serialu, po raz pierwszy budujesz postać w czasie ciągłym.

Tak, to bardzo ciekawe doświadczenie. Zauważyłam, że po każdej transzy jest pięć dni na dojście do siebie. Przez trzy i pół miesiąca codziennie grasz tę samą postać, jesteś w określonym rytmie – rytmie postaci i rytmie planu. To specyficzny rodzaj pracy. Pierwszą transzą było znalezienie postaci, bo choć było to napisane, scenarzystki dały aktorom sporą dozę swobody, każdy szukał swojego sposobu na zagranie roli. To był najtrudniejszy etap pracy, bo nie wiadomo było do czego to zmierza. Efekt okazał się bardzo dobry, ludzie pokochali ten serial. Kolejna transza to z kolei utrzymywanie temperatury postaci i granie. Miałam z tym problem jeszcze jak grałam w „Szpikach na Giewoncie” – reżyser powiedział mi, że chcę bardzo szybko zacząć, rozwinąć i zakończyć, a muszę ten proces przerzucić na wiele, wiele odcinków. No bo film to np. 22 dni zdjęciowe i w tym się zamyka całe przeprowadzenie postaci, a serial to zdecydowanie dłuższy okres. Poza tym jest achronologia, tu jest pierwszy, tu ósmy odcinek, bardzo dużo rzeczy trzeba w sobie długofalowo utrzymywać. Pamiętam, że trzecia transza „O mnie się nie martw” była dla mnie najspokojniejsza, bo oprócz spektakli teatralnych nie grałam równocześnie w żadnym filmie. Gdy kręciliśmy pierwszy sezon, równocześnie grałam z serialu „Zbrodnia” i w filmie „Disco Polo”. Podczas kręcenia drugiego sezonu, grałam na planie „Niewinne” Anne Fontaine. To było dla mnie o tyle trudne, że musiałam być tu, a za chwilę wejść kompletnie inny świat.

kulig3Pracowałaś 24 godziny na dobę?

Może nie 24, ale rzeczywiście bardzo dużo. To był intensywny rok, dlatego cieszę się, że udało mi się w końcu wyjechać na urlop, taki prawdziwy, trzytygodniowy, wypocząć i z nową energią podejść do kolejnych projektów. Potrzebowałam prawdziwego odpoczynku, żeby się totalnie zregenerować. Cieszę się, że potrafiłam dać sobie ten czas. To było też trudne, bo przed samym wyjazdem oczywiście przyszły kolejne, ciekawe propozycje, ale postanowiłam, że wyjeżdżam. Straciłam coś, ale zyskałam to, co było dla mnie bardzo ważne. Trzeba słuchać swojej intuicji i wiedzieć, kiedy powiedzieć „stop”.

Skończyliście już „Niewinne”?

Tak, film jest już gotowy. Był nawet specjalny pokaz dla aktorów.

Kogo tam grasz?

Irenę. Ona jest postacią pozytywną, ale też dość niejednoznaczną. W zakonie znalazła się trochę nie z własnej woli, straciła rodziców i ciotka bigotka ją tam oddała. Jest z arystokratycznego rodu, dlatego mówi po francusku i gra na pianinie. Jest jedyną z sióstr, która nie wierzy. Oczywiście ma w sobie dużą wrażliwość, uwielbia chorały gregoriańskie, ale nie chce tam być. Kiedy trafia tam francuska lekarka, otwiera się dla niej okno na świat, znajduje w niej przyjacielską duszę.

Od czasu „Sponsoringu” zrobiłaś duże postępy z francuskim?

Komunikuję się po francusku, zresztą tak było na planie „Sponsoringu” – Małgośka Szumowska reżyserowała po angielsku, ja grałam po francusku. Lepiej czuję się w języku angielskim, ale przed rozpoczęciem pracy z Anne Fontaine poleciałam na dwa tygodnie do Francji, żeby przypomnieć sobie język. Do castingów przygotowuję się swobodnie, ale nie mówię biegle po francusku. Komunikuję się dość dobrze, ale żeby dokładnie wiedzieć, o co chodzi, wolę porozumiewać się po angielsku. Chciałabym bardzo, żeby ten francuski był taki, jak angielski, ale przy tym trybie pracy trudno znajdować jeszcze czas na szlifowanie języka. Bardziej wyjazdy tak na mnie działają, że robię postęp. Chyba, że jest casting, wtedy następuje pełna mobilizacja.

Przywykłaś już do pracy na planach międzynarodowych produkcji?

Większość tych filmów była tak naprawdę koprodukcjami polsko-francuskimi. Może z wyjątkiem „Way Back Home”, który był koreańsko-francuską koprodukcją. Rzeczywiście miałam to szczęście, żeby być na planach, gdzie pracują ludzie różnych narodowości, w większości mówi się w kilku językach, np. polskim, francuskim i angielskim. To jest bardzo ciekawe, dlatego że polskie ekipy są bardzo dobrze przygotowane, w zestawieniu z ekipami z innych krajów możemy bardzo mocno się dowartościować. Kiedy Anne Fontaine zaczynała zdjęcia w Polsce, a był to jej pierwszy raz tutaj, widać było, że ma obawy z tym związane. Po trzech dniach była zaszokowana tempem pracy i poziomem profesjonalizmu polskiej ekipy. Powtarza w wywiadach, że polscy aktorzy są bardzo zdyscyplinowani, przygotowani teatralnie, pracują zespołowo, a francuscy – bardzo indywidualnie i brakuje im tej zespołowości. Zachwyciła się polskimi aktorkami. To było krzepiące.

A jakie masz podejście do pracy z gwiazdami?

Ethan Hawke był bardzo wyluzowany, taki typowy Amerykanin. Juliette Binoche – tu wyczuwało się większy dystans i pewien rodzaj dostojności. Ale to też taka powłoka, wiadomo, że jak się zaczyna razem pracować, to wszystko staje się normalne. „Gwiazda” – teraz co prawda to słowo trochę zmieniło znaczenie – ale porównałabym to do moich profesorów z Teatru Starego – Krzysztofa Globisza, Anny Polony. Czułam tę ich wiedzę, doświadczenie, mnóstwo ról na koncie, czułam, że mogę się od nich uczyć. Z Kristin Scott Thomas natomiast nie miałam wspólnych scen, ale miałam okazję ją poznać w charakteryzacji i podczas imprezy kończącej „Kobietę z piątej dzielnicy”. Biła z niej klasa, spokój, była wręcz magiczna – jej twarz, sposób bycia. Z kolei jak grałam z Do-yeon Jeon w „Way Back Home”, laureatką Złotej Palmy z Cannes dla najlepszej aktorki, no to ona była prawdziwą diwą! Koreańskie gwiazdy są monumentalne, jak ze starych filmów czy teatru antycznego. Ich kultura jest inna – nie pokazuje się dotyku, wszystko jest pełne dostojeństwa. Czułam się tak, jakbym przeniosła się w inną epokę.

Byłaś przy nich stremowana?

Oczywiście, że to wywierało na mnie ogromne wrażenie. Na początku było stresujące, potem starałam się jednak o tym zapomnieć i podejść do tego jak do kolejnego zadania. Dopiero później, jak dziennikarze zadawali mi pytania: „Jak się grało, jak się grało?”, bardziej to do mnie docierało. Na samym planie te największe gwiazdy to normalne osoby i przede wszystkim profesjonaliści. Wiadomo, że darzę ich szacunkiem, spotkałam je na początku swojej drogi zawodowej. Miałam wielkie szczęście, że akurat wtedy to się zdarzyło. Podchodziłam do nich z pokorą, podpatrywałam, jak grają.

W „Disco Polo” sama grałaś diwę. Jak to było?

To był film muzyczny, ważne były kostiumy, piosenki. Mieliśmy bardzo dużo prób kostiumograficzno-charakteryzatorskich, plus nagrania w studio. Był nawet osobny dzień próbny, w którym każdy dostał materiały archiwalne do obejrzenia. Mnóstwo pomysłów się sprawdziło, mnóstwo nie. Moja postać na początku miała mieć długie włosy. Nagle okazało się, że to było tak przerysowane, że musieliśmy z tego zrezygnować. Potem pierwsze nagranie w studio nie wyszło i udało się dopiero za drugim razem, kiedy zaczęliśmy pracę z nauczycielką śpiewu – Darią, byłą wokalistką zespołu De Su. Gdy nagrywałam piosenkę „Już taka jestem”, to słuchaliśmy „Boys Boys Boys” Sabriny. Naśladowałam różne barwy i w końcu udało się wszystko nagrać. Anka miała być takim motylem, kolorową, szaloną postacią, która dopiero pod wpływem miłości trochę się uspokaja. Dowiedziałam się naprawdę, jaka ona ma być podczas pracy przy klipie z prawdziwymi twórcami disco polo, którzy nakręcili 85 procent teledysków discopolowych.

Nagrywając teledysk, spełniłaś swoje marzenia o byciu piosenkarką?

W ogóle o tym tak nie myślałam. To było dziwne, bo jak kręciliśmy „Kobietę z piątej dzielnicy”, śpiewałam piosenkę „Tomaszów” Ewy Demarczyk. Swoją drogą repertuar Demarczyk to arcytrudne utwory i zawsze mam lęk przed śpiewaniem takich wykonawców. Tamta piosenka służyła konkretnej scenie. Jak śpiewałam, to jakbym nie śpiewała, bo ten śpiew był trochę dialogiem. Wyszło całkiem ładnie, subtelnie. Nie wiem, czy gdybym skupiła się na samym śpiewaniu, tak by się udało. Miałam jakiś monolog wewnętrzny, wyobrażałam sobie, co ta postać myśli. W tworzeniu musicali jest taka zasada, że śpiewa się swoim głosem, ale nagranie jest już gotowe. Chodzi o to, żeby naturalnie się wpasować. W „Disco Polo” byłam skupiona na tym, żeby zrobić to, co mówią mi przy kręceniu teledysku. Wejść w ten świat i wyobrazić sobie, że kręcimy prawdziwy teledysk, mieć z tego zabawę. Ten film to było takie radosne tworzenie. Wszyscy bardzo miło wspominają tę atmosferę. Było mnóstwo imprez, z muzyką disco polo oczywiście, bo trzeba było się wczuwać. Byłam na wielkim koncercie Explosion, żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Byłam w szoku, ile ludzi przyszło i jak oni się bawią! Sama nigdy nie byłam fanką tej muzyki, ale pozytywnie zaskoczyło mnie to, jaka energia tam panuje.

kulig4To chyba pierwszy w pełni muzyczny film w polskim kinie nakręcony z takim rozmachem.

Też mi się wydaje, że ten film się udał. Wcale nie jest łatwo zrobić musical, to naprawdę trudna forma. Trzeba połączyć muzykę z montażem, z grą aktorów, mieć wyczucie, żeby to nie było infantylne i śmieszne. Podobnie jest w teatrze. Pamiętam, jak robiliśmy „Niech no tylko zakwitną jabłonie” w Teatrze Ateneum. Muzyka narzuca pewną dyscyplinę. Tak jak w operze – jeśli się pomylisz, nie zatrzymasz się! Muzyka idzie dalej. Nie zrobi się pauzy w połowie utworu. Jeśli pomylisz się w tekście, weźmiesz oddech i jakoś się to zamiecie pod dywan (śmiech). W tańcu, w śpiewaniu to wszystko widać jak na dłoni.

Jeśli chcesz do końca życia uprawiać ten zawód, to nie boisz się, że z czasem tych ról będzie coraz mniej? Przecież dla kobiet w pewnym wieku...

Kiedy dostawałam się do szkoły teatralnej w Krakowie usłyszałam: „80 procent więcej dziewczyn zdaje do szkoły teatralnej, a ról jest 80 procent więcej dla facetów”. To jest niewątpliwie zawód trudniejszy dla kobiety. Ale z tym wiekiem, to nie wiem, czy to nie jest stereotyp. Gra się przeróżne postaci, człowiek przecież przechodzi przez wszystkie etapy, od urodzenia do śmierci i filmy dotyczą różnej tematyki. Najpierw gra się dziewczyny, kobiety, potem matki, staruszki. To jest właśnie ciekawe. Jest trochę tak, jak mówisz, ale to presja, której nie można ulegać. Nie ma się też co oszukiwać. To jest zawód, który jest absolutnie niepewny, nie gwarantuje ci, że jak dostaniesz świetną rolę, to za chwilę to się powtórzy. Po prostu w aktorstwie nie da się niczego przewidzieć. Są okresy tłuste, są okresy chude. Trzeba to zaakceptować i nie nakręcać się. Patrząc po sobie, wszystkie rzeczy, które mi się przydarzyły, wynikały z takiego wyluzowania. A najczęściej, jak nie wiadomo jak się napinam, nic z tego nie wychodzi. Snujesz wielkie plany, a potem nic z tych planów nie wychodzi! A czasem na odwrót, nie planuje się, a wychodzą takie rzeczy! Na przykład  „Kobieta z piątej dzielnicy” czy „Sponsoring” – czy ja bym kiedyś pomyślała, że takie coś mi się przydarzy? A przydarzyło się! Potem, po tych wszystkich nagrodach, miałam osiem miesięcy bez pracy – nic, zero, kompletnie. A potem znowu zaczął się pracowity okres. „O mnie się nie martw”, „Zbrodnia”, „Niewinne”, teatr, koncerty, dużo propozycji, castingi. W Paryżu wygrałam casting do najnowszego filmu Paula Verhoevena, ale nie dało się pogodzić terminów z filmem Anny Fontaine. Taki to jest zawód. Czasami nie ma nic, czasami jest tak dużo, że z czegoś trzeba zrezygnować, a czasami przegrywa się castingi. Trzeba zaakceptować to, że startujesz, a wygrywa ktoś inny. Tak jest! Po prostu. Trzeba powiedzieć, że już na etapie szkoły aktorskiej wszyscy są gotowi do tego zawodu. Co roku szkoły teatralne w Polsce kończy 120 aktorów. I wszystkie te wspaniale utalentowane osoby nie dadzą się zmieścić na rynku. To naprawdę trudne. Dlatego cieszę się, że dostałam tę szansę. Wiem, że wiele osób, równie lub o wiele bardziej utalentowanych, jej nie dostaje. Trzeba mieć dużo szczęścia.

I chyba też mocną skórę?

Szczęście, mocną skórę, odwagę, że kiedy znajdziesz się w środowisku odpowiednich ludzi, nie boisz się. To nie jest zawód, jak na przykład lekarz czy prawnik, że jak jesteś dobry, to szczebel po szczeblu robisz karierę. Tu możesz zagrać w genialnym filmie, a za chwilę bardzo długo nie mieć żadnej roli.

Do tego aktorzy to artyści, wrażliwi ludzie.

No właśnie. Jeden mój pedagog powiedział kiedyś, że aktor to jest serduszko wróbelka w skórze nosorożca. Taki musi być.

I ty taka jesteś.

Wydaje mi się, że jestem dość wrażliwą osobą, ale staram się odnaleźć własne sposoby na radzenie sobie ze stresem. To nie jest wcale łatwe, ale niezbędne. Trzeba dbać o siebie, nie zatracać się. Mieć przekonanie, że ja jestem ważna i mam prawo myśleć o sobie.

I to wszystko udaje ci się bez coachingu?

Tak, sama sobie jestem coachem (śmiech). Śmieję się, że często doradzam przyjaciołom, co mają zrobić, więc może mam jakieś ukryte talenty do motywowania ludzi.

Czyli w razie czego można się do ciebie kierować?

Tak, zmotywuję skutecznie!

Dziękujemy Mamaison Hotel Le Regina za udostępnienie wnętrz na potrzeby wywiadu i sesji fotograficznej.

Zdjęcia: Monika Szałek

Makijaż, stylizacja: Joanna Łukijańczuk

Wideo: Robert Rawski

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA